środa, 24 grudnia 2008

a strange day

O mały włos, a nie obchodzilibyśmy świąt w tym roku... Mąż tak się pokłócił z moją córką z pierwszego małżeństwa, że byłam gotowa zrezygnować z obchodzenia świąt w tym roku. Na szczęście to już przeszłość i mam nadzieję, że za jakieś 5 - maksimum 10 lat będziemy się wszyscy z tego śmiać. No, ale na razie musimy jakoś te kilka lat przeżyć.

Technicznie rzecz biorąc jest już Wigilia. A ja siedzę przy komputerze. Nic, ale to dosłownie nic, jeszcze nie przygotowaliśmy do świąt oprócz zakupów. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest, że odbyliśmy rozmowę - szczerą i prawdziwą - wszyscy troje. I mam nadzieję, że to coś zmieni. Oczywiście konflikty nie znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tym bardziej, że córka jest w samym środku burzy zwanej dojrzewaniem, a my jesteśmy wyczerpani sprawowaniem opieki nad młodszym potomstwem. Ale najważniejsze jest to, że otworzyliśmy się na siebie nawzajem, byliśmy sobą i okazaliśmy dobrą wolę oraz chęć porozumienia. Jak zwykle wierzę, że miłość zwycięży. (Wiem, wiem, że brzmi to niewiarygodnie wprost naiwnie i wyświechtanie, ale mam zamiar być tak naiwna do 70. albo i dłużej).

Jutro czeka nas bardzo pracowity dzień. Trzeba będzie ubrać choinkę i przygotować wszystkie świąteczne potrawy oraz zapakować wszystkie świąteczne prezenty. Ale obiecuję znieść to jak kobieta, mimo iż, by uporać się z dzisiejszą sytuacją, wypiłam dziś dużo za dużo wina. Tak dużo, że tańczyłam mój ukochany kawałek Curów - "Strange Day" na tarasie - na szczęście dla sąsiadów - ze słuchawkami na uszach.

Uaktualnienie: mąż nastawił groch na kapustę z grochem do moczenia, a teraz właśnie instaluje 37-calowy telewizor, który kupił nam wszystkim na gwiazdkę. Więc jednak pewne przygotowania do świąt zostały poczynione.

A, i oddałam właśnie ostatnie chyba tłumaczenie w tym roku. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie ich więcej, i że znajdę wreszcie nianię, która mi tę pracę ułatwi. I mam jeszcze parę życzeń, o których teraz nie napiszę, żeby nie zapeszyć.

Dziwnie ostatnio żyję - śnię o ludziach, którzy do mnie dzwonią i dzwonią do mnie ludzie, o których śnię. Ale lubię takie życie - czuję, że zbliża mnie do tajemnicy, cokolwiek miałoby to znaczyć...

poniedziałek, 15 grudnia 2008

mother's little helper

Moje życie niepostrzeżenie i stopniowo zamieniło się w (bez)senny koszmar. Co noc właściwie od 2 lat walczę o 4 - 5 godzin nieprzerwanego snu, ale rzadko wygrywam. Mam dość - wszystko mi dolega, i wszystko mnie denerwuje, nic mnie nie cieszy, i nic mnie nie śmieszy. Przypuszczam, że to reakcja mojego systemu nerwowego na przeciążenie. Mam dość dobrych rad i współczucia. Po prostu chcę się wyspać.

Zgodnie z zasadą lepiej późno niż wcale, próbuję kupić prezenty gwiazdkowe. I tak zaobserwowałam pewien postęp zauważyłam, że w ubiegłym roku zamówiłam prezent dla męża 8. grudnia, a w tym już 5. Choć ponieważ 5. to piątek, w sumie wyszło na to samo, ale liczą się moje dobre chęci.

Usiłuję również kupić kuchenkę dla chłopców. I tu oprócz oczywistych barier cenowych, napotykam również na inne trudności. Po pierwsze, kuchenki te często są zaopatrzone w atrapy produktów spożywczych imitujące np. pieczonego kurczaka lub rybę. Jeśli to tylko odlew z plastiku, można go usunąć z opakowania przed zapakowaniem prezentu, ale co zrobić jeśli w opisie widnieje "piekarnik... z wizerunkiem pieczonego kurczaka"? Czy taki wizerunek da się z piekarnika zeskrobać? Po drugie, mniej więcej połowa kuchenek wykonana jest z różowego, seledynowego bądź turkusowego plastiku. Po wyeliminowaniu tychże oraz chorych wizji w stylu kuchenka-drzewko Kubusia Puchatka, wybór drastycznie się zmniejsza. Co zmusza mnie do przymknięcia oka na zachęty sprzedawców w stylu "świetny prezent dla każdej dziewczynki" albo "super kuchenka dla małej gosposi". Póki co moi synowie chowają się, mam nadzieję, w środowisku wolnym od seksistowskich uprzedzeń. Igorek uwielbia nosić moje opaski i bransoletki oraz sprzątać, a poza tym jego główną pasją jest elektronika. Olaf uwielbia auta, narzędzia, czytanie książek i gotowanie.

Największym wyzwaniem, jak co roku, pozostaje oczywiście kupno prezentu dla córki. Dopiero teraz rozumiem, co przeżywała moja mama przez te wszystkie lata...

A dobra wiadomość jest taka, że były u nas na rozmowie kwalifikacyjnej dwie kolejne kandydatki na nianię. Pierwsza, 29-letnia studentka, zwracała się do nas nieodmiennie per "wy" i na każdym kroku przekraczała granice. Poczęstowała Igorka czarną herbatą, a kiedy zaprotestowałam mówiąc, że przecież zawiera ona teinę, roześmiała się i powiedziała "a ja myślałam, że to zielona herbata". Na koniec zażądała "minimum 20 zł za godzinę, no bo dwójka dzieci". Druga, również studiująca dziennie, ale znacznie młodsza i znacznie bardziej wyciszona dziewczyna, wydała nam się tak sensowna, że od razu zaprosiliśmy ją na okres próbny.

wtorek, 25 listopada 2008

dysko

Nasza ulubiona pani doktor zbadała oba bobasy i stwierdziła, że nic im nie dolega. Mało tego, obaj są okazami zdrowia i przykładem na "związek sposobu odżywiania (a konkretnie weganizmu) ze zdrowiem". Badanie wykazało jedynie wyjątkową wrażliwość układu wegetatywnego Igorka, o czym wiedzieliśmy już wcześniej. I teraz pozostaje pytanie, co Igorek odreagowuje nie śpiąc po nocach? Poza tym doszłyśmy obie do wniosku, że wyżej wymieniony jest typem, który regularnie rozgrywa z mamą batalie - zaczęło się od karmienia, a obecnie jesteśmy na etapie spania... Chłopcy dostali homeopatyki w iście homeopatycznej dawce dwóch granulek raz w tygodniu. Na razie przyjęli więc te "magiczne kuleczki" tylko raz, ale wierzę, że zadziałają.

Na trafność diagnozy wskazuje fakt, że kiedy w sobotnią noc chłopcy zostali z nianią, a ja udałam się na imprezę, Igorek spał jak kamień. Koncert w Jadłodajni Filozoficznej okazał się totalnym niewypałem z powodu awarii sprzętu. Niemniej bawiłam się dobrze w towarzystwie wykonawców i nie tylko, i jak to zwykle bywa trochę poskakałam. Otrzymałam nawet propozycję zaśpiewania chórku, którą oczywiście skwapliwie odrzuciłam.

W niedzielę udaliśmy się we czwórkę: mąż, bobasy i niżej podpisana, na spotkanie forumowiczów z wegedzieciaka. Było przesympatycznie. Igorek od razu się rozkręcił - obdarowywał wszystkich swoim gwiazdorskim uśmiechem i zachłannie częstował się tym, co udało mu się ściągnąć ze stołu. Olafek na początku przeżył fazę onieśmielenia i przytulania się do mamy, która to faza na szczęście szybko mu minęła. A potem rozkręcił się do tego stopnia, że zaczął wozić brata w spacerówce dla lalek, co nieuchronnie musiało zakończyć się kraksą. (Swego czasu miałam duże opory przed spotykaniem w realu ludzi poznanych w sieci, ale ta impreza utwierdziła mnie w przekonaniu, że niesłusznie.)

A dzisiaj po raz pierwszy byliśmy na spacerze bez wózka, Mei Taia itp. Najpierw oba bobasy szły grzecznie za rączkę, a potem byłam zmuszona nieść rozmarudzonego Igorka pod pachą. Ale wcześniej zdążyliśmy obserwować przelatujące samoloty, obejrzeć zaparkowane samochody i dotknąć śniegu.

środa, 19 listopada 2008

enjoy the silence

Właśnie wyszłam na taras i zobaczyłam pierwszy śnieg. I choć szczerze nie znoszę zimy i śniegu, to muszę przyznać, że jest w tej chwili coś magicznego. Pierwszy pąk na gałęzi, czy pierwszy przelatujący motyl są na tyle ulotne, że łatwo przeoczyć chwilę, w której je dostrzegliśmy, ale nie sposób przeoczyć nagle odmienionego, otulonego bielą świata, nie sposób się nie zadziwić i nie odczuć pokory. W takich chwilach dostrzegam piękno zimy, bo ta mroźna, roziskrzona, miękka cisza jest niewątpliwie piękna. Nawet przyszło mi do głowy, żeby w tym roku wyjechać gdzieś na Święta, ale zaraz odezwał się głos rozsądku przypominając o małym samochodzie, o korkach i lodzie na szosach i o tym, że moglibyśmy wyjechać tylko na pięć dni, z czego dwa spędzilibyśmy w podróży. W ten sposób kolejny raz leń i hedonista wzięli we mnie górę nad poszukiwaczem przygód.

A siedzę w nocy i nie śpię nie z jakiejś szczególnej pracowitości, ale dlatego, że towarzyszę bezsennemu chwilowo Igorkowi. Co ma swoje dobre strony, bo kończę kolejne tłumaczenie, no a poza tym zobaczyłam pierwszy śnieg, po którym jutro rano pewnie nie będzie śladu.

W trakcie spaceru zajrzeliśmy dziś z bobasami do naszej rejonowej przychodni. Chłopcy zostali zważeni i zmierzeni. Igorek waży 10,5, a Olafek 11,4 kg, wzrostu mają odpowiednio - 79 i 81,5 cm. Czyli, jeśli brać pod uwagę pomiary z końca lata, które wykonałam przy użyciu pożyczonej i nie do końca sprawnej wagi łazienkowej oraz miarki budowlanej, dystans między chłopcami powoli się zmniejsza - potwierdzają to również opinie osób, które nie widzą ich na co dzień. A na koniec bardzo miła pielęgniarka zapytała, czy nie wybieram się z nimi na bilans dwulatka. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że oczywiście, ale w czerwcu.

poniedziałek, 17 listopada 2008

weekenders on our own

Godzina jest późna, a chłopcy, odpukać, śpią całkiem dobrze - tylko Igorek zrobił jedną, małą pobudkę. Ale poprzednia noc była okropna - bobasy budziły się niezliczoną ilość razy, a właściwie budził się Igorek, który swoim płaczem budził Olafka... W czwartek idziemy do naszej ulubionej pani doktor i mam nadzieję, że nam coś poradzi.

Mimo to uważam jednak ten weekend za udany. Po pierwsze, udało mi się ufarbować włosy na piękny, głęboki, wibrujący fiolet, który osiągnęłam przy użyciu gencjany (sic!), co przypomniało mi licealne czasy farbowania ciuchów na czarno w garnku na kuchence i domowej produkcji lakierów do paznokci z plakatówek i atramentu. Po drugie, przetłumaczyłam 3 artykuły dla Linux Magazine, czyli wyrobiłam normę w 150 procentach, bijąc jednocześnie mój rekord nocnej pracy przy komputerze - wczoraj pisałam do 6:30 (sic!). Po trzecie, udało mi się ugotować tajską zupę warzywną z mlekiem kokosowym i limonką, która dorównała smakiem tej, z naszej ulubionej restauracji.

Chłopcy spędzili większość weekendu pod opieką taty, co wszystkim wyszło na dobre - ja odespałam zaległości i popracowałam, a oni dobrze się bawili.


Przepis na tajską zupę

trawa cytrynowa - 1 szt.
limonka - 1 szt.
grzyby - mun lub shitake - 4 -5 szt.
warzywa - może być włoszczyzna bez pora, brokuły, kalafior, kapusta pekińska
pieczarki - 6 - 8 szt.
mleko kokosowe - 1 puszka (ok. 400 g)
rosołek wegetariański - do smaku
pasta curry - do smaku
świeża kolendra

Grzyby zalać wrzątkiem i pozostawić na około pół godziny, a następnie wlać wraz z wywarem do garnka i dodać trawę cytrynową, dolać wody i gotować na wolnym ogniu przez 15 - 20 minut. Warzywa obrać i pokroić - korzeniowe w plasterki, brokuły i kalafior - w różyczki, kapustę - w grube paski; dodać do zupy i gotować. Następnie dodać obrane i pokrojone w plasterki pieczarki. Kiedy warzywa będą miękkie, dodać rosołek i sok wyciśnięty z limonki, zagotować. Stale mieszając dodać mleko kokosowe i gotować przez około 2 minuty. Pod koniec gotowania można dodać pastę curry. (My dodawaliśmy ją już na talerzach, żeby chłopcy mogli jeść zupę wraz z nami.) Można podawać posypaną posiekanymi listkami świeżej kolendry (ale ja tak nie podaję, bo świeżej kolendry nie znoszę).

czwartek, 13 listopada 2008

I'm so tired

Jestem coraz bardziej sfrustrowana. Jakiś czas temu pisałam o nocnym życiu bobasów i właściwie problem jest nadal aktualny. Chłopcy wprawdzie zasypiają dość szybko, ale budzą się poczynając od drugiej w nocy (sic!). Mam już dość słuchania zewsząd, że "w tym wieku (niedawno skończyli 17 miesięcy) już dawno powinni przesypiać całą noc". Ja to wiem, problem w tym, że oni - nie.

Szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko usypianiu własnych dzieci do wieku późno przedszkolnego bądź wczesnoszkolnego, kiedy to zaczną samodzielnie czytać przed snem książeczki. Ba, uważam to za jeden z przyjemniejszych i ważniejszych rodzicielskich obowiązków. Jednak chciałabym, dopełniwszy tego obowiązku, móc spać snem sprawiedliwego, a nie budzić się kilkakrotnie w ciągu nocy.

Ba, gdyby problemem było samo budzenie się, nie robiłabym z tego... problemu. Odkąd urodzili się chłopcy, śpię tak czujnie, że budzi mnie najmniejszy szmer - jestem natychmiast przytomna, zwarta i gotowa do działania. Olafkowi, który czasem krzyczy przez sen, na ogół wystarczy podać smoczka, choć zdarza się, że dalej jest niespokojny, wtedy biorę go do naszego łóżka i to z reguły wystarcza. Znacznie gorzej jest z Igorkiem, który zdaje się cierpieć na jakąś wczesnodziecięcą odmianę bezsenności. Po przebudzeniu, często ze smoczkiem w ustach, potrafi jęczeć i wiercić się godzinami... Na próby przytulenia reaguje niechęcią, a położony w naszym łóżku - ucieka z niego i biegnie do drzwi sypialni żądając, by wypuścić go na wolność. A kiedy czasem zdarza się, że Igorek, jakimś cudem, prześpi calutką noc, Olafek przejmuje jego obowiązki (chyba mają jakiś grafik). I tym sposobem nagminnie nie sypiam do piątej rano. I nawet jeśli potem śpimy do dziesiątej, nie czuję się wypoczęta.

