wtorek, 21 września 2010

gotta go home

Dziś miałam dzień pod tytułem "Spierdolę wszystko, czego się dotknę". Popełniłam między innymi bardzo zdrową, acz kompletnie niejadalną zupę z piaskiem z glonów oraz guacamole z zepsutego awokado.

O w pół do ósmej wieczór mieliśmy oglądać kolejne mieszkanie do wynajęcia (tak, tak, nadal mieszkamy w Terrassie). Akurat wtedy, kiedy powiedziałam o tym chłopcom i byliśmy ubrani (a ja nawet umalowana) do wyjścia, zadzwonił pośrednik mówiąc, że to mieszkanie jest tylko dla studentów. Najpierw wkurwiłam się niemiłosierne, ale kiedy okazało się, że wszystkie 3 sypialnie w tym mieszkaniu są bez okna (sic!), bo takowe ma je jedynie salon; w sumie ucieszyłam się, że był łaskaw mnie o tym uprzedzić. Niestety tutaj takie kwiatki jak pokój bez okna czy mieszkanie na 6. p. bez windy (sic!) zdarzają się nagminnie. Na szczęście jutro oglądamy kolejne mieszkanie, a pojutrze - kolejne dwa. Dobrą stroną poszukiwania mieszkania do wynajęcia w Barcelonie jest to, że cały czas uczę się języka - stykam się z najrozmaitszymi akcentami oraz trenuję rozmowy telefoniczne oraz literowanie: adresów, nazwisk i liczebników.

Dziś chłopcy byli tak rozczarowani, że nie jedziemy do Barcelony, że odmówili spaceru po Terrassie (szczerze mówiąc, rozumiem to, bo ileż można?). A kiedy, z braku lepszych pomysłów, zaproponowałam im wyprawę do Carrefoura oddalonego od nas o 5,5 km, bo i tak musieliśmy zrobić zakupy; skakali z radości. Zakupy zrobiliśmy niewielkie - za 25 euro, ale kiedy zobaczyłam zdalnie sterowane, duże autka po 10 euro za sztukę, sama im je pokazałam. Olafek od razu załapał, o co chodzi, Igorka przekonał dopiero widok pilota. Kiedy wróciliśmy do domu, szaleli z autkami do jedenastej w nocy (sic!). Jestem przekonana, że nie zauważyliby nawet wybuchu wulkanu. Olafek zrobił sobie przerwę na kolację, ale Igorka musiałam karmić w biegu i oczywiście obaj zasnęli przytulając nowe pojazdy.

środa, 25 sierpnia 2010

home is where I want to be

Nadal nie wiem, gdzie ja i chłopcy będziemy mieszkać od września. Nadal zajmujemy luksusowe i drogie mieszkanie w Terrassie. Umowę najmu już wypowiedzieliśmy i teoretycznie powinniśmy się stąd wyprowadzić 31. sierpnia, co jest całkowicie nierealne - zwłaszcza, że to już dziś! O dziwo, specjalnie się tym nie przejmuję - mam nadzieję, że na właścicielu mieszkania tydzień bądź miesiąc wynajmu dłużej nie zrobi wrażenia, podobnie jak to, że od 6 tygodni (sic!) nie mamy ciepłej wody. Zresztą Terrassa jest pełna mieszkań do wynajęcia - z powodu kryzysu całe nowo wybudowane bloki stoją puste.

