piątek, 29 lutego 2008

Polak potrafi

Spotkałam dziś prawdziwą Polkę. Nie chodzi o to, że była kobietą, chodzi mi raczej o archetyp Polaka, a tak się akurat złożyło, że była to osoba płci żeńskiej.
Byliśmy z chłopcami na spacerze. Zatrzymaliśmy się koło budowy i podziwialiśmy ogromny dźwig, który podnosił wielkie pakunki cegieł z ciężarówki i przenosił je na najwyższe - trzecie piętro powstającego budynku.
Niczym się nie wyróżniająca starsza pani szła z naprzeciwka chodnikiem i jak to zwykle bywa zwolniła na widok bliźniaczego wózka.
- Jakie wesołe dziecko - powiedziała do mnie z uśmiechem wskazując na Olafa. - Jak się do mnie ładnie uśmiecha!
Skinęłam i uśmiechnęłam się w odpowiedzi. W tym momencie moja rozmówczyni przestała się uśmiechać i przeniosła badawcze spojrzenie na Igora.
- Ale tylko jeden taki - stwierdziła - drugi się nie uśmiecha. Drugi smutny - stwierdziła kategorycznie.
- Nie, nie, drugi też się do Pani uśmiecha - zaprotestowałam - proszę spojrzeć.
- A to dwaj chłopcy? - spytała.
- Tak.
- A to szkoda - zmartwiła się.
- Czemu? - zdziwiłam się niepomiernie.
- Bo mogłaby być parka. Mogłaby Pani mieć dziewczynkę - rzekła z żalem.
- Ale ja już mam dziewczynkę - powiedziałam i uśmiechnęłam się.
Najwidoczniej nie wiedząc, co rzec na takie dictum moja rozmówczyni oddaliła się bez pożegnania.

wtorek, 26 lutego 2008

spacer

Wiosna!!! Teraz to już naprawdę przyszła - pachnie wilgotną ziemią i ptaszki świergolą. Z tej okazji pierwszy raz w życiu wybrałam się sama, samodzielna na spacer z moimi chłopakami. Nie ubieram ich już w kombinezony - niech się hartują. Założyłam im tylko body z krótkim rękawem, rajstopki (co prawda nie cierpię chłopców w rajstopkach, ale wiatr był duży), spodnie i bluzy. Następnie bohatersko staszczyłam wózek z półpiętra (mieszkamy na bardzo wysokim parterze bez windy). Potem zniosłam i wpięłam jednego delikwenta (zostawiając drzwi do mieszkania otwarte) i wróciłam po drugiego. Pierwszy, Olaf, kiedy zniknęłam mu z oczu, natychmiast się rozpłakał. Na szczęście w ciągu minuty byłam z powrotem taszcząc pod pachą Igora, kurtkę i torebkę. W międzyczasie kot wybiegł oczywiście na klatkę schodową i nijak nie dawał się zwabić do mieszkania. Machnęłam więc na zwierzę ręką, doszedłszy do wniosku, że zdrowie psychiczne moje i dzieci jest ważniejsze. Siedząc na schodach ubrałam chłopaków do końca - w czapeczki bawełniane, bluzy polarowe i takie miękkie butki od kombinezonów. Dla porządku przykryłam im jeszcze nogi cienkimi, bawełnianymi rożkami. Trochę marudzili, bo nie bardzo wiedzieli, co się dzieje, więc ich na chwilę zasmoczkowałam. Nie muszę chyba dodawać, że po tej całej operacji, zakończonej przepychaniem podwójnego wózka przez drzwi od domofonu, a następnie od klatki, byłam spocona jak mysz. Ale opłaciło się. Byliśmy w mikro lasku koło naszego domu i na placu zabaw pełnym dzieci i psów. Chłopcy trochę poobserwowali, a potem zdrzemnęli się na słoneczku. A ja poczytałam "Deus Irae" K. Dicka i Zelaznego (notabene jak dotąd to chyba najbardziej przygnębiająca książka mistrza paranoi jaką czytałam).

Mamy nową potrawę - kaszkę z dynią, która dość im smakuje i stanowi bazę innych dań:
1/2 dyni hokkaido
1/2 szklanki kaszy jaglanej
Dynię obrać, usunąć włókna i pestki ze środka i pokroić w kostkę. Wrzucić do garnka razem z kaszą, zalać wodą i gotować do miękkości. Można ją podawać zmiksowaną np. z namoczonymi w gorącej wodzie rodzynkami lub przecierem owocowym oraz olejem palmowym i zmielonymi pestkami słonecznika albo jako zagęszczający dodatek do warzywnej zupki.