Jedyną prawie w stu procentach pewną metodą ponownego uśpienia bobasów jest podanie im mleczka. Ale po pierwsze, nikomu nie chce się go w nocy przyrządzać; po drugie, kiedy wyjdę do kuchni bobas/bobasy lamentują jeszcze głośniej, a jeśli powierzę to niewdzięczne zadanie mężowi, wiadomo, że rano będzie nieprzytomny; i wreszcie po trzecie, wraz z ilością wypitego w ciągu nocy mleczka rośnie prawdopodobieństwo przemoczenia pieluszki i śpioszków, które powoduje kolejną pobudkę, więc błędne koło się zamyka.

Próbowaliśmy już wielu sposobów. Stałych rytuałów zasypiania. Viburcolu. A ostatnio nawet przemeblowaliśmy całą sypialnię tak, by bobasy miały głowy na północny-zachód (dokładnie na północ się nie da, bo nasz blok stoi ukośnie w stosunku do stron świata). Mądrzy ludzie prześcigają się w dobrych radach i hipotezach - a może to ząbki, a może to brzuszek, a może za dużo wrażeń wieczorem, a może za mało ruchu na świeżym powietrzu w ciągu dnia... Mądre poradniki pełne są rad, jak nauczyć dziecko samodzielnie zasypiać i nigdy, ale to przenigdy nie budzić się w nocy. Niestety z reguły nie wspominają one, co robić, kiedy dwa bobasy śpią koło siebie (dosłownie łóżeczko w łóżeczko) i płacz jednego natychmiast wybija ze snu brata. Natomiast jedyna wydana w Polsce książka na temat bliźniąt, na jaką trafiłam, w ogóle nie porusza tematu snu - może właśnie dlatego, że bliźnięta nie sypiają?

sobota, 8 listopada 2008

we are the champions

Tak, jak powiedziała mi poznana na wakacjach niemiecka położna, nota bene, matka 14-letnich bliźniąt, każdy dzień przynosi teraz nowe umiejętności i z każdym dniem jest lepiej (o nieprzespanych nocach nie wspomniała, ale może nie wpadło jej do głowy, że 17-miesięczny Igorek może nie rozumieć, co znaczy "noc").

Chłopcy bez ustanku testują i ćwiczą nowe umiejętności. Igorek nauczył się wyrzucać brudne pieluszki do kosza - bierze złożoną przeze mnie pieluszkę w jedną rękę, a drugą ręką chwyta moją dłoń i maszeruje do kosza, gdzie z uśmiechem robi "bam!" i zamyka szafkę. Olafek z kolei zamyka wszystkie pozostałe drzwi - kiedy rano wstajemy i idziemy z sypialni do pokoju. Nie pomija nawet drzwiczek od pralki i zmywarki. Zresztą nastawianie prania i rozładowywanie zmywarki, to ulubione rozrywki bobasów.

Jeśli chodzi o chodzenie, to Olafek dosłownie biega. Igorkowi wciąż zdarza się poruszać na klęczkach, ale w dniu, kiedy zaczęłam się tym naprawdę martwić, za namową babci pokonał samodzielnie cały salon i kuchnię, więc teraz już wiem, że po prostu nie zawsze chce mu się maszerować...

Obaj dostali nowe samochodziki. Olafek od razu wypróbował swój - wsiadł na niego i rozwinął maksymalne przyśpieszenie, a potem ćwiczył zawracanie w miejscu podpierając się jedną nogą. Natomiast Igorek podszedł do sprawy analitycznie - najpierw zbadał dostępne melodyjki i funkcje świateł (można włączyć migacze) oraz bagażnik i klakson, a dopiero potem zaczął docierać nowy pojazd.

Dziś bobasy odkryły, że można przechodzić tunelem między kanapą i ścianą w dużym pokoju. Zorientowały się również, że w jednej z książeczek jest zdjęcie samolotu, (których, od czasu naszej podróży obaj są ich wielkimi fanami - na dźwięk samolotu zadzierają głowy i wpatrują się w zachmurzone niebo wskazując w górę palcami). Niestety, książeczka jest tylko jedna... A właśnie weszli w wiek, w którym wszystko powinno być w dwóch identycznych egzemplarzach - inaczej konflikt murowany i nie mówię o narzekaniu czy agresji słownej, ale o rękoczynach i wolnej amerykance z gryzieniem w głowę włącznie.

Z drugiej strony, potrafią również coraz lepiej kooperować. Przedwczoraj Olafek woził Igorka siedzącego dumnie na autku po całym mieszkaniu - inna sprawa, że często woził go w innym kierunku niż Igorek sobie życzył, ale obaj się cieszyli (do momentu, kiedy Olafek stwierdził, że usiądzie razem z bratem). Zdarza się też, że obaj jednocześnie zapragną się huśtać i usiądą na foczce. Próbują też grać ze sobą w piłkę - Igorek genialnie podaje.

Olafek nauczył się również robić "puk, puk!" zwija rączkę w piąstkę i puka do drzwi. Igorek z kolei rozwija umiejętność kokietowania otoczenia (jakby jego czarujący uśmiech nie wystarczył) i kiedy ktoś mu pomacha, albo w otoczeniu padnie zwrot zbliżony do "pa, pa!" macha i kręci obydwiema rączkami jednocześnie - jak przy robieniu "falbanek" we flamenco.

Dziś mieliśmy gości - moją koleżankę z półroczną córeczką. Olafek był zainteresowany głównie jej fotelikiem - gondolką, w którym bujał się, aż się przewrócił do góry nogami. Igorek natomiast nawiązał kontakt z obiema paniami. Młodszą usiłował karmić chrupkiem kukurydzianym, a do starszej uśmiechał się tak długo, aż wzięła go na ręce. (Nie bez powodu na wakacjach zaczęliśmy nazywać go "lady killer").

czwartek, 6 listopada 2008

there's always the sun

Generalnie rzecz biorąc powietrzna podróż z bobasami zaskoczyła mnie pozytywnie. Przed wyjazdem tyle się naczytałam o tym jak dzieci płaczą podczas startu i lądowania, że przygotowałam im na drogę ogromne ilości mleka i oczywiście smoczki i smoczki zapasowe, bo jak powszechnie wiadomo ssanie i przełykanie śliny niweluje dolegliwości wywołane gwałtowną zmianą ciśnienia.

Niezorientowanym przypomnę, że w drodze na Cypr znaleźliśmy się na krakowskim lotnisku w Balicach o 4 rano po bezsennej dla nas i prawie bezsennej dla bobasów nocy spędzonej w autokarze. Igorek zasnął szybko włożony do wózka, a Olafek był w świetnej formie. Śmiał się na głos, kiedy posadziłam go na górnej półce wózka bagażowego (nawet nie wiedziałam, że idealnie nadaje się ona do przewozu siedzących dzieci) i biegałam z nim po całym, pustym o tej barbarzyńskiej porze lotnisku. Celnicy na odprawie bagażowej byli bardzo mili i przymknęli oko na nasze kilkanaście kilo (sic!) nadbagażu. Niestety, jak to często w polskich warunkach bywa, odprawa paszportowa wyglądała kuriozalnie. Podjechaliśmy do bramki ze Igorkiem, który bogu ducha winny, spał spokojnie w wózku i z Olafkiem uśmiechającym się do wszystkich z wysokości górnej półki wózka bagażowego obładowanego naszym bagażem podręcznym. Na wstępie usłyszeliśmy, że ponieważ nasz bliźniaczy wózek nie zmieści się w bramce, nie mówiąc już o taśmie, musimy wyjąć z niego śpiące dziecko i przejść z nim przez bramkę, a wózek zostawić z boku, żeby celnicy mogli go sprawdzić. (Ciekawa jestem, czy inwalidom proponują przejście przez bramkę na piechotę, bo skądinąd wiem, że wózek chłopców ma bardzo podobne wymiary). Próbowałam oczywiście protestować, mówiąc, żeby obmacali wózek z leżącym w nim dzieckiem, ale służbiści się nie zgodzili. Kiedy znalazłam się po drugiej stronie bramki (na szczęście nie miałam na sobie paska z klamrą ani niczego metalowego, bo pewnie kazaliby mi odłożyć gdzieś śpiące dziecko i opróżniać kieszenie), musiałam poczekać dobrych dziesięć minut, aż wózek zostanie przeszukany. W międzyczasie mąż zażartował na temat próbowania mleka, które mieliśmy przygotowane dla chłopców w butelkach ze smoczkami. Celniczka, zajmująca się prześwietlaniem bagażu podręcznego, stwierdziła, że nie będzie to potrzebne, na co jej kolega natychmiast zaprotestował kategorycznie żądając, by mąż jednak napił się tego mleka. Ponieważ przeżył, przepuszczono nas wszystkich na drugą stronę. Jednak w bagażu podręcznym mieliśmy dodatkowo nierozpieczętowany karton mleka dla chłopców. Kolejny celnik bardzo długo czytał jego etykietki nie zwracając uwagi na moje tłumaczenia. W końcu zawołał "komendanta", który powtórzył tę procedurę, a kiedy wyjaśniałam mu, że to mleko ryżowe, bo nasze dzieci innego nie piją i że to to samo mleko, które mamy w butelkach spoglądał na mnie wzrokiem bez wyrazu. W końcu westchnął, wzruszył ramionami i odłożył to nieszczęsne mleko z powrotem do naszej torby. Na koniec pobytu w Balicach spotkała nas jednak bardzo miła niespodzianka - okazało się, że jest tam świetnie wyposażony kącik zabaw dla dzieci, w którym Olafek spędził kilkadziesiąt minut świetnie się bawiąc - głównie w otwieranie i zamykanie drzwi do plastikowego domku.

Na pokładzie samolotu spotkała nas kolejna, niemiła niespodzianka, a mianowicie okazało się, że przydzielono nam miejsca na początku samolotu, które były zarezerwowane dla drugiej załogi powracającej na Cypr i to w dwu różnych rzędach. Jednak cypryjska załoga była tak miła, że momentalnie pozamieniała się z nami miejscami, w rezultacie czego siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, gdzie jest mnóstwo miejsca na nogi, a na dodatek koło siebie i przy oknie. Od strony korytarza siedziała obok nas powracająca do domu przemiła, cypryjska stewardesa, która zapałała ogromną sympatią do Igorka. Bo tuż po starcie Olafek usnął wyglądając przez okno w ramionach taty, a Igorek obudził się rześki i wypoczęty. Ta sympatyczna dziewczyna nie tylko brała naszego pierworodnego na kolana, ale również spacerowała z nim po całym samolocie i przedstawiała pozostałym członkom obu załóg, dzięki czemu Igorek zniósł dzielnie cały lot i wyczerpany wrażeniami usnął dosłownie na chwilę przed lądowaniem.

Kiedy w Larnace wysiedliśmy z samolotu spotkało nas kolejne, niemiłe zaskoczenie - wózek na nas nie czekał. A ponieważ miałam śpiącego Igorka na rękach i pogoda była piękna, usiadłam, trzymając go w ramionach, na płycie lotniska tuż koło samolotu i wózek zaraz się znalazł.

W drodze powrotnej mieliśmy po raz kolejny okazję przekonać się, jak bardzo różni się nasza mentalność od mentalności mieszkańców południowej Europy. Kolejny raz nie zapłaciliśmy za nadbagaż (choć innym osobom skrupulatnie naliczano dopłaty), celnicy poprzesuwali barierki, żebym mogła przejechać z wózkiem, w którym tradycyjnie spał Igorek, (oczywiście nikt poza nami nawet tego wózka nie dotknął), a odpowiedzią na moje pytanie o to, czy możemy w bagażu podręcznym mieć: mleko w butelkach ze smoczkami, soczek pomarańczowy w kartonie i wodę mineralną, były szerokie uśmiechy i potakiwania. Kiedy przechodziliśmy przez odprawę celną, przy bramce zgromadzili się chyba wszyscy celnicy (również ci z odprawy bagażowej) wypytując nas o wiek i imiona chłopców i machając na pożegnanie roześmianemu Olafkowi. Z tego wszystkiego przez roztargnienie przemyciłam w bagażu podręcznym surowo zakazane narzędzie terrorystów, jakim, jak powszechnie wiadomo, jest obcinacz do paznokci dla niemowląt.

Kiedy wchodziliśmy na pokład samolotu, przemknęło mi przez myśl, że miło byłoby znów zobaczyć stewardesę, która poprzednio tak fajnie opiekowała się Igorkiem. I oczywiście była tam - tym razem na służbie i w pełnej gali - od razu nas poznała i stwierdziła, że chłopcy bardzo urośli przez te 2 tygodnie. Tym razem dostaliśmy miejsca koło siebie, a uczynna współpasażerka (jak się później okazało żona jednego z pilotów) zamieniła się z nami tak, żebyśmy mogli siedzieć przy oknie. O dziwo, chłopcy, chociaż tym razem byli bardziej wypoczęci, podróż powrotną znieśli gorzej. W dalszych rzędach jest jednak bardzo mało miejsca i o ile Olafek, który uwielbia się przytulać, szybko zasnął, to Igorek po początkowej fascynacji wnętrzem maszyny i widokami za oknem, zawodził na pół samolotu. Nasza sąsiadka próbowała wziąć go na ręce i na spacer między rzędami, ale był zbyt zmęczony i odmawiał jakiejkolwiek współpracy. W końcu ta dobra kobieta odstąpiła nam swoje miejsce, żebym mogła go ułożyć do snu i oddaliła się do męża. Igorek ułożony na pustym siedzeniu szybko usnął i oba bobasy twardo przespały resztę lotu wraz z lądowaniem.

Niestety na Okęciu sytuacja się powtórzyła - znów brak wózka, a tym razem obaj chłopcy smacznie spali. W tych okolicznościach mąż poszedł do personelu lotniska i oświadczył, że zostaniemy w samolocie, dokąd nie dostarczą pod drzwi wózka, bo chyba nie wyobrażają sobie, że weźmiemy bagaż podręczny i dwójkę śpiących dzieci i będziemy pokonywać z nimi kilometry dzielące nas od odprawy paszportowej, nie mówiąc już o odbiorze bagażu. Wprawdzie obsługa warszawskiego lotniska dała nam odczuć, że jest wściekła i wspominała coś o opóźnieniach lotu z naszej winy, ale wózek natychmiast się znalazł. (Niestety inni pasażerowie, którzy nie byli tak asertywni, dźwigali swoje dzieci aż do odbioru bagażu - dobrze, że mieli pojedyncze).

Po raz pierwszy miałam okazję odwiedzić nowy terminal na warszawskim Okęciu. Zaskoczył mnie pozytywnie za wyjątkiem pokoju dla matki z dzieckiem, w którym nie było miejsca, żeby usiąść i nie zamykały się drzwi (a co z matkami karmiącymi piersią?). Jak na każdym przyzwoitym lotnisku trzeba pokonać w nim niekończący się labirynt bezosobowych korytarzy - w tym przypadku skleconych na prętce z drucianej siatki i blaszanych paneli, co niewątpliwie ma swój postmodernistyczny urok.