Dla ułatwienia dodam, że na początku jeszcze o tę wodę walczyliśmy - zgłosiliśmy awarię bojlera właścicielowi, który po tygodniu stwierdził, że on nic nie może zrobić, ale skontaktuje się z agencją, przez którą wynajmujemy mieszkanie i oni temu zaradzą. Po 2 tygodniach zostałam poinformowana, że pojawi się fachowiec. Pojawił się i po ponad godzinie grzebania w nieszczęsnym bojlerze stwierdził, że trzeba wymienić w nim jakieś części. Ponieważ działo się to w piątek przed sjestą, obiecał, że wróci z tymi częściami po południu. Wyszedł zostawiając w kuchni rozkręcony bojler i mnóstwo czarnego pyłu na podłodze i... tyle go widziałam. Po południu zadzwonił do mnie jeszcze mówiąc, że nigdzie nie udało mu się tych części znaleźć, ale na pewno kupi je w następnym tygodniu i pojawi się u nas w poniedziałek lub wtorek. Kolejny fachowiec pojawił się równo tydzień po pierwszym - zobaczył rozkręcony bojler bez owych części i bardzo się zdziwił. Kiedy wyjaśniłam mu, co się stało, pokręcił głową z niedowierzaniem i stwierdził, że "w ogóle nie rozumie, jak można tak postąpić, zwłaszcza widząc, że w domu mieszka dwójka małych dzieci". Obiecał zamówić brakujące części przez Internet i pojawić się z nimi w następnym tygodniu. Oczywiście on również przepadł bez wieści... Myjemy się w zimnej wodzie - najczęściej na tarasie, kiedy jest gorąco.

środa, 11 sierpnia 2010

jest już późno, piszę bzdury

Jak w tytule. Ale, o dziwo, całkiem dobrze się z tym czuję. Siedzę na tarasie w Terrassie pod rozgwieżdżonym, sierpniowym niebem, słucham cykad i popijam czerwone wino. Mimo, iż niewiele się stało, wiele się zmieniło...

Nadal poszukuję mieszkania w Barcelonie. Oczywiście mam swoje kryteria i wymagania, ale pomimo to, stwierdzam, że tutejszy rynek nieruchomości to dżungla w porównaniu z warszawskim, który znam dość dobrze. Nie dość, że roi się na nim od oszustów wszelkiej maści, to jeszcze "normalni" agenci są rozpuszczeni do granic możliwości. Żeby nie być gołosłowną podam 2 przykłady. Pierwszy - w połowie lipca - około 2 tygodnie po wypełnieniu jednego z setek internetowych formularzy odbieram telefon z agencji wieczorową porą -pani pyta mnie, czy mogę obejrzeć interesujące mnie mieszkanie nazajutrz o 8:30, a kiedy pytam o inny termin, słyszę "wobec tego proszę zadzwonić do nas na początku września, bo zamykamy na wakacje". Drugi - oglądam piękne mieszkanie w świetnej okolicy, (którego namiar otrzymałam od kolejnej agencji nieruchomości po zapłaceniu 340 euro, co miało mi zagwarantować dostęp do jej bazy danych i nie ponoszenie dalszych kosztów przy zawieraniu umowy), pytam o warunki wynajmu i słyszę, że muszę zapłacić 2-miesięczny czynsz jako kaucję (za nieumeblowane mieszkanie), 1-miesięczny czynsz jako zapłatę dla konserwatora/administratora oraz 10% rocznego czynszu jako zapłatę dla kolejnej agencji nieruchomości, (która jak się okazuje, nie współpracuje z agencją, której zapłaciłam) - czyli, krótko mówiąc, żeby wprowadzić się do tego wspaniałego mieszkania, musiałabym zapłacić ponad 5-miesięczny czynsz (sic!), z czego 2/5 utraciłabym bezpowrotnie.

Nadal chodzę na terapię. która choć trudna i bolesna, daje namacalne i widoczne na co dzień skutki. Moja terapeutka jest niesamowitą osobą i świetnym fachowcem - kimś, kogo bezskutecznie szukałam w Polsce przez kilkanaście lat (sic!). Nie tylko jest klasycznie rogeriańska, ale również stosuje techniki, które znałam tylko z książek, takie jak praca z ciałem, głęboka sugestia, arteterapia i inne. Warto było przeżyć wszystkie trudności, które ostatnimi czasy stały się moim udziałem, żeby trafić na takiego człowieka i skorzystać z takiego rodzaju pomocy...