Myślałam, że na polskim rynku zdrowej żywności nic mnie już nie zaskoczy, ale na szczęście się myliłam - odkryłam śmietankę ryżową bio. Skład ma bajecznie prosty: ryż, olej słonecznikowy, sól morska i karob, więc jest wymarzona nie tylko dla wegan, ale także dla alergików. Kupić ją można np. tu:
http://www.naturo.pl/
Dodaję ją chłopakom do kremów z warzyw i chyba im smakuje. A jak wreszcie pojawią się jakieś polskie, ekologiczne owoce, będę robić na jej bazie kremy, bo jest bardzo gęsta.

poniedziałek, 25 lutego 2008

zakupy

W weekend byłam w Galerii Mokotów na spotkaniu z ludźmi z forum - pierwszy raz umówiłam się z kimś, kogo znałam tylko z sieci. Jako że forum dotyczy dzieci, wszyscy oprócz mnie przybyli z pociechami. Było sympatycznie, ale nie o tym chciałam mówić. Ponieważ jako jedyna miałam wolne obie ręce, pstrykałam wszystkim uczestnikom spotkania fotki. I w pewnym momencie podeszła do nas, a właściwie do mnie, bardzo sympatyczna, starsza, siwa pani ochroniarz i poinformowała, że w GM jest zakaz robienia zdjęć, ale ponieważ widzi, że my tylko dzieci i siebie nawzajem fotografujemy, to nam pozwala. Potem zaczęła zachwycać się bobasami i w pewnym momencie stwierdziła smutno: "już od małego przyzwyczajacie się do centrum handlowego", a potem dodała: "i te zupki ze słoiczków jecie zamiast domowego posiłku". Też mi się smutno zrobiło, bo trudno odmówić jej racji. Sama lubię czasem zaszaleć w centrum handlowym na wyprzedażach, nie mam też nic przeciwko temu, by wybrać się tam z przyjaciółką lub córką na kawę lub lody i przy okazji wstąpić do kilku sklepów doradzając sobie wzajemnie w zakupach. Ale comiesięczne, nie mówiąc już o cotygodniowych, pielgrzymki do tych świątyni konsumpcji są mi zupełnie niepotrzebne i jeśli jeszcze kiedyś zacznę je uskuteczniać, to zastanowię się, czego brak w moim życiu. To samo dotyczy oczywiście hipermarketów. Na szczęście trudna ciąża i ponowne, podwójne macierzyństwo zmusiły mnie do szukania nowych rozwiązań. W ten sposób odkryłam 2 sklepy, w których zaopatruję całą naszą 5-osobową rodzinę w większość produktów spożywczych i kosmetycznych:
e-zdrowie
frisco.pl

sobota, 23 lutego 2008

do trzech razy sztuka

Hurra! Mamy opiekunkę, co prawda na razie na miesięczną próbę i co prawda za większe pieniądze niż miała być, ale wydaje się być do tej pracy stworzona i mam nadzieję, że chłopcy ją polubią, a ona u nas zostanie. Ale po kolei, w skrócie przypomnę historię naszych zmagań. Pierwsza umówiona na rozmowę pani kompletnie się do tego nie nadawała i zrobiła na nas fatalne wrażenie. Druga - zrobiła na nas wrażenie jak najlepsze i my podobno na niej też, i już prawie byliśmy umówieni, kiedy zadzwoniła przepraszając i mówiąc, że bardzo żałuje, ale znalazła pracę tuż koło domu (faktem jest, że ma do nas dość daleko). Kolejna zrobiła na nas dość dobre wrażenie (choć nie tak dobre jak pierwsza), więc nauczeni przykrym doświadczeniem powiedzieliśmy jej od razu wyższą stawkę niż ponoć proponowano jej gdzie indziej i stwierdziliśmy, że od razu się na współpracę z nią decydujemy. Ona (tzn. nr 3) stwierdziła jednak, że jest umówiona jeszcze na inne rozmowy kwalifikacyjne, więc po odbyciu ostatniej da nam znać, czy ona się na nas zdecyduje. Cóż mieliśmy zrobić, zgodziliśmy się. W międzyczasie trafiłam na kolejne ogłoszenie i umówiłam się z kolejną kandydatką (nr 4). Nr 3 zadzwoniła do nas jeszcze przed umówionym terminem pytając, czy nasza propozycja jest nadal aktualna, zgodnie z prawdą poinformowałam ją, że tym razem to my jesteśmy umówieni na kolejną rozmowę i że damy jej znać. Jednak nie dała nam szansy - następnego dnia przysłała smsa, w którym powiadomiła nas, że "żeby nie zostać na lodzie" umówiła się na kolejne spotkanie i "znalazła super pracę". Między nami mówiąc cały czas ubolewaliśmy nad tym, że nie udało nam się zatrudnić kandydatki nr 2 ani znaleźć nikogo równie sensownego. I po tym właśnie smsie moja desperacja sięgnęła zenitu - powiedziałam Rafałowi, że ja już mam dość i nie szukam więcej, że to wszystko nie ma sensu itp. , i że najlepiej byłoby przekupić kandydatkę nr 3 proponując jej wyższe wynagrodzenie tak, żeby opłaciło jej się do nas dojeżdżać. I cóż zrobił mój dzielny Rafał? Zadzwonił do niej i posługując się retoryką oraz urokiem osobistym przekonał ją do naszych nowych warunków. Oczywiście wobec powyższego natychmiast przeprosiłam i odwołałam nr 4. Koniec końców nr 3 zaczyna u nas okres próbny w przyszłym tygodniu. Zdaję sobie sprawę, że psujemy w ten sposób już i tak bardzo zepsuty polski rynek pracy, ale ciekawa jestem co byście zrobili na naszym miejscu?