A tytuł posta stąd, że zarówno, kiedy wylatywaliśmy z Polski, jak i kiedy do niej wracaliśmy, nasz piękny kraj okrywała nieprzenikniona warstwa chmur... i właśnie lecąc samolotem zawsze sobie o tym przypominam.

czwartek, 30 października 2008

savoy truffle

Niestety to co wyczytałam w sieci na temat kuchni cypryjskiej zupełnie rozminęło się z prawdą. Nie jest ona bynajmniej skrzyżowaniem kuchni greckiej z kuchnią turecką - to po prostu kuchnia... cypryjska, która niestety (jak to często nad morzem bywa) opiera się na rybach i frutti di mare. Nie spotkaliśmy się tam z ani jedną (sic!) tradycyjną, wegańską potrawą, bo te, które morskich stworzeń nie zawierały, były pełne fety i innych miejscowych serów. Hummus dostawaliśmy tylko na wyraźne życzenie, ponieważ nie figurował w jadłospisie, natomiast o falafelach nikt tam nie słyszał. Na szczęście personel hotelowej kuchni i restauracji miał dużo dobrych chęci i mogliśmy prosić o dowolne kombinacje składników, które były w danej chwili dostępne. Nikt też nie robił problemów, kiedy braliśmy dla chłopców jedzenie na wynos, ani kiedy niemiłosiernie brudzili w czasie posiłków (jak zresztą wszystkie dzieci w hotelu).

Bo przez te dwa tygodnie chłopcy karmili się całkiem sami. Nasz rola ograniczała się do przynoszenia miseczek z kolejnymi potrawami oraz przypominania im, co jemy widelcem, co łyżeczką, a co palcami. Dodam, że posługiwali się dorosłymi, metalowymi sztućcami do deserów oraz jedli ze szklanych miseczek i talerzy i przez cały pobyt stłukli tylko jedno naczynie (sic!). Nauczyli się również pić bardzo efektywnie przez słomkę.

Ponieważ byliśmy zdani na hotelową kuchnię, jadłospis bobasów rozszerzył się imponująco. Wprawdzie zmusiło nas to do rezygnacji z niektórych zasad zdrowego żywienia, ale oczywiście pozostali weganami i nie ponieśli żadnego widocznego gołym okiem uszczerbku na zdrowiu. Nie będę wymieniać wszystkich potraw, których spróbowali, a jedynie te, które przypadły im do gustu: makaron z sosem pomidorowym; warzywa na parze (Olaf - kulki z marchewki, Igor - zielony groszek i kukurydza); pieczone - ziemniaki, smażone cukinie, bakłażany kolby młodej kukurydzy i pieczarki; oliwki, kapary, hummus, surowe pomidory, granaty, grzanki, frytki, sok pomarańczowy i sok ananasowy. Oczywiście bywały dni, kiedy byli zmęczeni tymi nowymi smakami i wtedy podstawę ich jadłospisu stanowiło awokado, banany i bułki.

Dzięki tym doświadczeniom poczułam dużą ulgę - wiem już, że nie muszą jeść tylko i wyłącznie podanego plastikową łyżeczką przez troskliwą mamusię domowego jedzonka z ekologicznych składników. Co więcej, oprócz dań z restauracji mogą również konsumować piasek i drobne kamyki, popijając je zarówno wodą morską jak i tą z basenu, a także wylizywać podłoże w miejscach publicznych takich jak hotel, lotnisko czy nawet deptak w kurorcie.

środa, 29 października 2008

long time no see

Właśnie wróciliśmy z Cypru. Nasi chłopcy byli tam gwiazdami - może dlatego, że byli chyba jedynymi bliźniakami w całej Ayia Napa. Dosłownie co druga mijana osoba zaczepiała nas pytając o wiek, płeć, narodowość i imiona chłopców, a niektórzy, ku naszemu zdumieniu pytali również, czy to aby na pewno bliźnięta. Zupełnie odwrotnie niż w Warszawie, gdzie prawie nikt nie zwraca na nich uwagi, a jeśli już zwróci, najczęściej pyta, jak ich odróżniamy. A wszystko dlatego, że na warszawskim Ursynowie, jest mnóstwo bliźniąt, mieszkają również trojaczki, a nawet jedne czworaczki. Na Cyprze chyba jest ich po prostu mniej (zwłaszcza, że cała wyspa ma blisko dwukrotnie mniej mieszkańców niż Warszawa), choć poznaliśmy ratownika, któremu właśnie urodziły się trojaczki - dwóch chłopców i dziewczynka. Świeżo upieczony tatuś był naprawdę przerażony ogromem pracy, który z dnia na dzień spadł na jego żonę i teściową. Poza tym wiele osób okazało się być rodzicami bądź dziadkami odchowanych bliźniąt. W tych okolicznościach siłą rzeczy spędziliśmy mnóstwo czasu na rozmowach o dzieciach w kilku językach i z przedstawicielami różnych nacji i ras. Czasami było to męczące, zwłaszcza gdy rozmowy te sprowadzały się do zdawkowej wymiany tych samych pytań i uprzejmości, lecz często przedłużały się i stawały głębsze, co przypominało mi, że chcąc nie chcąc jestem częścią wielkiej rodziny ludzkiej i na najgłębszym poziomie moja egzystencja nie różni się bardzo od doświadczeń życiowych Eskimosów czy Buszmenów. Bez względu na krąg kulturowy, status społeczny, wiek czy wyznanie dziecko zawsze wprowadza w nasze życie chaos, przesuwa granice naszego egoizmu, przynosi lęk, zmęczenie, mnóstwo cierpliwości, łagodności i miłości.

Sposobność mówienia po angielsku, słowacku i francusku oraz łamanym niemieckim, rosyjskim i włoskim sprawiły mi dużo frajdy i jednocześnie skłoniły do refleksji. Paradoksalnie w tym kosmopolitycznym środowisku (spotkaliśmy na Cyprze turystów z Polski, Niemiec, Rosji, Indii, Austrii, Szwajcarii, Norwegii oraz Wielkiej Brytanii oraz pracujących w tamtejszym przemyśle turystycznym Polaków, Bułgarów, Słowaków, Czechów, Niemców, Włochów, Rosjan, Amerykanów i Pakistańczyków), gdzie uniwersalnym językiem jest angielski, nacją, która jest najmniej rozumiana są Brytyjczycy - ci z najładniejszym akcentem i posługującym się współczesnym lingua franca najbieglej. Ba, nawet ja z moim zawodowym skrzywieniem (z wykształcenia jestem nauczycielką angielskiego) cierpiałam katusze słysząc zewsząd zwroty typu: "long time no see".

W tym międzynarodowym towarzystwie osobą, do której zbliżyliśmy się najbardziej, była Bułgarka - Rumyana, pracująca w naszym hotelu jako kelnerka. Zaufaliśmy jej na tyle, że na jeden wieczór powierzyliśmy jej opiece bobasy. Ta ciekawa osoba spędziła kilka lat we Włoszech i w Iraku i zwiedziła kawał świata, a teraz układa sobie życie na Cyprze.

wtorek, 14 października 2008

on track

Oczywiście nie poszliśmy na koncert Pogotowia Seksualnego na squacie. Oczywiście dostałam okresu i migreny. Ale za to jesteśmy już prawie spakowani. Jutro o tej porze będziemy lądować w Larnace. Ciekawa jestem, co powiedzą na to chłopcy. Wyobrażam sobie, że poczują się jak w innej galaktyce. Nigdy jeszcze nie byli dalej niż 40 km od Warszawy, a tu nagle znajdą się w zupełnie innym świecie, w którym będą znali tylko rodziców. By trochę zmniejszyć ich szok, spakowałam im po jednym misiu i jednym Teletubbisiu oraz kilka znajomych książeczek. Mam nadzieję, że mimo wszystko będą się dobrze bawić i my z nimi też. A przede wszystkim liczę na to, że Igorek, korzystając z komfortowych warunków na plaży, zacznie wreszcie chodzić na dwóch nogach. Na razie biorąc przykład z Olafka przestał wprawdzie raczkować i przyjął pionową pozycję, ale porusza się... na kolanach - jak średniowieczny pątnik.

Na Cyprze nie planujemy korzystać z sieci, więc po powrocie opublikuję wspomnienia z wakacji w odcinkach. A co ciekawe, dziś w nocy wracając ze stacji benzynowej zauważyłam na jezdni małe, niebieskie światełko. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zatrzymała auta i nie wróciła po nie... Sprawiło, że poczułam się jak bohaterka filmu "Lulu na moście". A ponieważ uwielbiam niebieskie światełka, przyjęłam to za dobrą wróżbę.

piątek, 10 października 2008

w klubie samotnych serc

Olafek nadal ma katar. Boję się, co to będzie w samolocie. Ale jest z tego długotrwałego kataru jeden pożytek - mając zaledwie rok i cztery miesiące nauczył się smarkać nosek (oczywiście ja trzymam mu chusteczkę, a on w nią parska), a także zaakceptował fridę - to znaczy nie polubił jej, ale znosi zabiegi nią wykonywane z godnością.

Powoli kompletuję rzeczy na wyjazd. Dziś przyszły uszyte w ostatniej chwili Mei Taje - są przepiękne: mój czekoladowo-brązowy z niewielką domieszką szarości, czerni, bieli i kroplą pomarańczu, a męża jest całkiem czarny z jednej strony, a z drugiej ma biało-czarny panel. Teraz pozostaje nam tylko nauczyć się je wiązać według instrukcji z YouTube.

Nasza niania dostała wreszcie wymarzoną pracę w banku, więc klamka zapadła - po powrocie ponownie rozpoczynam poszukiwania, zwłaszcza, że mam szansę na fajne zlecenie.

Byliśmy na koncercie i trochę się wyskakaliśmy, choć nie tak wiele jak byśmy chcieli, bo nieprzespane noce obniżyły nam formę. Gwiazda wieczoru - Super Girl&Romantic Boys nas rozczarowali, natomiast miłym zaskoczeniem okazał się być support Krzyz:Kross. Nie znałam ich wcześniej, ale szybko zaskarbili sobie moją sympatię - nie tylko graniem, ale również bezpretensjonalnością. Tej ostatniej bardzo brakowało widowni, ale jak człowiek chadza na koncerty, na których bawią się ludzie w wieku jego dzieci, to nie powinien narzekać. A propos młodej widowni, ze zdumieniem skonstatowałam, że te dzieciaki, znają na pamięć teksty polskich hitów z lat osiemdziesiątych, (kiedy to ich rodzice sami byli jeszcze nastolatkami), a to dzięki coverom.

czwartek, 9 października 2008

bobokracja

Bobasy przejęły kontrolę i niepodzielnie rządzą naszym życiem. Ostatnio nasza najlepsza noc wyglądała tak, że Igorek usnął około dziewiątej, a Olafek tuż po północy. Kiedy odniosłam go od łóżeczka, mąż, niezmiernie tym uradowany, zaproponował mi wyjście na taras na papierosa, mówiąc "zaszalejmy, cieszmy się życiem!". Następnego dnia obudziło nas dopiero przyjście niani o dziewiątej rano i to była najdłuższa, przespana noc w ciągu kilku ostatnich tygodni. Oczywiście nie była to noc przespana nieprzerwanie, bo w międzyczasie bobasy zdążyły się obudzić - wywnioskowałam to po tym, że rano spaliśmy wszyscy razem na dużym łóżku, a na podłodze znalazłam pustą butelkę po mleku...

Niemniej noc ta dała mi mnóstwo energii - odżyłam i zaczęłam spoglądać w przyszłość z optymizmem.(Nic nowego nie powiem, ale deprywacja snu czyni spustoszenie w psychice). Nabrałam też sił, by pozałatwiać kolejne sprawy przed wyjazdem, a nawet wrócić do fioletowego koloru włosów. Pomógł mi w tym fakt, że nasza niania nadal szuka pracy, a że ma do opłacenia studia, nadal chętnie zajmuje się chłopcami w dni, kiedy nie ma rozmów kwalifikacyjnych.

Dziś była jedna z gorszych nocy z chłopcami. I to nie dlatego, że Igorek obudził się o w pół do jedenastej i zasnął tuż przed trzecią, a od północy towarzyszył mu Olafek, tylko dlatego, że chłopcy krzyczeli razem lub na zmianę przez ponad godzinę (sic!). A wszystko przez naszego kota, który zaczął głośno miauczeć pod drzwiami córki, akurat, kiedy oba bobasy odpływały w objęcia Morfeusza. Nie pamiętam już czy wspominałam, że nasz kot jest trzecim po bliźniakach budzicielem w naszej rodzinie? Zwykle wczesnym wieczorem kładzie się spać na szafie w salonie (skąd może patrzeć na nas z wyższością, jak to kot). A następnie budzi się w środku nocy albo nad ranem wyspany i spragniony ludzkiego towarzystwa. Miauczy wtedy na cały głos pod drzwiami naszej sypialni lub pokoju Weroniki. Tak się składa, że jestem jedyną dorosłą osobą w domu, której to przeszkadza, więc zrywam się, żeby otworzyć mu drzwi. Jeśli zaśnie u nas lub u córki na łóżku i pośpi do rana, możemy uważać się za szczęściarzy, ale niestety często nudzi mu się i wznawia miauczenie tym razem, żeby wypuścić go z powrotem na korytarz, ewentualnie znajduje pozostawioną przez nieostrożnego domownika szklankę z wodą lub wazon z kwiatami i próbuje się z nich napić, co z reguły kończy katastrofą...

A wracając do dzisiejszej nocy, powiem krótko (tym, którzy jeszcze mają jakiekolwiek wątpliwości), że usypianie dwóch rozkrzyczanych, ząbkujących 16-miesięczniaków to hardcore. Są już za duzi, żeby wziąć ich obu w ramiona (albo jednego w ramiona, a drugiego na kolana) i bujać. Położeni do łóżeczek wstają, rzucają smoczkami i kopią w szczebelki. Położeni na dużym łóżku uciekają z niego, stają przy drzwiach i uderzają w nie smoczkami. To wszystko oczywiście przy akompaniamencie krzyków i zawodzeń. Kiedy przytulam jednego i szczęśliwa widzę, że zaczyna się wyciszać, natychmiast rozbudza go krzyk rozżalonego brata. (Dla ułatwienia dodam, że brutalna metoda usypiania bliźniąt po kolei nie wchodzi w grę, ponieważ nie w naszym mieszkaniu brak dźwiękoszczelnych pomieszczeń). A kiedy w końcu udaje mi się ułożyć ich na dużym łóżku obok siebie z kolejnymi butelkami mleczka, długo jeszcze budzą siebie i siebie nawzajem szlochem i pojękiwaniami.

Całe szczęście, że dziś w CDK-u grają Super Girl & Romantic Boys...

poniedziałek, 6 października 2008

bobo zombie

Od kilku dni, a właściwie nocy, bobasy wystawiają naszą cierpliwość na próbę. Zasypiają normalnie około dziewiątej wieczorem, ale potem budzą się czasem o jedenastej, a czasem o pierwszej w nocy i potem jeden z nich już ani myśli spać... Wczoraj był dyżur Igora - wstał około jedenastej właśnie, a ponownie usnął kilka minut przed trzecią.

Bo właśnie doszliśmy z mężem do wniosku, że oni ustalają sobie takie dyżury - żeby pobyć trochę z mamą sam na sam, a ten, który dyżuruje w nocy, to nawet z mamą i tatą...