A tak w ogóle, to jutro jadę ze wszystkimi moimi dziećmi i moją przyjaciółką nad morze - czegóż można chcieć więcej?

niedziela, 18 lipca 2010

vamos a la playa

Jest już grubo po północy, a ja siedzę na tarasie z laptopem, słucham hiszpańskiego folku od sąsiadów, oglądam odległe błyskawice i obserwuję nietoperze.

W czwartek przyleciała moja kochana córka z przyjaciółką z klasy (bardzo sympatyczną zresztą). Obie dziewczyny uważają pomaganie mi w prowadzeniu domu i opiece nad bobasami za rzecz oczywistą, co bardzo mnie cieszy. Wczoraj spałam do 14 (sic!). Dziewczyny rano pomagają mi w domu, a popołudnie i wieczory spędzają na mieście. Niemniej jednak zdążyłyśmy już zaliczyć jeden wspólny, babski wieczór na tarasie i czułam się świetnie w roli dobrej, wyluzowanej mamy, której można wszystko powiedzieć.

Bobasy chorują - tzn. są przeziębione (Olafek jak zwykle bardziej). A wszystko przez klimatyzację w aucie... W ciągu 3 dni pokonaliśmy 1200 km, żeby odwiedzić znajomych i wrócić do domu. W te upały opcja podróży bez klimatyzacji nie wchodziła w grę, zwłaszcza, że parkuję auto na ulicy. Samotna podróż z bobasami autostradą okazała się być wyzwaniem. Jadąc tam zatrzymaliśmy się na piknik i było bardzo miło, jednak po jakimś czasie usłyszałam z tyłu dziwne bulgotanie - okazało się, że Igorek zwrócił większość piknikowego posiłku. Chcąc, nie chcąc, musiałam zjechać z autostrady pierwszym zjazdem, na skutek czego trafiliśmy do leniwego, uroczego, walońskiego miasteczka. W tamtejszej aptece musiałam sama przeszukać półki w poszukiwaniu odpowiedniego specyfiku, bo to co zaproponowała mi farmaceutka nie nadawało się dla dzieci. Kiedy znalazłam homeopatyczny lek przeciwwymiotny, stwierdziła, że "bardzo się cieszy". Ale kiedy spytałam ją gdzie jest woda, potrzebna do jego rozcieńczenia, usłyszałam "no, my mamy tu wodę, ale dla siebie, nie dla klientów" (sic!). Najważniejsze jednak, że lek zadziałał i resztę drogi odbyliśmy bez sensacji. W drodze powrotnej natomiast bobasy cierpiały na sensacje żołądkowe objawiające się rozwolnieniem - przypuszczam, że woda z basenu i z morza, którą wypiły, miała w tym swój udział.

Niemniej jednak bawiliśmy się świetnie w towarzystwie, do tej pory znanej jedynie z sieci, wege rodziny z dwójką dzieci - chłopcem dokładnie w wieku moich bobasów. Zaliczyliśmy 2 wyprawy na basen i jedną na plażę. Zjedliśmy mnóstwo pysznego, wegańskiego jedzenia, a na dodatek gospodarze zabawiali mnie wieczorami rozmową, a rano pozwalali mi się wysypiać przez 2 dni pod rząd (sic!), więc podładowałam baterie.