piątek, 22 lutego 2008

gotowanie na śniadanie

Chłopaki zjedli dziś na śniadanie pierwszy w życiu budyń - strasznie im smakował, a co najważniejsze robi się go błyskawicznie z:
1,5 szklanki mleka ryżowego
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Ponieważ mleko ryżowe jest bardzo słodkie najlepiej dodać jakieś kwaśne owoce albo sok owocowy do smaku, ja dodałam 100%, ekologiczny przecier jabłko-morela firmy Clearspring (do dostania w sklepach ze zdrową żywnością).

Zawsze lubiłam upraszczać przepisy, bo niecierpliwym leniem jestem, ale teraz gotuję już tylko potrawy tak proste, że boję się czy nie prostackie. Na naszym stole ostatnio najczęściej pojawia się zupa z soczewicy, spaghetti arabbiata oraz aglio e olio.

Zupa z soczewicy:
1 opakowanie (ok. 400 g) czerwonej soczewicy w połówkach
dużo cebuli (ok. 2-3 duże sztuki)
dużo czosnku (ok. pół główki)
puszka mleka kokosowego
oliwa z oliwek
sól lub rosołek wegetariański
curry
ew. kurkuma
Cebulę obrać, posiekać; czosnek obrać i pokroić w plasterki. Zeszklić cebulę i czosnek na oliwie na małym ogniu. Zalać wodą, wsypać soczewicę, zamieszać i zagotować. Uwaga - soczewica błyskawicznie puchnie i wchłania całą wodę, więc trzeba uważać, żeby się nie przypaliła. Gotować do uzyskania w miarę jednolitej, ciapowatej konsystencji. Pod koniec gotowania doprawić solą/rosołkiem i curry (ja używam łagodnego, ale za to w dużej ilości). Można zmiksować na gładki krem; można też dodać kurkumy, która podkreśli żółty kolor. Podawać z mlekiem kokosowym.

Sos do spaghetti arabbiata:
1 op. (ok. 500 g) 100% przecieru pomidorowego
2 spore cebule
1 główka czosnku
oliwa z oliwek
sól
pieprz
papryczka chilli, ew. ostra papryka w proszku lub pieprz cayenne
Cebulę i czosnek drobno posiekać i podsmażyć rumieniąc delikatnie na oliwek. Zalać przecierem, doprawić i zagotować.

Aglio e olio jest banalne:
Po prostu trzeba delikatnie podsmażyć w dużej ilości oliwy bardzo dużo grubo posiekanego czosnku, polać tym spaghetti i posypać je dużą ilością posiekanej natki pietruszki.