Jednak jako wyrozumiała i kochająca mama rozumiem, że 2w1 - przeziębienie i ząbkowanie może być ciężkie, więc na pocieszenie przygotowuję im ich ulubione, jesienne potrawy, bo na spacer po 3 - 4 godzinach snu na dobę nie mam już sił...


Szpinak po katalońsku

świeży szpinak (na naszą 5-osobową rodzinę kupuję 1,5 kg)
kilka ząbków czosnku
duża garść rodzynek
2 - 3 łyżki orzeszków pinii
oliwa z oliwek
sól

Szpinak umyć. Czosnek obrać i pokroić w plasterki. Rodzynki zalać małą ilością wrzątku. Orzeszki pinii uprażyć na suchej patelni na jasnobrązowy kolor. Na dnie garnka rozgrzać oliwę z oliwek i wrzucić na nią czosnek. Kiedy będzie złoty, dodać szpinak, osolić do smaku. Dodać rodzynki - jeśli są niesiarkowane (ekologiczne), to razem z wodą, w której się moczyły, a jeśli nie, to odcedzić je i dodać trochę wody. Dusić, aż szpinak będzie miękki. Na koniec dodać orzeszki pinii i wymieszać.


Pieczone jabłka

jabłka
rodzynki
cynamon
ew. goździki i/lub gałka muszkatołowa
folia aluminiowa

Nastawić piekarnik na 150 st. Jabłka umyć, odkroić czubek z ogonkiem mniej więcej w jednej czwartej wysokości - tak, żeby powstała "pokrywka". Wydrążyć gniazda nasienne (ja do tego celu używam obieraczki do warzyw - takiej z ostrym czubkiem). Do wydrążonych jabłek wsypać po szczypcie cynamonu i łyżeczce rodzynek i przykryć je pokrywkami z ogonkami. (Jeśli chcemy, żeby jabłka były bardziej aromatyczne i rozgrzewające, można dodać też po szczypcie gałki muszkatołowej i wbić w każde kilka goździków). Ułożyć jabłka na blasze wyłożonej folią aluminiową i wstawić do piekarnika. Piec około 15 minut, aż jabłka zrobią się całkiem miękkie. Ponieważ skórka dosłownie sama odchodzi, można też wyjąć miąższ i dodawać go do kaszek dla dzieci.

sobota, 4 października 2008

double trouble

Mimo, że na Ursynowie jest mnóstwo ścieżek rowerowych, rowerzyści dbający o kondycję bezlitośnie spychają mnie z chodników na trawnik i obdzwaniają, podczas gdy ja, dbając o moją kondycję, z trudem pcham podwójny wózek, który jest tylko o 6 kg (sic!) lżejszy ode mnie.

Kiedy próbuję wjechać do osiedlowego sklepu, sprzedawczyni już od progu proponuje mi, żebym zostawiła wózek z dziećmi przed wejściem, bo przecież się nie zmieści. Kiedy oponuję mówiąc, że zmieści się spokojnie, ona jednak nalega, żebym z nim nie wjeżdżała, co kończy się tym, że rezygnuję z zakupów w małych sklepikach i udaję się z bobasami do supermarketu. Tam udaję się do kasy pierwszeństwa i proszę czekających w kolejce, by nas przepuścili. Kasjerzy z reguły uśmiechają się do nas już z daleka, ale im jest wszystko jedno - i tak muszą wszystkich obsłużyć. Natomiast osoby stojące w kolejce reagują bardzo różnie. Raz nawet usłyszałam, że dzieci zostawia się w domu, a nie idzie z nimi po zakupy! Tylko ciekawe z kim?

Kiedy w końcu obładowani zakupami wracamy do domu metrem, czeka nas kolejna przeprawa. Po wyjściu z wagonu wracający z delegacji japiszoni z walizkami na kółkach ścigają się z nami w drodze do windy. Oczywiście z ciężkim wózkiem przegrywam na starcie. Najgorzej jest na końcowej stacji, gdzie korytarz jest dwukierunkowy - za każdym razem, gdy ktoś chce wyjść z windy na peron, jestem zmuszona wycofywać się z wózkiem, bo blokujemy całe przejście. A kiedy próbuję ustawić wózek przy tych drzwiach metra, które się na Ursynowie nie otwierają, słyszę nalegania, żebym go odsunęła, bo nie mieszczą się tam rowery...


Samo dostanie się na peron metra to osobna historia... Okoliczne stacje mają tylko pojedyncze windy, z których często korzystają osoby zupełnie niewyglądające na kogoś, kto potrzebuje nimi jechać. W związku z tym zdarza nam się długo czekać. I niestety często za nami ustawia się kolejka... Nasz bliźniaczy wózek mieści się w windzie metra na styk i zajmuje około 3/4 jej powierzchni tak, że kiedy jedziemy z mężem i bobasami, stoimy przyciśnięci do rączki wózka i naprawdę nie ma już miejsca na nikogo więcej. To jednak nie zraża innych pasażerów. Jakiś czas temu ustawiła się za nami korpulentna rodzinka - mama, tata i nastoletni synek z torbą podróżną na kółkach. Kiedy winda przyjechała i wsiedliśmy, mama dała znak ręką mężowi i synowi mówiąc "Proszę zaczekać na nas. Przecież wszyscy się zmieścimy". Nauczona przykrym doświadczeniem, próbowałam przepuszczać stojących za mną, żeby uniknąć tego typu sytuacji. Ostatnio na metrze Natolin stała za mną i wózkiem z bobasami pani z nastoletnim synem. Kiedy czekaliśmy na windę, zaproponowałam jej "Może Panią przepuszczę?" Bo my się nigdzie nie spieszymy, a wszyscy nie zmieścimy się w windzie". Pani podziękowała grzecznie, mówiąc, że ona również się nie śpieszy i może spokojnie zaczekać na następną windę. Winda przyjechała, wjechałam do niej wózkiem i zanim drzwi zdążyły się zamknąć, pani z synem dosłownie wepchnęli się do środka przyciskając mnie do rączki wózka. Oczywiście pani była młoda, zdrowa i w pełni sił (syn zresztą też) i nie mieli żadnego bagażu, a na dodatek już na dole okazało się, że nawet nie mieli zamiaru podróżować metrem - po prostu nie chciało im się przechodzić przez ulicę na pasach...

Zaś kiedy wjeżdżamy z wózkiem do restauracji lub kawiarni, witają nas nie tylko przerażone spojrzenia obsługi, ale również skrzywione miny nałogowo przesiadujących w tych lokalach yuppies. W ich oczach czytam: wózek zatarasuje przejście; dzieci na pewno nabrudzą; mogą też ściągnąć coś ze stołu; i na pewno będą rzucać dookoła smoczkami, a rodzice będą prosić kelnerów o ich wyparzanie; bobasy będą marudzić i nie dadzą nam zrelaksować się i spokojnie porozmawiać; a w ogóle, to kto normalny w dzisiejszych czasach ma 2 dzieci?!

No właśnie, kto w dzisiejszych czasach decyduje się na dwójkę dzieci? Kto zachodzi w ciążę nie mając pracy, w związku z czym nie ma praw do żadnych świadczeń socjalnych? Kto przy zdrowych zmysłach wychowuje dzieci, które w przyszłości będą produkować PKB, a tym samym pracować na emerytury tych, którym teraz tak przeszkadzają, sam nie mogąc w przyszłości liczyć na podobne świadczenia?

dzień jak codzień

U nas wszystko po staremu. Olafek nadal ma okropny katar, w związku z czym dodajemy Inhalolu do kąpieli i na noc wieszamy na kaloryferze mokrą flanelową pieluszkę tymże skropioną. A przed snem nacieramy mu klatkę piersiową i plecki Pulmexem Baby i oklepujemy - na szczęście bardzo to lubi, zwłaszcza, że w trakcie opowiadam mu "a teraz idą słonie bum, bum, bum, a teraz biegnie stado nosorożców" itp.

Dziś przyszły 3 walizki, które zamówiłam przez sieć. Moja jest największa i oczywiście najładniejsza - w kwiatki. Są ogromne, ale i tak wydaje mi się, że nie damy rady się w nie spakować. Zakupiłam również na Allegro 4 paczki pieluszek do pływania oraz sandałki dla Igorka (Olafek już miał).

Wczoraj bobasy postanowiły urządzić sobie kino nocne. Obudziły się i siebie nawzajem około 23:30 i postanowiły już nie spać. Dobrze, że mamy dwa kanały dla maluchów, które nadają przez całą dobę. Chłopcy oglądali więc telewizję w leżaczkach-bujaczkach do trzeciej nad ranem (sic!) głośno wymieniając się uwagami na temat filmów. Kiedy złapałam się na tym, że zasypiam na siedząco, przewinęłam ich i ułożyłam w łóżeczkach z butelkami mleka ryżowego. Wyglądali na bardzo zadowolonych, ale kiedy mleko się skończyło, wyrzucili butelki i zaczęli lamentować. Oczywiście skapitulowałam i wzięłam ich do naszego łóżka. Olafek w ciągu kilku minut usnął. Natomiast Igorek zszedł z łóżka i zaczął bawić się po ciemku. Skończyło się to oczywiście guzem i płaczem. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już ile razy tej nocy uspokajałam go i przytulałam pomagając znaleźć zagubionego smoczka. Jak przez mgłę pamiętam, że notorycznie próbował kłaść się w poprzek łóżka na poduszkach - głową uderzając w twarz męża, a nogami - w moją.

Mąż został doceniony w pracy, w związku z czym wrócił dziś do domu o w pół do dziewiątej. Kiedy wrócił zastał mieszkanie bardziej kolorowe niż zwykle, bo dziś był dzień rysowania - po ścianach w przedpokoju, po lustrze, po kaloryferach, po drzwiach od pokoju i łazienki. Poza tym był to również kolejny dzień nieskrępowanej aktywności, polegającej między innymi na tym, że kiedy dosłownie na 2 minuty udałam się do łazienki, po powrocie zastałam Igorka siedzącego na moim stojącym na stole (na szczęście zamkniętym) laptopie dzwoniącego do mechanika samochodowego z mojej komórki. A Olafek w tym czasie dosłownie rozbijał się swoim autkiem-jeździkiem z bagażnikiem wypchanym po brzegi kredkami i flamastrami po całym mieszkaniu.

wtorek, 30 września 2008

choose leisure wear and matching luggage

Od trzech dni usiłuję kupić walizki na nasz wyjazd. Dobre wiadomości są takie, że chłopcy dostali własny limit bagażowy po 10 kg na głowę. A złe są takie, że na rynku jest mnóstwo walizek... Do wyboru, do koloru, w dowolnych wymiarach i cenach. I całkiem się w tym pogubiłam. Ten post chyba równie dobrze mogłabym zatytułować "Lost in the Supermarket".

To zrozumiałe, że kiedy kupuje się mieszkanie albo szuka szkoły dla dziecka, człowiek zastanawia się, porównuje, przebiera, wybiera i wybrzydza. W końcu w mieszkanie z reguły inwestujemy wszystkie nasze oszczędności, a szkoła może zaważyć na przyszłości naszej pociechy. Ale żeby tak z walizkami? A ja tak mam z prawie wszystkim... Przy okazji kupowania tych walizek po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak dużą część mojego życia pochłania podejmowanie tego typu decyzji. Bo zakupami tego nie nazwę - przez zakupy rozumiem beztroskie wrzucanie do koszyka tego, na co akurat mam ochotę. (Może dlatego tak lubię secondhandy?). To natomiast bardziej przypomina złożony proces decyzyjny poprzedzony wnikliwym researchem.

Kiedy kupuję samochód i wiem, że się na tym nie znam, czytam w sieci opinie tych, którzy się znają, pytam znajomych i nieznajomych, pytam taksówkarzy i mechaników samochodowych. Jeśli chcę wziąć kredyt, pytam doradców finansowych. Jeśli chcę kupić krem, radzę się zaprzyjaźnionej kosmetyczki. A o nieskórzane buty dla dziecka pytam na wegetariańskim forum. Czy to jest normalne? Czy inni też tak robią? Jeśli tak, tłumaczy to istnienie eBay'a, Allegro, Ceneo, Gratki i wielu, wielu innych.

Sama przed sobą tłumaczę, że jeśli już muszę wydać na coś kilkaset złotych, to lepiej, żeby to były dobrze wydane pieniądze - żeby nie przepłacić, ani nie kupić jakiegoś bubla, że nie stać mnie na to, żeby wejść do pierwszego lepszego sklepu i wyjść z niego z walizkami, które mi się podobają.

Mówi się, że czas to pieniądz i coś w tym jest. Kiedy dużo zarabiałam i byłam zapracowaną bizneswoman, nie przejmowałam się takim rzeczami. Kupowałam to, na co miałam ochotę, w pierwszym lepszym sklepie, który był wciąż otwarty po moim wyjściu z pracy. Teraz mam mniej pieniędzy, ale za to więcej czasu. Efekt jest taki, że znaczną jego część pochłaniają poszukiwania oszczędności...

Ten post chyba równie dobrze mogłabym zatytułować "W poszukiwaniu straconego czasu". Jedno jest pewne - nie napędzam już rozwoju gospodarki tak jak kiedyś...

sobota, 27 września 2008

w stronę słońca

Powoli zdrowiejemy, z naciskiem na "powoli". Mam nadzieję, że jutro wybierzemy się na pierwszy w tym tygodniu spacer - zwłaszcza, że ma być 17 stopni. I w związku z tym dotarło do mnie, że już za dwa i pół tygodnia wyjeżdżamy na wakacje!

Naprawdę nie mogę uwierzyć, że jeszcze w tym roku czeka nas powtórka z lata: gorące dnie, ciepłe noce, morze, plaża, śródziemnomorski krajobraz i takaż kuchnia. I powoli zaczyna ogarniać mnie reisefeber. Kiedy pomyślę, ile trzeba spakować i że wcześniej trzeba większość z tych rzeczy kupić i że trzeba również kupić torby, w które je spakujemy, wpadam w panikę. Ale nie ukrywajmy, przyjemnie będzie pakować do toreb w połowie października: t-shirty, krótkie spodenki, sandały i kostiumy kąpielowe.

Zaczynam więc tworzyć absurdalnie długą listę rzeczy do spakowania i kompletować je w sieci. Bo w związku z tym, że udało nam się zarazić naszą byłą, dochodzącą nianię, nie mam z kim zostawić przeziębionych bobasów.

czwartek, 25 września 2008

bobo parkour

Kilka ostatnich dni, które przeleżałam powalona atakiem jesiennego przeziębienia, od czasu do czasu jedynie zwlekając się, by przewinąć lub nakarmić bobasy, dały mi unikalną okazję obserwowania ich zachowań w naturalnym środowisku. W chwilach, kiedy, ani gorączka, ani paroksyzmy kaszlu, nie odbierały mi przytomności umysłu, z przerażeniem skonstatowałam, że moje najmłodsze latorośle uprawiają parkour (sic!) w warunkach domowych (kto widział "13. dzielnicę", ten wie, o co chodzi).

Żeby było śmieszniej i straszniej Igor jeszcze w ogóle samodzielnie nie chodzi, a Olaf chodzi jak zombie - ze sztywnymi kończynami i na szeroko rozstawionych nogach (kto pamięta "Thriller", ten wie, o co chodzi). Natomiast świetnie wychodzi im obu odsuwanie krzeseł od stołu i wspinanie się po nich na tenże.