Poza tym udało mi się zapisać bobasy do super wypasionej, państwowej szkoły w Barcelonie. Powziąwszy (jak się potem okazało słuszne) podejrzenie, że wydział oświaty nie będzie zbyt przejmował się moimi preferencjami w wyborze szkół, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i zaczęłam dzwonić do czterech szkół, które wytypowałam. W pierwszej od razu usłyszałam, że nie ma miejsc i jest bardzo długa lista oczekujących, a podania takie jak moje mogą ewentualnie zostać rozpatrzone, po przyjęciu wszystkich oczekujących (sic!). Jednak w drugiej, ku mojemu zdumieniu, usłyszałam, że są miejsca dla trzylatków! W ciągu 2 dni udało mi się skompletować wszystkie potrzebne papiery i zdjęcia, z którymi w poniedziałek wyruszyliśmy do Barcelony. Kadra okazała się przemiła - nikt nie wydziwiał nawet, kiedy powiedziałam, że chłopcy nie jedzą żadnych pokarmów pochodzenia zwierzęcego, nadal używają pieluch i nie sypiają w dzień. Po załatwieniu formalności - obejmujących między innymi bardzo dokładny wywiad na temat ciąży, porodu i rozwoju bobasów (sic!), nauczycielka oprowadziła nas po całej placówce. I mówiąc szczerze, choć moja córka uczęszczała do jednego z najlepszych warszawskich przedszkoli, to co zobaczyłam i usłyszałam, wprawiło mnie w osłupienie. Szkoła ma duży dziedziniec wysypany piaskiem z drzewami oraz huśtawkami, zjeżdżalniami itp. Poza tym jest tam ogródek, w którym dzieci własnoręcznie sadzą i pielęgnują warzywa i zioła, które następnie zjadają (sic!). Oprócz sal/klas dwóch oddziałów P-3 (dla trzylatków) wyposażonych w nowoczesne pomoce naukowe, a nawet komputery; są tam również pracownie: plastyczna, fizyczna (dzieci przeprowadzają w niej rozmaite eksperymenty), przyrodnicza (hodują tam między innymi żółwie i kijanki, które następnie wypuszczają do jeziora) oraz bardzo imponująca sala gimnastyczna. Dodatkowo płatny jest autobus dowożący i odwożący dzieci oraz zajęcia pozalekcyjne obejmujące basen i muzykę... Bobasy, które wcześniej bardzo chciały jechać na plażę i poznać nowe dzieci, po zwiedzaniu szkoły były tak zdesperowane, żeby tam zostać, że musiałam wyciągać je stamtąd dosłownie na siłę (sic!).

poniedziałek, 5 lipca 2010

don't talk, just kiss

Im dłużej mieszkam w Katalonii, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że to moje miejsce na Ziemi... Powoli adoptujemy się do tutejszych zwyczajów i przestawiamy na tutejszy tryb życia, czyli "najpierw sjesta, a potem fiesta". Zresztą ostatnio całkiem dosłownie. W Terrassie właśnie trwa 5-dniowa "Festa Major", z której ostatnio wróciłam z bobasami o północy (sic!). Bawiliśmy się świetnie, choć taka fiesta, to skarbonka dla rodziców - 2 świecące pistolety na bańki mydlane - 10 euro, 2 przejazdy bobasową karuzelą-rollercoasterem - 6 euro, ale warto było. Jutro znów tam idziemy! Bobasy ciągle wspominają "auto-góra-macha-mama".

Jeden dzień spędziliśmy nad morzem w przepięknym, nowoczesnym mieście Salou. Nie dość, że mają tam plażę ze złotym (sic!) piaskiem; a w morzu pływają małe, świecące na zielono rybki; całe miasto pełne jest egzotycznych kwiatów i drzew (głównie palm i magnolii); to jeszcze jest tam ogromny park, w którym rośnie mnóstwo lawendy i zające biegają po trawie. Opis mieszkania w komunalnym bloku z 2 tarasami (sic!) już sobie daruję.

A w Terrassie ludzie właśnie wracają z fiesty. Przed chwilą zeszłam na dół pogodzić kłócącą się pod moim tarasem parę i kiedy obejrzałam się na nich otwierając drzwi do domu - całowali się!

czwartek, 1 lipca 2010

I'm still alive

(and kicking)

Ponieważ nie wiem jak miałabym opisać co się działo od czasu mojego ostatniego posta, napiszę tylko, że po kolejnym załamaniu wracam do żywych, ale jak mówi Philip Kapleau, mistrz zen „Nie ważne ile razy upadniesz, ważne ile razy się podniesiesz". I samo to, że tu piszę na to wskazuje.