Coraz wyraźniej czuć wiosnę w powietrzu. W związku z tym jutro kupuję 3 metry czarnego tiulu, bo córka obiecała uszyć mi wymarzoną tiulową spódnicę. Już się nie mogę doczekać, kiedy ją założę. Bo ja też taką zwykłą babą jednak jestem i stąd ten post o gotowaniu i szyciu mi wyszedł.

wtorek, 19 lutego 2008

niebo nad Warszawą

Pełzacze pełzają po kuchni i salonie, a ja próbuję ugotować coś dla nich na obiad, dla nas na obiad, napisać coś na blogu, dodzwonić się do potencjalnych kandydatek na babysitterki oraz przejrzeć rzeczy do wystawienia na allegro.
Wczorajsza niania może być, acz nie wzbudziła w nas wielkiego entuzjazmu. W czwartek ma zadzwonić, bo wybierała się jeszcze na inne rozmowy. Dziś dzwoniłam do kolejnej kandydatki, która chwali się 25-letnią praktyką w żłobku. Szczerze mówiąc trochę przeraziła mnie myśl czego mogła się nauczyć pracując w żłobku w latach 70. i 80. Może będzie poiła chłopców czarną herbatą z cukrem albo krowim mlekiem? Albo trzymała ich cały dzień w łóżeczku? Dawała smoczka zamiast się z nimi bawić? Chyba wpadłam w paranoję i jednak się z nią nie umówię.
Koncert bardzo, bardzo dobry, ale nie cudowny. Niestety nie było już biletów na płycie, więc miejsca do tańczenia mało, ale i tak poskakałam. Atmosfera była jak dla mnie trochę zbyt sztywna, a całość trochę za bardzo popowa. Albo ja się starzeję, albo pan Smith się starzeje, albo jego publika się starzeje - pewnie wszystko po trochu. Na szczęście zagrali również moje ulubione, dołujące kawałki.
Niebo dziś niesamowite - szaro-fioletowo-różowe. Chcę żeby wreszcie przyszła wiosna. I chcę więcej tańczyć, bo poza dźwiganiem bobasów i seksem, w ogóle się nie gimnastykuję. No i chcę znaleźć tę opiekunkę, żeby móc trochę popracować i trochę odpocząć.

sobota, 16 lutego 2008

lekarstwa

Wczoraj moja kochana, bardzo już duża córka wróciła od taty. Dzisiaj miałyśmy fajny, babski, zakupowy dzień. Mam 3 nowe topy - 2 czarne i jeden fioletowy z cekinami, 1 czarno-fioletową bluzę, różowe kabaretki, 2 pary tang, ale nie mam spodni, halki ani butów, po które pojechałam. Ale nic to ważne, że byłyśmy razem na dużych zakupach po raz pierwszy od ponad roku. Poprzednie były przed tamtym Sylwestrem, kiedy byłam w ciąży.
W poniedziałek czeka ją chrzest bojowy starszej siostry - ma po raz pierwszy zostać z bobasami wieczorem. Mam nadzieję, że nie dadzą jej za bardzo popalić. W razie czego będzie mogła odespać, bo ma ferie.
A my wybieramy się na koncert "The Cure". Spodziewam się po tym koncercie bardzo wiele, może zbyt wiele... bo byłam już na dwóch i oba były świetne, choć ani razu nie udało mi się pójść na nie z kimś naprawdę bliskim. Ale ponieważ pan Smith jest mistrzem kreowania nastroju, jest wysoce prawdopodobne, że się nie rozczaruję.
Tuż przed wyjściem na koncert mamy przesłuchać kolejną baby-sitterkę. Już nawet staram się nie myśleć, że zrobiła na mnie dobre wrażenie przez telefon, bo tak samo było z poprzednimi trzema. Jedna na spotkaniu okazała się fatalna, druga spotkanie odwołała, trzecia okazała się świetna, ale znalazła pracę bliżej domu.