W ramach pokonywania przeszkód chłopcy wspinają się również na kojec i z jego krawędzi skaczą do środka na główkę (swoją, a czasami również przebywającego już w kojcu brata) oraz przechodzą po barykadzie ustawionej przez zapobiegliwych rodziców z krzeseł, by dostać w zakazany rejon High-tech (tam, gdzie stoi komputer, dekoder, magnetowid, ruter wifi i kable).

Kolejną dyscypliną jest kto-wejdzie-wyżej, w ramach której bobasy stają na stoliku do kawy oraz na dużym stole z triumfalnym uśmieszkiem. Ćwiczą również wspinanie się na krzesełka do karmienia, regał i parapety - to ostatnie via krzesło, bądź krzesło i stół.

A czy wspominałam o woltyżerce? Moi synowie codziennie korzystają z huśtawki-foczki, którą niedawno im kupiliśmy i przeprosili się z leżaczkami-bujaczkami. A wszystko dlatego, że znaleźli dla tych sprzętów nowe zastosowanie, a mianowicie - bujają się na nich na stojąco. Przewidujący projektant wyposażył huśtawkę w odpowiednie (również do uprawiania woltyżerki) uchwyty. Niestety tego samego nie da się powiedzieć o leżaczkach, więc chłopcy bujają się na nich na stojąco bez trzymanki.

Będąc w pełni władz umysłowych i fizycznych nie pozwalałabym na te kaskaderskie wyczyny, ale w moim obecnym stanie nie pozostaje mi nic innego niż mieć nadzieję, że te ryzykowne ćwiczenia nie tylko nie zakończą się obrażeniami ciała, ale wręcz przyczynią się do przyśpieszenia rozwoju motorycznego moich pociech.

poniedziałek, 22 września 2008

o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

Co można robić w niedzielę wieczór, kiedy wszyscy domownicy śpią? Można słuchać muzyki na słuchawkach, ale cicho tak, by usłyszeć dzieci, gdyby się obudziły. Ale jaki sens ma ciche słuchanie muzyki? Od razu mi się odechciewa. Można wyjść na balkon i słuchać spadających kropli, szumu miasta i odgłosów pobliskiej imprezy. Można wdychać jesienne powietrze i przypominać sobie inne jesienne wieczory... I można poczuć, że chciałoby się założyć wysokie buty, czarny płaszcz i wybiec w noc w poszukiwaniu miejsca, w którym coś-będzie-się-działo. Ale się nie wybiegnie.

W nocy trzeba czuwać nad maluchami. Rano trzeba wstać, przewinąć dzieci i zrobić im mleko. A potem spędzić cały dzień na opiece nad nimi, w przerwach nastawiając pranie, sprzątając, gotując i robiąc zakupy. I co taka zapracowana kobieta jak ja ma z życia?

I pomyśleć, że są ludzie, którzy co weekend ćpają, tańczą i bzykają się z kimś nowym... I co oni mają z życia?

Ano, każdy ma co innego. A ściślej mówiąc, każdy ma to, co sobie mniej lub bardziej świadomie wybrał. I pewnie każdy czasem tęskni do tego, czego nie wybrał... Bo ten mit, że możesz mieć wszystko, że świat stoi przed Tobą otworem i na każdym kroku otwierają się przed Tobą nowe, cudowne perspektywy, to właśnie tylko mit. Bo każdy codzienny wybór nas ogranicza i zamyka. Bo wybierając A automatycznie odrzucamy B,C i D. Bo nie można mieć wszystkiego.

I właśnie w ramach tego, co wybrałam, kładąc się będę wsłuchiwać się w oddechy śpiącego męża i dzieci, a ranek przywita mnie ich uściskami, pocałunkami i uśmiechami.

sobota, 20 września 2008

nocne życie bobasów

Co robić, jeśli bobasy budzą się w nocy, chociaż nie powinny? (W końcu skończyły już 15 miesięcy). Można je pogłaskać i przykryć kołderkami. Można podać zagubionego smoczka. W końcu można skapitulować i jednak podać mleczko ryżowe, chociaż już sobie przysięgaliśmy, że nie będą go w nocy dostawać.

Są najedzone i przewinięte. A w pokoju nie jest ani za ciepło, ani za zimno, a powietrze jest świeże, bo przewietrzyliśmy go przed snem. Ale, o rozpaczy rodziców, nadal nie zasypiają...Można wziąć je do naszego, dużego łóżka, położyć się obok nich i przytulić. Ale dalej kwękają, kręcą się, a nawet jęczą. Może to ząbki? Więc smaruję im dziąsełka żelem na ząbkowanie. A jeśli to nie pomoże? Może to brzuszek? Więc masuję im brzuszki i robię "rowerek". Nie pomaga.

Bobasy nakręcają się nawzajem - wiercą się coraz bardziej i zawodzą coraz głośniej. Pozostaje rozwiązanie ostateczne. Sadzamy ich w leżaczkach-bujaczkach w salonie i włączamy, o zgrozo, Baby First TV wdzięczni, iż ten genialny skądinąd kanał dla dzieci, nadaje przez całą dobę. Dajemy smoczki i przykrywamy im nóżki kocykami.

Przez około godzinę (sic!) bobasy są spokojne. Oglądają telewizję od czasu do czasu się bujając. Ale ani myślą zasnąć. Kolejne przewijanie (tym razem kupka) nie pomaga, podobnie jak kolejna porcja mleka. Przeklinam chwilę, w której zdecydowaliśmy się wrócić do domu o 22., bo niania była gotowa zostać z nimi przez całą noc...

Bobasy całkiem już rozbudzone zaczynają rozpełzać się po mieszkaniu. Olafek wspina się na swój ukochany samochodzik, a Igorek łapie zwierzątka na ekranie telewizora. I wcale nie dlatego, że jestem jakąś super wyluzowaną mamą, tylko w akcie zmęczenia i desperacji wsadzam Olafka na samochodzik, a Igorka na huśtawkę. Za chwilę nieoczekiwana zmiana miejsc - Igor na autku, a Olaf się buja. (Widok rozradowanego bobasa jeżdżącego autkiem po domu o trzeciej rano - bezcenny). Potem jeszcze chwila raczkowania po domu.

Wszystkie te ekscesy kończą się, co było od początku do przewidzenia, płaczem. Aż wstyd się przyznać, ale to jest właśnie ten wyczekiwany i upragniony przez nas moment, kiedy można wreszcie zanieść ich do sypialni i podać kolejne mleczko w nadziei, że tym razem usną. Olafek wypija pół porcji, Igorek - półtorej. Prawie przez sen kręcą się jeszcze i kwękają. Ostatecznie usypia ich francuska piosenka napisana przez mistrza zen. Przy okazji usypia ona również męża, który aż do tej pory dzielnie zmagał się ramię w ramię ze mną z naszym potomstwem.

Po tym wszystkim już całkiem rozbudzona, choć paradoksalnie padająca na twarz ze zmęczenia, znajduję jeszcze siłę, by wpuścić do domu kota, który miauczy na tarasie, dać mu jeść, ogarnąć z grubsza salon i kuchnię i nastawić zmywarkę. A następnie skończyć pisać tego posta, choć zegar pokazuje, że dochodzi w pół do piątej rano.

czwartek, 18 września 2008

dzień matki

Chłopcy zrobili mi dziś Dzień Matki i dali pospać prawie do dziewiątej! Tylko Igorek obudził się około 7. rano na mleczko. Ale wypił je, przewinęłam go, przytuliłam i z powrotem zasnął. To zabawne, bo właśnie, kiedy ich nocne picie mleka zaczęło mnie naprawdę irytować i zaczęłam rozważać podawanie im wody w butelce w ramach odzwyczajania, chłopcy przestali się na to mleczko budzić. Albo sprawdza się moja metoda pobłażania dzieciom dłużej niż zalecają podręczniki i lekarze (i to nie tylko w kwestii nocnego picia mleka), albo po prostu wyczuwam moment, kiedy chłopcy dojrzewają do kolejnej zmiany trybu życia na bardziej "dorosły". Tak czy owak moja matczyna intuicja zdaje się niezawodna.

Pogoda nadal paskudna. Próbuję wychodzić z bobasami na spacery, ale o zabawach w piaskownicy można już zapomnieć, a na plac zabaw też nie mogę ich wypuścić, bo Olafek chodzi bardzo niepewnie (zwłaszcza w butach), a Igorek nadal raczkuje. Kiedy bardzo pada, siedzimy w domu. A jak wiadomo "w czasie deszczu dzieci się nudzą". Kilka dni temu nauczyłam ich rysować po ścianach, co ostatecznie przekonało ich do rysowania. Bo malowanie po ścianach nie wymaga tak silnego nacisku kredką na podłoże jak malowanie po papierze. Więc wreszcie widzą efekty swojej pracy. I z zapałem ozdabiają ściany w kuchni i w salonie. W związku z tym postanowiłam nabyć kolejne pomoce plastyczne. Na allegro znalazłam zmywalne flamastry, ciastolinę dla maluchów od 12. miesięcy i nietoksyczne farby w tubkach. Mam nadzieję, że umilą nam słotne, jesienne dni.

środa, 17 września 2008

kolorowe miasteczko

Tradycyjnie, jak każdej jesieni wesołe miasteczko rozbiło się na pobliskim placu. Z braku lepszych pomysłów i ładnej pogody często odwiedzamy je z chłopcami. Na szczęście są na tyle mali, że na razie frajdę sprawia im samo patrzenie na karuzele, diabelski młyn i samochodziki. Kiedyś uwielbiałam takie klimaty: wesołe miasteczka, odpusty... Ale im jestem starsza, tym mniej mnie to bawi. Dostrzegam za to więcej szczegółów: 12-letnie na oko dziewczynki z papierosami zagadujące dorosłych mężczyzn, podpici panowie z obsługi, dzieci z biednych rodzin, które przyszły tu same, odliczają drobne zbierając na jeden bilet. Znajomy mały chłopczyk mówił na wesołe miasteczko "kolorowe miasteczko". I chyba miał rację, bo to miasteczko często wesołe jest tylko z nazwy, ale za to kolorowe - na pewno.

Zresztą coraz mniej bawią mnie również inne rozrywki: wielkie koncerty, technoparty i wizyty w centrach handlowych. Kiedy temperatura spada poniżej 15 stopni, potrzebuję bardzo silnej motywacji, żeby w ogóle wyjść z domu. A kiedyś byłam gotowa dosłownie wybiec z niego pod byle pretekstem.

I nieodparcie nasuwa się pytanie - czego jest to przejawem? Czy tego, że dojrzewam, mój gust staje się bardziej wyrafinowany, a percepcja przenikliwa? Czy tego, że moje własne życie jest na tyle ciekawe, że nie muszę już od niego uciekać? Czy też wręcz przeciwnie, starzeję się, zamykam w swoich oczekiwaniach i przestaje mnie bawić to, co wykracza poza ramy mojego codziennego, wygodnego życia?

wtorek, 16 września 2008

kaloryfer parzy, dziś zaczęli grzać

Jednak jedziemy na wakacje! Strasznie się cieszę! Lecimy na 2 tygodnie na Cypr. Tam ma być 28 st. w dzień, 15 - w nocy i woda w morzu o temperaturze 24. stopni. Wylatujemy w połowie października, więc wrócimy w listopadzie i to będzie szok dla organizmu (a zwłaszcza dla mojej ciepłolubnej psychiki).

Nie muszę chyba dodawać, że w poszukiwaniu wymarzonego wyjazdu przeszukałam dziesiątki stron www i obdzwoniłam dziesiątki biur podróży, a kilka z nich nawet odwiedziłam osobiście. A najdziwniejsze jest to, że w końcu kupiłam te wakacje w TUI, które zawsze wydawało mi się drogim biurem, a jak się okazało zaoferowało nam cenę o ok. 30 procent niższą niż małe, nowo otwarte biuro na naszej ulicy. Liczymy na niemiecką solidność.

Powoli zaczynam przygotowania do wyjazdu. Szukam sandałków dla Igorka i w sklepach patrzą na mnie jak na nienormalną. Nie mamy też toreb podróżnych, to znaczy mamy, ale podarte. Przeraża mnie perspektywa pakowania pieluch, mleka i ubranek dla chłopców. Na dobrą sprawę powinniśmy zabrać 30 t-shirtów i 30 par krótkich spodenek dla bobasów, ale przecież nawet tyle nie mamy, więc trzeba będzie prać na miejscu. A czy wspominałam, że chłopcy piją tylko i wyłącznie mleko ryżowe z kartonu? I to ponad litr dziennie! Ciekawe, jak uda nam się zmieścić w 40 kg limicie bagażu?

Mojej radości nie zmniejsza fakt, że przed chwilą dowiedziałam się, że wylot zamiast o 10:30, będzie o 22:30, co oznacza: po pierwsze, że płacimy za 13 dni, tyle ile mieliśmy płacić za 14, a po drugie, że czeka nas niezła przeprawa z maluchami, których nie będziemy mogli wieczorem położyć spać. Zasną pewnie dopiero w samolocie, ale po 3 godzinach lotu trzeba ich będzie o 1. w nocy naszego czasu przetransportować jeszcze z lotniska do hotelu.

czwartek, 11 września 2008

rodzic zen

Obliczyłam ostatnio, że czas, który obaj chłopcy poświęcają równocześnie na sen to 9 - 10 godzin na dobę (oczywiście z przerwami). Uspokoiło mnie to, bo oznacza, że rzeczywiście nie mam wiele czasu (zwłaszcza, że sama potrzebuję trochę snu), a nie, że, jak się obawiałam, jestem niezorganizowana. Właściwie nic poza poprawą mojego samopoczucia z tej kalkulacji nie wynika, bo z ilości snu, której chłopcy potrzebują, przecież nie zmienię. A godziny, w których sypiają, nawet mi odpowiadają. Irytuje mnie jedynie czasem, że nie zasypiają i nie budzą się jednocześnie, ale i tak, dzięki moim heroicznym wysiłkom, rozpiętość ta sięga najwyżej pół godziny, więc chyba nie powinnam narzekać.

Nasze wakacje z co najmniej 3 powodów stoją pod znakiem zapytania, co nie poprawia mojego samopoczucia. Ale, że narzekanie na sprawy przyziemne nie jest w dobrym tonie, zmienię temat i ponarzekam (jak przez jedną czwartą mojego życia) na pogodę. Jesień, brr... Chociaż dzisiaj, kiedy odwożąc moją mamę do domu przejechałam 40 km w bardzo malowniczej mgle i było jeszcze na tyle ciepło, żeby mieć otwarte okno w samochodzie, nawet mi się to podobało. Zresztą samotne jeżdżenie, to jedna z moich nielicznych rozrywek i sposobów odprężenia odkąd nie mamy opiekunki. A jeżeli zobaczycie chudą blondynkę, która w srebrnym aucie na parkingu pod supermarketem słucha głośno muzyki, pali papierosy i podziwia zachód słońca - to też będę ja.