Wczoraj chłopcy obudzili mnie późno - o wpół do dziesiątej. Zjedliśmy długie, leniwe śniadanie - jogurty sojowe i kanapki - domowy, razowy chleb na zakwasie i wegański ser. Potem spędziliśmy kilka godzin na tarasie polewając się wodą ze szlauchu i prysznica i chlupiąc się w basenie. Następnie Igorek udał się na sjestę, a Olafek eksperymentował ze mną w kuchni. Czy mówiłam już, że chłopcy uwielbiają gotować? A najbardziej ze wszystkiego podoba im się oczywiście obsługa maszyn kuchennych. Sami robią soki i wszelkie inne potrawy wymagające użycia malaksera. Zresztą nie gardzą też bardziej tradycyjnymi metodami - ciasto na chleb zawsze przyrządzamy razem - ja przygotowuję składniki, jeden bobas wsypuje je do miski, a drugi miesza. Wczoraj po raz pierwszy przyrządziliśmy zielone gazpacho na bazie sałaty i ogórków, a dziś - białe gazpacho "ajo blanco" na bazie migdałów - jest przepyszne. Zresztą już widzę całą gamę innych, możliwych gazpachos z owocowymi włącznie...

Potem poszliśmy na spacer. Ostatnio naszym ulubionym miejscem jest skwerek przy głównej ulicy Terrassy - szumnie nazwany "Parc dels Catalans" i składający się z kilku porośniętych trawą i nielicznymi drzewami oraz krzakami wzniesień. Ostatnio naszą ulubioną zabawą jest chodzenie i turlanie się po trawie na bosaka oraz oczywiście pikniki w cieniu drzew. I nie wiem czemu, ale są to rzeczy, których nigdy nie robiłam w Warszawie i pewnie dalej bym ich nie robiła, gdybym nie przeprowadziła się do Katalonii.

Pogoda jest przepiękna - 35 stopni w dzień i około 20. w nocy. Nadal nie mogę uwierzyć, że mieszkam w kraju, w którym używanie wachlarza jest czymś normalnym i bezpretensjonalnym. Gdyby w powszechnym użyciu znalazły się woalki i koronkowe rękawiczki, lista moich modowych fetyszy byłaby kompletna...

Właśnie napisałam do znajomej, że chyba nigdy do końca nie zrozumiem tutejszych zwyczajów i że zawsze będę się tu czuła outsiderem, ale wolę to, niż czuć się outsiderem w rodzinnym kraju (sic!). Zresztą i tak mam poczucie, że bardziej pasuję do Barcelony niż do Warszawy...

i na koniec... znów przepis - tym razem na gazpacho

Przepis

Zielone gazpacho

główka sałaty/młody szpinak
ogórek/zielona papryka
bułka (może być czerstwa)
wegańska kostka rosołowa
oliwa extra virgin
słodka cebula/szczypiorek/dymka/czosnek
sok z cytryny


Bułkę namoczyć w wywarze z kostki rosołowej. Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę i dolać tyle wody, żeby uzyskać pożądaną konsystencję. Można dodatkowo doprawić białym pieprzem, białym octem winnym i solą. Podawać mocno schłodzone.



Białe gazpacho (Ajo blanco)

obrane migdały (ok. 125 g)
ogórek
bułka (może być czerstwa)
wegańska kostka rosołowa
oliwa extra virgin
czosnek
sok z cytryny


Bułkę namoczyć w wywarze z kostki rosołowej. Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę i dolać tyle wody, żeby uzyskać pożądaną konsystencję. Można dodatkowo doprawić białym pieprzem, białym octem winnym i solą. Podawać mocno schłodzone.

Tradycyjnie gazpacho przybiera się migdałami i zielonymi winogronami.

wtorek, 18 maja 2010

każdy krok niesie pokój

Bardzo długo nie pisałam, bo nie miałam, kiedy i jak. Ostatnie półtora miesiąca spędziłam tłumacząc po nocach i zajmując się chłopcami w dzień. Efektem tego, nie otrzymałam do tej pory zapłaty za moją ciężką pracę, wpadłam ponownie w depresję i zaniedbałam życie rodzinne i dom. No i mam nauczkę - po pierwsze, wierzyć swojej intuicji; po drugie, nie porywać się z motyką na księżyc; po trzecie, nie pracować dla ludzi, których nie znam (nawet jeśli zostali mi poleceni) bez umowy. Mam nadzieję, że nauczę się na tym błędzie.