Obaj chłopcy zaczęli reagować rozpaczą na każde moje oddalenie, nie mówiąc już o wyjściu z domu. Być może ma to związek z tym, że niania odeszła, tata pracuje dniami i nocami, siostra była na wakacjach, a teraz ciągle się uczy i prowadzi bujne życie towarzyskie, a babcia rzadko nas odwiedza i spędzają ze mną i tylko ze mną większość swojego życia? Na dodatek Olafek co noc budzi się po 2 - 3 godzinach snu z głośnym krzykiem. A może to jednak ząbki? Albo jakieś inne niepokoje wieku poniemowlęcego? I co z tym robić? Przyzwyczajać ich na siłę do mojej nieobecności wychodząc wieczorami z domu pod byle pretekstem?

Rodzicielstwo to nieustanne balansowanie na linie. Ciągłe szukanie równowagi. Między zapewnianiem dziecku poczucia bezpieczeństwa, a uczeniem samodzielności. Między spełnianiem każdej jego zachcianki, a nauką współistnienia. Między zachęcaniem do podejmowania nowych wyzwań, a ochroną przed niebezpieczeństwami. I nie istnieje jedna, słuszna recepta. Mam trójkę dzieci i każde jest inne i "zaspokajanie potrzeb" w każdym przypadku znaczy coś innego. No i na dodatek każde z nich szybko się zmienia - jego pragnienia, wymagania i lęki nieustannie ewoluują. I chyba jedyny sposób, to codziennie uważnie towarzyszyć dziecku w jego wędrówce ku dorosłości dostrzegając te wszystkie zmiany i dostosowując się do nich. A kiedy już osiągniemy coś na kształt upragnionej równowagi i harmonii, nie trzymać się tego, pamiętać, że to tylko chwilowy (choć tak bardzo pożądany stan) i być otwartym na kolejne zmiany i etapy.

poniedziałek, 8 września 2008

wspomnienia w słoikach

Lato pożegnało się z nami pięknie otulając upałem, nitkami babiego lata i cykaniem świerszczy. Teraz można już tylko próbować zamknąć jego wspomnienie w słoikach i zamrażalnikach. W związku z tym nałogowo robię leczo i paprykę z czosnkiem. Chociaż i tak, moim zdaniem, w słoikach najlepiej prezentują się oszlifowane przez morze szkiełka i muszelki.


Pieczona dynia z szałwią

dynia
czosnek - kilka ząbków
szałwia świeża albo mrożona - garść
oliwa z oliwek
sól

Dynię dokładnie wyszorować i pokroić na spore kawałki (np. trójkąty o boku ok. 10 cm). Wybrać ze środka miąższ i pestki. Ułożyć kawałki na posmarowanej oliwą blasze, posolić i polać oliwą. Wstawić do nagrzanego do 180 st. piekarnika. Piec około godziny. Na 15 - 20 min. przed końcem posypać ją posiekanymi listkami szałwii i pokrojonym w cienkie plasterki czosnkiem. Sprawdzać widelcem - kiedy skórka jest już miękka i chrupiąca - potrawa jest gotowa. Najlepsze w tej dyni jest to, że można ją jeść razem ze skórką.

Wegański smalczyk

tłuszcz palmowy (250 g)
granulat sojowy - 3 łyżki
sos sojowy - 4 łyżki
cebula
czosnek - kilka ząbków
majeranek lub tymianek - garść świeżego lub 2 łyżki suszonego
ew. 1 kwaskowate jabłko

Tłuszcz roztopić na patelni. Dodać granulat sojowy i sos sojowy. Podgrzewać mieszając na wolnym ogniu - najlepiej na płytce. Dodać drobno posiekaną cebulę i czosnek, ewentualnie starte jabłko. Kiedy cebula i czosnek będą złoto-brązowe dodać zioła, wymieszać i podgrzewać jeszcze kilka minut. Zdjąć z ognia i kiedy trochę ostygnie przelać do słoika. Jeśli nie chcemy, żeby stałe składniki opadły na dno trzeba smalczyk mieszać aż zastygnie. Można przechowywać w lodówce przez 2 tygodnie (a może dłużej, ale nie próbowałam).

Papryka w oliwie

papryka - najlepiej w różnych kolorach
czosnek - dużo
oliwa z oliwek - dużo (może być też olej)
sól

Paprykę umyć i piec w piekarniku na blasze wyłożonej folią aluminiową obracając, aż skórka potworzy brązowe bąble. Jeszcze gorącą wyjąć z piekarnika, zawinąć szczelnie w folię i pozostawić do ostygnięcia. Obrać paprykę ze skórki usuwając gniazda nasienne i pestki. Pokroić w grube paski. Czosnek obrać i pokroić w plasterki. Posypać nim paprykę i zalać wszystko dużą ilością oliwy. Przykryć szczelnie i wstawić na na kilka - kilkanaście godzin do lodówki, żeby się przegryzło. Potem wystarczy posolić/ Tak przyrządzoną paprykę można również wekować.

Podobnie przyrządza się również buraki po grecku.

Buraki po grecku

buraki
czosnek
oliwa z oliwek
natka pietruszki
sól
biały pieprz

Buraki ugotować i wystudzić, a następnie obrać i pokroić w grube plasterki. Posypać obficie pokrojonym w plasterki czosnkiem i zalać całość oliwą. Przykryć szczelnie i wstawić na na kilka - kilkanaście godzin do lodówki, żeby się przegryzło. Podawać posypane dużą ilością posiekanej natki pietruszki i doprawione solą i białym pieprzem.


Smacznego!

sobota, 6 września 2008

plac zabaw na początku XXI. wieku

Nasza super eks-niania wróciła z wakacji i zaraz drugiego dnia przyszła odwiedzić chłopców (pierwszego dnia po powrocie była u innych swoich podopiecznych). Chłopcy ucieszyli się na jej widok, ale nie jakoś histerycznie, czego się obawiałam. Przez chwilę byli trochę zdystansowani, a potem rozkręcili się i zachowywali tak jak zwykle przy niej. I nie było żadnego problemu, kiedy na chwilę zostawiłam ich pod jej opieką na placu zabaw.

To zabawne jak bardzo moje bobasy zmieniają się w zależności od otoczenia. Kiedy jesteśmy w domu, Olafek jest bardziej ekspansywny: szaleje na swoim autku; przemieszcza się błyskawicznie po mieszkaniu w poszukiwaniu nowych zabawek, którymi bawi się przez chwilę i zaraz porzuca, bo dostrzegł kolejny, ciekawy przedmiot. Igorek w domu zachowuje się spokojniej: dużo czasu spędza w jednym miejscu, bawiąc się w skupieniu. bardzo lubi też oglądać książeczki i First Baby TV. Natomiast, kiedy znajdziemy się na placu zabaw, Igorek staje się duszą towarzystwa: raczkuje po całym terenie, wspina się na huśtawki i drabinki, wchodzi i wychodzi z piaskownicy i zaczepia wszystkie dzieci. Zaś Olafek najchętniej obserwuje wszystko z góry noszony na rękach, ewentualnie przechadza się powoli trzymając się za rączkę, a jedyne urządzenie, na którym czuje się naprawdę bezpiecznie, to huśtawka.

A przy okazji zauważam, że plac zabaw byłby ciekawym materiałem dla socjologa - a raczej zachowania rodziców i opiekunów na tymże. To, że telefonia komórkowa zrewolucjonizowała nasze życie jest truizmem. Większość rodziców obecnych na placach zabaw z zapamiętaniem rozmawia przez komórki bądź smsuje. Ale to jeszcze nie koniec - rewolucja toczy się dalej na naszych oczach. Ostatnio bujałam dziewczynkę, która pięciokrotnie prosiła o pobujanie swojego tatusia, który był zbyt zaaferowany ustawianiem opcji aparatu fotograficznego w swoim telefonie, by spełnić jej prośbę! Najgorsze jest to, że w fotografowaniu swoich pociech na spacerze celują rodzice weekendowi, czyli ci, których dzieciom najbardziej brakuje ich uwagi i kontaktu z nimi, bo na co dzień dostają je (różnej ilości i jakości) tylko od opiekunek. A ci rodzice, nie widząc dzieci przez prawie cały tydzień pracy, chcą zapewne udokumentować i zachować te ulotne chwile bycia razem z dziećmi. I właśnie to pragnienie skutecznie odgradza ich od prawdziwej obecności i uważności na dzieci. Smutne to... Opiekunom zdarza się również jadać na placu zabaw ciepłe posiłki przyniesione z pobliskich restauracji. Ale naprawdę zadziwiła mnie mama siedząca na placu zabaw z laptopem. Jej 4-letni na oko synek wspinał się na kolejne urządzenia wołając "Mamo, tu jestem! Popatrz!", a ona nie odrywając wzroku od ekranu odpowiadała "Ślicznie, kochanie!". Ciekawe, kiedy na placach zabaw pojawi się WiFi?

Moja mama, z którą byliśmy niedawno na spacerze, zwróciła mi uwagę na to, jak bardzo nasz plac zabaw różni się od tych w jej okolicy - mieszka w Wawrze. Dotarliśmy tam grubo po 17. I ku jej zdumieniu nie byliśmy jedyni. O tej porze dzieci zamiast ubywać - przybywało. Rozbrzmiewały języki zamieszkujących Ursynów mniejszości narodowych. Pojawiło się również wielu ojców, którzy po pracy wyszli z dziećmi na spacer korzystając z wciąż długiego dnia i ciepłej aury. (Zauważyłam, że w ciągu dnia większość opiekunów stanowią kobiety, w godzinach późno popołudniowych i wieczornych ta proporcja się zmienia i ojcowie stanowią około połowę dorosłych, a w weekendy są znakomitą większością). Natomiast przy dzieciach, które bawiły się już od dłuższego czasu pod okiem babysitterek następowała zmiana warty - pojawiali się ich tatusiowie i mamusie w strojach biurowych - niektóre obchodziły cały plac dookoła na palcach w obawie, ze piasek nasypie im się do szpilek.

środa, 3 września 2008

cykady na cykladach

Noce coraz zimniejsze i coraz dłuższe... O ósmej robi się ciemno. Nadchodzi najgorsza, przynajmniej dla mnie, pora roku. Szczerze mówiąc najbardziej przeraża mnie perspektywa jesienno-zimowych spacerów z bobasami. Bo kiedy jest zimno, a nie daj boże leży śnieg, najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z domu.W ciągu pierwszej zimy nie miałam takich dylematów. Wózek stał na tarasie, a ja ubierałam chłopców w kombinezony, smarowałam buźki kremem, pakowałam ich do gondolek-śpiworków i układałam w wózkach. Czasem musiałam przez kilka minut pojeździć po tarasie i zasypiali, a ja tylko nadzorowałam ich przez okno. Ale w tym roku nie będzie już tak łatwo.

Ale jest również dobra wiadomość - jedziemy na wakacje! Co prawda dopiero w październiku, ale najważniejsze, że w końcu jedziemy! Od kilku dni desperacko szukam w sieci miejsc, w których w październiku będzie naprawdę ciepło i do których można w miarę szybko dolecieć. Wymarzona Sri Lanka odpada właśnie ze względu na długi lot - 12 godzin! Egipt odpada z powodu zemsty faraona. Pozostaje nam chyba jedynie Izrael. Z tego, co czytałam, pogoda ma tam być piękna - około 30 stopni, woda (w Morzu Czerwonym) - 24 stopnie. Trochę obawiam się o jedzenie (dotąd nie udało mi się znaleźć interesującego hotelu z opcją All Inclusive), ale wyczytałam (w sieci oczywiście), że mają tam pity, falafele, hummus i tahini, więc chyba z głodu nie pomrzemy.

Brak opiekunki coraz bardziej daje mi się we znaki. Nadwyrężyłam lewy nadgarstek - chłopców zwykle noszę na lewym biodrze, przytrzymując lewą ręką. Jestem niewyspana i piętrzą się nie pozałatwiane sprawy. Dwie opiekunki, które były "bardzo zainteresowane" i miały skontaktować się ze mną na początku września, nie odezwały się. Za to odezwała się trzecia, z którą umówiliśmy się na rozmowę jutro wieczorem. Ale szczerze mówiąc podchodzę do potencjalnych babysitterek z coraz większą rezerwą. Po ostatnim rozczarowaniu rezygnuję nawet z rozmów kwalifikacyjnych pod najbłachszym pretekstem, że nie wspomnę o okresie próbnym. Nie chcę eksperymentować na chłopcach, tym bardziej, że Olafek przechodzi właśnie kolejną fazę maminsynka.

Dziś znów byliśmy na placu zabaw. Spacery w wózku powoli przestają mieć jakikolwiek sens. I muszę pochwalić Olafka, który przez kilkanaście minut bawił się sam w piasku! To naprawdę wielki sukces, nawet wziąwszy pod uwagę, że nogi miał zabezpieczone butkami, a rączki łopatką i wiaderkiem.

sobota, 30 sierpnia 2008

sound of silence

To przykre, ale właśnie odkryłam, że kiedy któryś z chłopców znajdzie się gdzieś bez brata, z reguły bardzo grzecznie bawi się sam ze sobą. Natomiast, kiedy obaj znajdują się w jednym pomieszczeniu, co chwilę rozlegają się jęki skarg, pomruki niezadowolenia i piski wściekłości - najczęściej chodzi oczywiście o zabawki (ta, którą bawi się brat zawsze jest ciekawsza), ale zdarza się też, że ktoś kogoś niechcący nadepnie bądź potrąci. Oczywiście bywają również chwile, kiedy chłopcy bawią się zgodnie, wówczas dobiegają do mych uszu wesołe pokrzykiwania lub nawet głośny śmiech, czasem też słychać skupione mruczenie i ciche westchnięcia - te odgłosy zwykle towarzyszą eksplorowaniu nowych przestrzeni i są dla mnie sygnałem, że pora przyjrzeć się z bliska zajęciu bobasów. Najgroźniejsza jednak jest cisza. Odkąd chłopcy przestali być malutkimi niemowlętami, kiedy to cisza była sygnałem, że słodko śpią i niczego im nie brakuje, a ja mam chwilę luzu; cisza najczęściej oznacza, że uprawiają sporty ekstremalne. Dziś Igor zamilkł z zachwytu, kiedy stanął na komputerze i odkrył na parapecie szklaną wazę z moją kolekcją oszlifowanych przez morze szkiełek. Zresztą mu się nie dziwię, bo są naprawdę przepiękne.

Podobnie jest z zasypianiem. Uśpić jednego, to nie sztuka. Ale dwóch symultanicznie... Łóżeczka niby stoją obok siebie, a ja mam bardzo długie ręce. Problem w tym, że mam ich czasem za mało. Bo najlepiej jedną głaskać po pleckach, a drugą po główce. Ostatnio wygląda to tak, że układam bobasy i głaszczę każdego jedną ręką. Jednak czasem muszę podać smoczka albo pomóc ułożyć się wygodniej temu, który wygląda na bardziej śpiącego i używam do tego obu rąk. Kiedy delikwent już odpływa w objęcia Morfeusza, z przerażeniem konstatuję, że jego brat w tym czasie wstał w swoim łóżeczku i zaczyna wyrzucać z niego wszystko po kolei: misie, smoczki, kocyk. Towarzyszy temu śmiech, pojękiwanie, klepanie łapką w ścianę bądź gryzienie szczebelków - zależnie od nastroju. Oczywiście te dźwięki błyskawicznie rozbudzają zasypiającego i zachęcają do wspólnej zabawy lub wspólnego marudzenia. Kołysanki nie działają już tak magicznie, jak dawniej, chociaż repertuar mam dość bogaty i śpiewam na zmianę po polsku, angielsku i francusku. Czasem tylko Olafek podśpiewuje razem ze mną "aaa", "eee", co oznacza, że jesteśmy na dobrej drodze do zaśnięcia.

czwartek, 28 sierpnia 2008

a hard day's night

Próbnej niani podziękowaliśmy zgodnie po pracy przez 2 dni po 4 godziny. Nie będę wchodzić w szczegóły. Powiem tylko, że jeszcze nigdy chłopcy nie robili nikomu tak ochoczo "papa" obydwoma łapkami.

Wczorajsza noc była naprawdę krytyczna. Już w ciągu dnia Olaf przeraźliwie płakał (wyrzynające się trzonowce!) i obaj chłopcy robili kupki częściej niż zwykle (mam nadzieję, że to tylko przez zęby), a sytuację pogarszały jeszcze czopki na ząbkowanie. Wieczorem bobasy zasnęły jak zwykle około 21. Igor obudził się po północy i nie mógł zasnąć. Dałam mu mleczko i zaczęłam przewijać. Okazało się, że zrobił kolejną kupkę! Nigdy wcześniej nie zdarzyło się to w nocy, nie licząc grypy żołądkowej. Nie chciałam wyciągać go z łóżeczka, więc użyłam mokrych chusteczek, ale poczuł łaskotki i całkiem się rozbudził. Patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, pięknymi oczami i uśmiechał się rozbrajająco. Spróbowałam wielu matczynych trików, ale nic nie pomagało. W końcu obudził się również Olaf, który zaczął przeraźliwie płakać. I tak do piątej rano zmagałam się z najbardziej prozaiczną stroną macierzyństwa: kupki, pupki (odparzone) i ząbki (bolące). Po kolejnych myciach, przewijaniach, przebieraniach i serwowaniach mleczka, usadziłam całkiem już rozbudzonych chłopców w fotelikach-bujaczkach przed telewizorem! To wielki kompromis, ale wierzcie mi, że błogosławiłam First Baby TV za nadawanie programu przez całą noc. Igor zasnął o wpół do piątej w bujaczku. Olaf działał jeszcze do 5. rano, kiedy to zdesperowana położyłam się razem z nim w sypialni na naszym dużym materacu.

Dziś chłopcy wstali rześcy o dziewiątej. Przez chwilę było nawet miło, ale wkrótce dały o sobie znać zębowo-brzuszkowe problemy. Odprężyć się pomogła nam dopiero wspólna kąpiel, a potem spacer. Nie muszę chyba dodawać, że Igor zasnął wkrótce po wyjściu z domu i nie obudziły go nawet odgłosy robót drogowych - koparek, walców i wywrotek, które podziwialiśmy z Olafem - on - siedząc w wózku, a ja z książką - na krawężniku. Potem Olaf dołączył do spisku brata odpływając w objęcia Morfeusza, co uniemożliwiło mi powrót do domu i regenerację sił. (Ale przynajmniej przeczytałam bardzo dobre, polskie opowiadanie SF, co nieczęsto się zdarza).

Sama nie wiem, jak w tych warunkach zdołałam jeszcze wystawić 5 rzeczy po chłopcach na Allegro:
moje aukcje
że nie wspomnę już o załatwianiu spraw w spółdzielni, wizycie w dwóch sklepach, ogarnianiu mieszkania, gotowaniu kleiku ryżowego i budyniu jagodowego dla chłopców, zawekowaniu 2 słoików lecza dla wszystkich, zrobieniu zakupów on-line i innych prozaicznych czynnościach dnia codziennego.

I chyba tylko dzięki memu niewyspaniu nie wpadłam dziś, ani w panikę, ani w czarną rozpacz, kiedy zostawiwszy Olafka w "bezpiecznym" kojcu, po chwili znalazłam go obok kojca! Stan permanentnego wyczerpania ma jednak swoje niezaprzeczalne zalety. Ci, którzy zajmowali się małymi dziećmi, byli na ciężkich sesshin itp. wiedzą jak bardzo docenia się wówczas chwilę relaksu, co właśnie czynię rozkoszując się na tarasie końcówką lata...

wtorek, 26 sierpnia 2008

end of summer

Noce coraz zimniejsze. Aż boję się pomyśleć, że to schyłek lata... I nie chodzi tylko o pogodę. Od niepamiętnych czasów ta pora roku kojarzy mi się z witrynami sklepowymi, na których uśmiechnięte dzieci w mundurkach zbierały kasztany, a przerażający napis głosił "Czas do szkoły!". A my w tym roku nawet jeszcze nie byliśmy na wakacjach...

Mojego nastroju nie poprawia fakt, że znów jestem platynową blondynką. Nie dość, że nigdzie, ale to dosłownie nigdzie, nie można kupić trwałej, wściekle fioletowej farby do włosów, to jeszcze moje włosy z dnia na dzień bardziej żółkną i wpadają w słomkowy odcień zamiast być śnieżnobiałe. Rodzina mówi, że ładnie w nich wyglądam... Moja mama nawet niechcący dobiła mnie komplementem "to taki ładny, naturalny odcień - o wiele lepszy niż ten biały albo fiolet". Doceniam jej dobre chęci, ale ja nie po to robię makijaż, żeby udawać, że "tak świetnie wyglądam bez makijażu" i nie po to farbuję włosy, żeby udawać, że "to mój naturalny kolor". Zabiegi te traktuję jak społeczny rytuał, barwy ochronne lub wojenne (zależnie od potrzeby chwili), maskę, która pomaga mi stawiać czoło światu.

A teraz humorystycznie. Wczoraj była u nas po raz pierwszy nowa niania (na okresie próbnym). Kiedy przyszło do karmienia chłopaków, powiedziałam "nie jemy żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego, bo jesteśmy weganami". Skwitowała to kiwnięciem głową i krótkim "acha". Wspólnymi siłami usadowiłyśmy bobasy w wysokich krzesełkach. Następnie nałożyłam na talerz kaszę jaglaną, dynię pieczoną z szałwią i duszone tofu w sosie sojowym. Wyjaśniłam wszystkim co to jest, zaznaczając, że pieczoną dynię chłopcy jedzą po raz pierwszy. Wręczyłam jej plastikowy widelczyk i rozsiadłam się wygodnie z laptopem na kanapie. Po chwili usłyszałam jak nakładając tofu mówi do Igorka "a teraz zjedz mięsko!".

P.S. Dziś są urodziny mojego męża - wszystkiego najlepszego, kochanie!

sobota, 23 sierpnia 2008

Warszawa - moje miasto

Odkąd przestałam pracować w centrum, stopniowo odzwyczajałam się od miasta. Ciąża i wychowywanie dwójki małych dzieci dokończyły dzieła. Ale szczerze mówiąc lubię to blokowisko na obrzeżach miasta, na którym mieszkam. Ursynów to taki warszawski odpowiednik amerykańskich przedmieść - choć blokowisko - jednak czyste i bezpieczne, z wyselekcjonowanym towarzystwem (niestety, jak to na bogatych przedmieściach, rolę selekcjonera pełnią banki oceniające zdolność kredytową). Mi najbardziej podoba się zapach tutejszego powietrza; to, że choć nie jest głośno (przynajmniej tu gdzie mieszkam), w tle słychać szum miasta i wreszcie to, że widać gwiazdy mimo łuny nad centrum. Te dwa ostatnie wskaźniki dobitnie pokazują mój ambiwalentny stosunek do miasta. Od 12 lat mieszkam na Ursynowie z wyboru i (przynajmniej na razie) nie wyobrażam sobie mieszkania gdzie indziej (chyba, że na jego zagranicznym odpowiedniku, takim jak na przykład Pedrzalka w Bratysławie). A pamiętam, jak tuż przed maturą spędziłam tu kilka miesięcy i byłam przerażona - tu, gdzie obecnie bije serce dzielnicy, była rozkopana i błotnista pętla autobusowa, a za nią szczere pola... A kiedy próbowałam przesiąść się z autobusu w autobus gdzieś w okolicach obecnej stacji metra Ursynów i pytałam czekających na przystanku "czy do centrum dojadę z tej, czy z drugiej strony ulicy?", rozkładali bezradnie ręce, mówiąc, że mimo, iż mieszkają tu od kilku lat, zawsze się gubią.

Ale to nie jest tak, że nie lubię Warszawy. Wręcz przeciwnie - kocham ją - tu się urodziłam i tu spędziłam większość życia. Kiedyś odwiedziła mnie znajoma Polka, mieszkająca od lat w Londynie, zabrałam ją do BUW-u, na Most Siekierkowski i do fontanny przy pl. Teatralnym (mojej ulubionej, na patio okrągłego biurowca). Potem okazało się, że nigdy nie zwiedzała Warszawy (pochodziła z Krakowa). Po wycieczce ze mną stwierdziła, że Warszawa jest zupełnie inna niż się spodziewała i że przypomina jej jakieś miasto w Stanach, tylko nie pamiętała jakie...

A ja dzięki chłopcom odkrywam właśnie ponownie urok mego miasta. Byliśmy na pl. Teatralnym, przy fontannie oczywiście, i na Krakowskim Przedmieściu, i na Placu Zamkowym. Te wszystkie piękne miejsca jeszcze bardziej wypiękniały - nie wiem, czy dlatego, że tak długo ich nie oglądałam, czy dlatego, że zostały odrestaurowane. I już się cieszę na Stare Miasto (zwłaszcza ul. Brzozową), starą Pragę, Łazienki, Pałac Klutury, BUW, stację metra pl. Wilsona i pokazywanie synkom świątecznych dekoracji na Nowym Świecie i kwitnących magnolii na pl. Trzech Krzyży (ale to dopiero za rok prawie).

środa, 20 sierpnia 2008

Kapitan Chrupek i Słodzik

Przed chwilą pisałam o niesamowitych postępach chłopców, ale dziś dosłownie przeszli samych siebie. Prawie cały dzień spędziliśmy poza domem. Byliśmy na ogromnym placu zabaw w Ogródku Jordanowskim. Do tego, że Igor szaleje po całej piaskownicy, a także samodzielnie wchodzi do niej i wychodzi przyzwyczaiłam się już jakiś czas temu. Dziś wystarczyło, że na chwilę odwróciłam wzrok, a wspiął się po drabince na zjeżdżalnię! Dobrze, że cały czas stałam obok, bo na początku wolał z niej skakać niż zjeżdżać. Olafek natomiast wspinał się jak człowiek-pająk po zjeżdżalni (całkiem sporej) i zjeżdżał z niej na brzuszku! Te wszystkie akrobacje niewątpliwie ułatwił im fakt nie noszenia butków. Pierwsze buciki, które kupiłam im z myślą o chodzeniu, są już za małe. Muszę im kupić kolejne, ale biorąc pod uwagę, że cały czas biegają boso, może im być trudno się przyzwyczaić. Pozostaje mieć nadzieję, że nauczą się nosić obuwie przed pierwszymi śniegami.

Udało mi się również trochę oswoić Słodzika (Olafka) z piaskiem. Pierwsza reakcja, kiedy postawiłam go przy piaskownicy i ubrudził sobie rączki, była standardowa - płacz. Zaczęłam od pokazania mu, że kiedy zrobi "brawo, brawo" (co bardzo lubi), łapki znów będą czyste. Potem nabrałam trochę piasku na dłoń i pokazałam mu, że można go przesypywać i że inne dzieci, na czele z Igorkiem, lubią się nim bawić. Nieśmiało dotykał piasku paluszkiem, ale już nie płakał. Efekt terapii był taki, że bez płaczu i obrzydzenia, tak jak to miało miejsce wcześniej, chodził i raczkował po posypanym piaskiem tartanie.

Kapitan Chrupek (aka Igor) kontynuuje "lampową" fazę. Na stacji metra fascynował go sufit pełen jarzeniówek. A kiedy wróciliśmy do domu wskazywał paluszkiem na lampę w sypialni i kręcił głową "mówiąc", że nie świeci.

Jestem z nich obu bardzo dumna.

Na placu zabaw spotkaliśmy się też z kolejną (drugą w tej turze castingu) kandydatką na nianię. Nie wywarła na nas tak piorunującego wrażenia jak nasza super niania, ale była całkiem całkiem. Jak trafnie podsumował mój mąż "przynajmniej umie się uśmiechać".

pożegnanie z nianią

W poniedziałek nasza super niania pracowała u nas ostatni dzień. Wieczorem dosłownie nie mogła od nas wyjść. Żegnaliśmy się chyba z godzinę i płakaliśmy jak bobry - tylko chłopcy na szczęście nie płakali, bo nie wiedzieli, co się dzieje. Szukamy następnej opiekunki, ale nie jest to proste. Dotychczas udało nam się spotkać z jedną kandydatką. Przyszła spóźniona o kwadrans, ale nie to było najgorsze - podczas całej wizyty dosłownie ignorowała chłopców! Spojrzała na nich tylko dwa razy przechodząc przez pokój, żeby ich nie rozdeptać. Nie interesowało jej jak się nazywają, ani właściwie nic innego, oprócz zarobków oczywiście. Pozostałe kandydatki, albo w ogóle nie przychodzą na umówione spotkania, albo odwołują je w ostatniej chwili. Na szczęście nie musimy mieć niani. Radziłam sobie bez niej przez prawie 10 miesięcy, poradzę sobie przez kilka kolejnych. Bo jestem zdecydowana zatrudnić jedynie osobę o wielkim sercu i kulturze (nie interesują mnie takie drobiazgi jak referencje, wiek czy nawet doświadczenie).

Chłopaki nadal robią oszałamiające postępy. Olafkowi zdarza się przejść samodzielnie kilka kroków, kiedy zapomni, że miał raczkować. Opanował również sztukę prowadzenia samochodu i rozbija się swoim autkiem po całym mieszkaniu i tarasie - jeździ do przodu, do tyłu, wykręca, a nawet trąbi. Igorek natomiast ćwiczy samodzielne jedzenie - wyrywa mi widelec i próbuje sam nabijać na niego jedzenie (czasem pozwala sobie trochę pomóc), ale zawsze musi sam trafić tym widelcem do buzi. A kiedy już tego dokona, drugą ręką głaszcze się po głowie w nagrodę. Poza tym opowiada różne historie - także o tym, co widział, a czego już nie ma. Najbardziej fascynują go światła i wszystko co lata: samoloty, ptaki, a nawet muchy. Obaj bardzo efektywnie pomagają przy rozbieraniu, jeśli wiedzą, że za chwilę czeka ich kąpiel. A w wolnych chwilach rozrzucają wszystkie swoje ubrania po pokoju - to ostatnio ich ulubiona zabawa.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

mały fetyszysta

Moja córka wróciła w końcu z wakacji. Przez tydzień będzie w domu. Przyjechała opalona i zadowolona przywożąc mnóstwo wspomnień i brudnych ciuchów. Wraz z jej powrotem odzyskałam pincetkę do regulacji brwi, ale do pożyczenia bez pytania mojej opaski do włosów się nie przyznaje. Przypomniała mi się spotkana kiedyś na imprezie znajoma, która żaliła się, że nie miała czym się umalować po wyjeździe nastoletniej córki na kolonie. A dziś przyłapałam Weronikę na noszeniu moich ciuchów, "bo wszystkie swoje ma brudne". A potem zajęła łazienkę "na 3 minuty" i była tam chyba godzinę, kończąc toaletę przy użyciu mojego ręcznika. Ale i tak kocham ją nad życie.