W międzyczasie mój ukochany zdążył wylecieć do pracy w Kopenhadze, a ja zdążyłam zaliczyć kilka dni maksymalnej depresji, pomimo, iż nadal jestem na "cudownych proszkach"... Przyjaciółki, które odwiedzały mnie w tym czasie, przyjmowałam w zasyfionym do granic możliwości mieszkaniu i w piżamie, bez względu na porę dnia. Na szczęście, jak zwykle, odezwał się mój instynkt samozachowawczy - zaczęłam ogarniać kwadrat i być tu i teraz. Codzienna medytacja a la Thich Nhat Hanh znów mnie uratowała - przywróciła właściwą perspektywę - nie przez intelekt, ale przez czysto zmysłowe odczuwanie samej siebie i świata dokoła. Zaczęłam sprzątać mieszkanie (nawet pakować zimowe ciuchy), piec chleb, gotować nowe potrawy i chodzić z bobasami na spacery. Nie da się ukryć, że jestem wielką hedonistką - uszczęśliwiają mnie proste, zmysłowe przyjemności - ład wokół, ciepło słońca, piękne otoczenie, jedzenie, dobry seks, dobrą muzykę, film itd.

Bobasy, które przed wyjazdem męża zachowywały się cudownie, znów pokazały rogi - wpadając w szał (Olafek) i nie śpiąc po nocach (Igorek). Ale mimo to, widzę ich ogólny rozwój i "uczłowieczenie". Kiedy wczoraj poszliśmy razem (bo jakże by inaczej?) do piekarni po 2 bagietki, chłopcy zaczęli walczyć o to, który zaniesie je do domu, rozstrzygnęłam spór prosząc o drugą torebkę i pakując je osobno tak, żeby każdy mógł nieść jedną. Byli z tego bardzo dumni, a Igorek (będący głosem ich obu) przez całą drogę powtarzał "mama nosi nie, Igor nosi tak, Olaf nosi tak". W ogóle muszę przyznać, że nic tak mi nie wyszło w życiu jak dzieci... Moja, coraz bardziej i zaskakująco dorosła, córka zapowiedziała, że przyjedzie pomieszkać ze mną i z bobasami przez ponad miesiąc wakacji, pomoże przy przeprowadzce itp.

A propos pomocnych ludzi, to jest ich zaskakująco dużo. Że nie wspomnę o mojej najlepszej, hiszpańskiej przyjaciółce Mai, która zgodziła się przełożyć wyjazd do rodziny, żeby pomóc mi w przeprowadzce. Nawet moja była uczennica z Terrassy, wysłała mi maila pod tytułem "So that you know (in case you didn't)" o tym, że zawsze mogę liczyć na jej pomoc - zresztą, między nami mówiąc, tego właśnie było mi trzeba.

Proszenie kogokolwiek (nawet najbliższych) o pomoc postrzegałam do tej pory jako przejaw słabości (o ileż łatwiej jest okazywać innym swoją wspaniałomyślność, ofiarując pomoc), ale powoli i to się zmienia. Uświadomiła mi to ostatnio banalna sytuacja w warzywniaku koło naszego domu. Przyszłam tam z chłopcami i mnóstwem zakupów. Na miejscu okazało się, że nie mam wystarczającej ilości gotówki, a sklep nie akceptuje kart płatniczych. Kiedy znajoma sprzedawczyni nie zareagowała na mój tekst "o kurcze, zapomniałam pójść do bankomatu!", ku mojemu własnemu zdziwieniu, spytałam ją, czy mogę zapłacić przy najbliższej okazji, wyjaśniając przy okazji moje połozenie (sic!). Cóż całe życie człowiek się uczy...