Dziś rano, jak zwykle, kiedy mąż wyjdzie do pracy spałam z bobasami na dużym materacu. Igorek obudził się pierwszy i zaczął dobijać się do drzwi, kiedy usłyszał, że przyszła nasza pani do sprzątania, której jest wiernym fanem. Za jej przykładem "odkurza", moczy łapki mopem i wyciera meble oraz podłogę ściereczką albo tym, co mu się akurat w łapki nawinie. Poprzedniego wieczoru musiałam niedokładnie zamknąć drzwi do sypialni, no i zostawiłam swoje ciuchy na podłodze. Kiedy się obudziłam Olafek bawił się koło mnie, a drzwi sypialni były otwarte na oścież. Wstałam i poszłam do dużego pokoju szukając Igora. Stał tam rozmawiając z panią Bożeną w moich majtkach na głowie!

Wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień spędziłam w kuchni. Zmobilizował mnie do tego zaprzyjaźniony rolnik z naszego weekendowego bazarku, który przy okazji niedzielnych zakupów obdarował nas świeżymi ziołami i warzywami. Rezultaty to: mrożone (dzięki radom wegedzieciakowych ekspertów) zioła - tymianek, mięta i szałwia, 2 słoiki pesto - z zielonej i czerwonej bazylii, zupa z dyni, pieczone cukinie (dzieło mojej córki) oraz 2 miski tabouleh.


Pieczone cukinie

małe, młode cukinie
zioła świeże lub suszone (bazylia, tymianek, oregano lub co, kto lubi)
oliwa
sól, ew. pieprz

Cukinie umyć i przekroić wzdłuż na pół. ułożyć w żaroodpornym naczyniu skórką do dołu. Posolić, doprawić ziołami. Między nimi można umieścić ząbki czosnku (obrane lub w cienkiej skórce, przekrojone na pół pomidory, wiórki z cebuli itp.). Całość polać umiarkowanie oliwą. Przykryć folią aluminiową tak, by nie wyschły w czasie pieczenia. Piec w piekarniku nagrzanym do 150 stopni przez około 15 - 20 minut, sprawdzając widelcem, czy są już miękkie.


Tabouleh, to libańska sałatka, znana również jako tabouli, taboule itp. Chociaż zasadniczo powinna składać się z kuskusu, oliwy, soku z cytryny, natki pietruszki i mięty, każdy przygotowuje ją inaczej. Chyba najbardziej smakuje mi ta, serwowana w warszawskiej "Samirze" - pewnie dlatego, że to libańska restauracja. Tam jest to natka pietruszki dosłownie pływająca w oliwie z niewielkim dodatkiem kuskusu, drobno posiekanej szalotki i przypraw. Sama przygotowuję jednak inny wariant - bardziej "zjadliwy" dla pozostałych domowników.

Tabouleh

opakowanie kuskusu (400 g)
2 łyżki niesiarkowanych rodzynek
2 - 3 dojrzałe pomidory
2 ogórki
1,5 szklanki wegetariańskiego rosołku
2 łyżki świeżych, posiekanych listków mięty (ew. 2 łyżki suszonej mięty)
sok z połówki cytryny
3 -5 łyżek oliwy ekstra virgin
ew. 1 - 2 łyżki posiekanych oliwek

Kuskus zalać wrzącym rosołkiem, przykryć i odstawić, aż wchłonie cały płyn. Obrać i drobno posiekać pomidory i ogórki. Rodzynki zalać niewielką ilością wrzątku i odstawić do nasiąknięcia. Kiedy kuskus i rodzynki przestygną dokładnie wymieszać wszystkie składniki i wstawić sałatkę do lodówki - najlepiej na całą noc, ale wystarczy również kilka godzin.

niedziela, 10 sierpnia 2008

boogie nights

Moja córka Weronika miała dziś o 6 rano wrócić z obozu w Sintrze pod Lizboną. Rafał miał ją odebrać z lotniska, ale właśnie zadzwoniła z wiadomością, że zginęła rezerwacja na lot dla całej grupy! Więc nocują na lotnisku i nie wiadomo, kiedy polecą. Mam nadzieję, że chociaż dobrze się bawią. Noc spędzona na lotnisku ma swoje uroki.

A co do uroczych nocy, to korzystając z ostatnich dni pracy naszej super niani, przedwczoraj wybraliśmy się do ulubionego hotelu w centrum. Na tę okazję zafundowałam sobie czerwone paznokcie u nóg i rąk i założyłam najpiękniejsze majtki świata (nota bene prezent od męża). Powiem w skrócie, że oprócz rozgrywania 2 partii scrabbli, zajmowaliśmy się odrabianiem seksualnych zaległości i niedogodności spowodowanych złamanym barkiem ukochanego. Żeby było śmieszniej, wyżej wymieniony hotel dosłownie sąsiaduje z blokiem, w którym Rafał mieszkał (nawet kiedyś go tam odwiedziłam) w czasach, kiedy jeszcze nie śniliśmy o tym, że będziemy razem.

piątek, 8 sierpnia 2008

bobasy w trybach biurokracji

Dziś spędziłam bardzo miły wieczór. Odwiedziła mnie siostra cioteczna, która wysłała swojego synka na wakacje z dziadkami. Przyjechała po południu, kiedy bobasy kąpały się w basenie na tarasie. Chyba jej nie poznali. Jednak Igorek od razu zaczął się do niej uśmiechać, a Olafek tak się zawstydził, że próbował schować buzię pod wodę. Ale po jakimś czasie oswoił się i nawet pozwolił jej pchać swój samochodzik. Potem razem nakarmiłyśmy i wykąpałyśmy chłopców. A kiedy zasnęli, usiadłyśmy jak za dawnych dobrych czasów z butelką czerwonego wina i gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy. Tę idyllę przerwał około 23. ząbkujący Olafek, ale co się naplotkowałyśmy, to nasze.

A dziś dzień był niestandardowy. Olaf obudził mnie i Igora o w pół do jedenastej! Spojrzałam na budzik i zerwałam się jak oparzona. O jedenastej miała przyjść kandydatka na nianię. Nie przyszła i nie uprzedziła nas o tym, chociaż zapewniała, że "będzie na pewno". Poprzednia, do której zadzwoniłam w weekend i która obiecała, że "zadzwoni do mnie w poniedziałek, po powrocie do Warszawy", nie odezwała się do tej pory. Kiedy miałam dwadzieścia czy dwadzieścia parę lat, nie robiłam takich numerów. Obie panie są u nas skreślone.

Po późnym śniadaniu pojechaliśmy z chłopcami do ursynowskiego WOM-u wyrobić im paszporty. Wzięliśmy stosowne formularze, które mąż wypełniał, kiedy udałam się z chłopcami do fotografa. Fotograf, a właściwie para fotografów, w naszym urzędzie to osobna historia. Byli perfekcyjnie przygotowani. Wskazali stołek do posadzenia pozującego bobasa i niski puf obok, na którym mogłam usiąść przytrzymując delikwenta. Pani pstrykała zdjęcia, a pan w tym czasie machał nad jej głową zabawkami śpiewając i zagadując chłopców. Zdjęcia wyszły świetne.

Kiedy na nie czekaliśmy, zabrałam bobasy do kącika zabaw, który niestety zorganizowano tuż przy schodach. Igorek wspinał się w nim na ikeowskie krzesełka, a Olafek jeździł dookoła wózkiem. Kiedy obaj znudzili się zabawą, ratunkiem okazały się (bardzo nieekologiczne) jednorazowe kubeczki z dystrybutora Daru Natury. Nie wiedziałam, że można zrobić nimi tyle hałasu.

Po odebraniu zdjęć udaliśmy się na parter WOM-u do Referatu Paszportowego. Po odczekaniu na nasz numerek, złożyliśmy wnioski paszportowe wraz z wymaganymi dokumentami i usłyszeliśmy, że nie mogę się oddalać z dziećmi, ponieważ pani w okienku musi się im jeszcze przyjrzeć, mimo, iż nie potrafiła odróżnić chłopców, kŧórzy specjalnie na tę okazję byli inaczej ubrani. Co ciekawe, zostaliśmy zapytani o wzrost i kolor oczu dzieci (choć jak wiadomo ten pierwszy zmienia się ciągle, a ten drugi też nie jest jeszcze pewny na sto procent). Procedura zajęła ponad pół godziny. W tym czasie pani urzędniczka, zaproponowała mi wypełnienie rubryk typu: PESEL, nr i seria paszportu, widząc, że mam jedno dziecko na ręce, a drugą bujam wózek. Szczęśliwie udało mi się z nią ustalić, że jedynie podpiszę się na obu wnioskach, a resztę wypełni mąż. W międzyczasie Igorek puszczony samopas w pozornie bezpiecznej przestrzeni biura zdołał wspiąć się na krzesło i stanąć na nim uderzając łapką w oszkloną witrynę z regulaminem.

Po godzinie i czterdziestu minutach wyszliśmy z WOM-u ubożsi o 110 zł, ale za to z papierkami upoważniającymi do odbioru paszportów chłopców za 2 tygodnie.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

plainspotting

Co można robić z dwójką 14-miesięcznych, raczkujących i uparcie niechodzących bobasów, kiedy pada deszcz, mąż ma ramię w gipsie i nie może wyjść w taką pogodę, a nam nie chce się wychodzić z domu? Teoretycznie można by pojechać z chłopcami na "spacer" do jakiegoś zadaszonego miejsca typu: muzeum, galeria handlowa itp. Samochód niby stoi pod domem, ale jakoś nam się nie chce, a poza tym istnieje duże ryzyko, że w trakcie jazdy, zwłaszcza przy niskim ciśnieniu, bobasy utną sobie nadprogramową drzemkę i wieczorem nie zasną przed jedenastą.

A propos samochodu, cudem przeżył tankowanie benzyną euro super, choć to diesel! Miałam nikomu o tym nie mówić, nawet prosiłam mojego mechanika-cudotwórcę o dyskrecję. Ale co tam, pośmiejcie się razem ze mną! Całe życie jeździłam autami na benzynę. Pamiętam, że kiedyś, na początku mojej kariery kierowcy próbowałam wlać do baku ropę i dziwiłam się, czemu końcówka się nie mieści. Wtedy byłam blondynką. Teraz mam fioletowe włosy, a na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że przez ostatnie kilkanaście miesięcy sypiam średnio po 5 godzin na dobę. Niestety zabezpieczenie przed zatankowaniem nieodpowiedniego paliwa działa tylko w jedną stronę i dzięki temu udało mi się odruchowo zatankować pół baku benzyny zamiast ropy na najbliższej stacji benzynowej na warszawskim Ursynowie. Potem pojechaliśmy z mężem do kina w centrum. Kiedy wracaliśmy, auto jakoś nie chciało zapalić, ale w końcu zaskoczyło. Zatrzymaliśmy się jeszcze pod sklepem koło domu. Zrobiliśmy zakupy, wsiedliśmy do auta i wtedy już na dobre się zbuntowało. Nie pomogło ponowne uzbrajanie i rozbrajanie alarmu, ani piłowanie zapłonu. Chcąc nie chcąc zostawiliśmy je pod sklepem i w deszczu pobiegliśmy z zakupami do domu. Następnego dnia udało mi się je odpalić i dojechać nim do zaprzyjaźnionego mechanika, który na szczęście wywąchał (dosłowienie) problem, wymienił filtry i doprowadził pojazd do używalności.

Wracając do chłopców - w taki dzień jak dziś można bawić się zabawkami - przede wszystkim grającymi oraz matrioszkami, które babcia przywiozła im z wycieczki do Sankt Petersburga. Niestety wszystkie te zabawy szybko się nudzą. A na kąpiel w basenie na tarasie jest za zimno. Ale na szczęście na Okęciu akurat remontują pasy i w związku z tym nad naszym domem co 10-15 minut przelatują samoloty i to tak nisko, że można odczytać nazwę linii. A chłopcy samoloty uwielbiają - zwłaszcza Igor. Więc sadzamy ich na tarasie pod zadaszeniem w krzesełkach do karmienia i razem obserwujemy samoloty. Bobasy uważnie nadsłuchują nadlatujących maszyn. A kiedy już jakaś pojawi się na horyzoncie bacznie odprowadzają ją wzrokiem, a kiedy zniknie, długo jeszcze pokazują paluszkami w niebo i mówią "wuu, wuu!".

niedziela, 3 sierpnia 2008

lato w mieście

Olaf wrócił do dawnej formy po bodajże 2 tygodniach marudzenia. Winnym był oczywiście trzonowiec. Dziś od rana był tym samym roześmianym i ciekawym świata Olafem, którego znam. Igor też w dobrym humorze i mam nadzieję, że (chociaż przez chwilę) tak zostanie, mimo, że do tej pory dobre i gorsze fazy moi synkowie miewali naprzemiennie.

A ja mam fazę ogólnego zniechęcenia. Wszyscy śpią (mąż, chłopcy, kot i chomik), a ja siedzę na tarasie z laptopem, słucham świerszczy, palę (odkąd skończyłam karmić oddaję się temu zgubnemu nałogowi bez wyrzutów sumienia), piję czerwone wino i zazdroszczę mojej córce, którą wysłałam na obóz do Lizbony (mam nadzieję, że dobrze się bawi, bo nawet moje sms-y ignoruje). Odpuściłam sobie dziś wieczorne ogarnięcie mieszkania a konto jutrzejszego generalnego sprzątania.

Zresztą to cotygodniowe sprzątanie to i tak za mało - po 3 dniach mam problemy z doszorowaniem kolanek chłopców - kto miał raczkujące dzieci, wie o czym piszę. Szczerze mówiąc nie mogę się doczekać, kiedy zaczną chodzić. I nie tylko z uwagi na brud, bo przecież dalej będą zjadać wszystko z podłogi (ostatnio w czasie zabawy na tarasie wyciągnęłam Igorkowi z buzi farfocle, które znalazł w kratce ściekowej!). Chodzi przede wszystkim o mój kręgosłup, który ma już dość dźwigania dwóch 10-kilowych bobasów. I nie tylko kręgosłup - w ferworze zabawy zaliczyłam ostatnio w ciągu jednego dnia: dwa ciosy z potylicy w nos, bolesne ugryzienia w ramię i w dłoń oraz kilka kopniaków w brzuch. Kiedy wspominam dzieciństwo Weroniki, wydaje mi się, że, albo ja byłam odporniejsza, albo dziewczynki są delikatniejsze. A wracając do chodzenia - obaj chłopcy potrafią stać bez podparcia przez dobrych kilka minut operując w tym czasie zabawkami, obaj prowadzeni za rączki stawiają ładnie całe stópki na podłodze. ale kiedy chcą się przemieścić, błyskawicznie przypominają sobie, że łatwiej, szybciej i bezpieczniej będzie na czworakach. W akcie desperacji poprosiłam dziś moją mamę, u której byliśmy z wizytą, żeby postawiła Olafa kilka kroków ode mnie. Zawołałam go wyciągając ręce i Olaf przeszedł samodzielnie 3 kroki! Oczywiście zaraz wrócił do raczkowania, ale mam nadzieję, że powtarzanie tego ćwiczenia przyniesie w końcu zamierzony efekt.