czwartek, 14 lutego 2008

walentynki

Z okazji Walentynek, jak co roku, dopada mnie obsesja związkowych podsumowań. I mimo, że w tym roku akurat wypadają one tak dobrze jak rzadko kiedy, nie byłabym sobą, gdybym jednak nie próbowała spraw choć trochę pokomplikować. Najpierw czytając świetną skądinąd książkę "Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz" Evy-Marii Zurhorst. Niestety większość tez w niej zawartych znałam już od dobrych kilku lat, a poza tym nie miały one w naszym przypadku żadnego zastosowania. Ale pozycję tę szczerze polecam, zwłaszcza tym, którzy zaczynają marzyć o nowym partnerze pod wpływem rozczarowania swoim obecnym związkiem, a także wszystkim zdradzanym i zdradzającym - podejście autorki do zagadnienia zdrady jest naprawdę rewolucyjne. A oto próbka: "Każdy, kto najdzie się w głębokim kryzysie, powinien wiedzieć jedno: wszystko, co było możliwe w fazie zakochania, ukazuje prawdziwy potencjał związku. Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między tymi ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu." Kolejna moja lektura to "Dekalog" Antoniego Kępińskiego. Tam również, jak zwykle u mistrza Kępińskiego, znalazłam wiele ciekawych słów o związkach. Na przykład: "Dla harmonii małżeństwa lepiej jest, gdy zgodność dotyczy cech bardziej powierzchownych, a rozbieżność cech głębszych." O małżeństwach labilnych i stabilnych: "Trudno powiedzieć, który z obu modeli małżeństw jest bardziej nerwicorodny. Tłumienie uczuć negatywnych nie jest zdrowe, ich wyładowywanie nie jest jednak lekarstwem. Wbrew temu, co nieraz się doradza, by złość swą wyładować, wyładowanie agresji nie zawsze przynosi ulgę bądź ulga ta jest tylko chwilowa. Złość rodzi złość." O szczerości: "Istnieje więc w stosunku wzajemnym partnerów wewnętrzna sprzeczność między szczerością i spontanicznością związków uczuciowych a ich stabilnością, wynikającą z poczucia odpowiedzialności. Poczucie odpowiedzalności wymaga stłumienia uczuć niekorzystnych dla trwałości związku małżeńskiego, natomiast potrzeba szczerości, istotna do utrzymania właściwej atmosfery w małżeństwie, wymaga ich ujawnienia." I na koniec klasyczny problem: "Jeśli dwoje osób wykazujących jakąś parę cech przeciwstawnych, ale w różnym nasileniu, złączy się razem, to w wyniku wspólnego życia nasili się u jednego z nich ta cecha, która u partnera występuje w stopniu słabszym." Czy to znaczy, że jeśli mój mąż jest coraz lepszy, to ja staję się coraz większą zdzirą? Mam nadzieję, że nie...

wtorek, 12 lutego 2008

żona astronauty

Od wczoraj masakra. Najmłodsze potomstwo marudzi w dzień, a w nocy nie daje nam spać. Właściwie głównie mi, bo jego współtwórca udziela się przy usypaniu z rzadka, a jego działalność nie przynosi spodziewanych efektów.
Od kiedy dowiedziałam się, że to bliźniaki i na dodatek chłopcy, czasami czuje się jak żona astronauty. Wczoraj o 2 w nocy zagroziłam, że zostawię ich i zniknę. Odkąd starsza córka wybyła na ferie do swojego taty, a moja mama chwilowo przestała nas odwiedzać, bardziej niż zwykle brakuje mi żeńskiego pierwiastka w otoczeniu. W takich chwilach czuję się osaczona przez 3 osobników rodzaju męskiego, z którymi nie mogę się dogadać i nie ma znaczenia, jak bardzo są na swój sposób na mnie zafiksowani, czy mówią po polsku, czy w ogóle mówią, czy mają blisko rok, czy blisko 28 lat. Po prostu jesteśmy z różnych światów i nie chodzi tu o planety typu Mars i Wenus, tylko o różne układy oddalone od siebie o setki lat świetlnych.
Jako antidotum zastosuję więc wizytę u kosmetyczki. Mój program odnowy biologicznej od stóp do głów to: depilacja brazylijska, guam i kwasy owocowe. A na pocieszenie kupiłam sobie wczoraj w sieci 3 pary naprawdę wypasionych, koronkowych, czarnych rajstop i takież rękawiczki bez palców. Mam nadzieję, że dojdą akurat na wiosnę. Do szczęścia brakuje mi jeszcze tylko krótkiej, czarnej, tiulowej spódnicy. Oglądam je już od tygodnia na e-bay'u, allegro i w sklepach on-line, ale zawsze coś mi nie pasuje.

środa, 6 lutego 2008

w kuchni kucharką

Bobasy od rana dają czadu. Olaf zauważył na podłodze w kuchni torbę na recykling, która ponieważ jest torbą na śmieci wielorazowego użytku jest brudna i śmierdzi, dostał niewiarygodnego przyśpieszenia i złapał ją zanim zdążyłam ją podnieść. Odebrałam mu ją i wystawiłam na klatkę. Ciekawe czy sąsiadom nie będzie przeszkadzać, że recykling stoi pod naszymi drzwiami non-stop, zamiast 2 razy w tygodniu?

Testujemy kolejne pozycje w jadłospisie. A ja z powrotem wprowadzam do mojej diety gluten, który wykluczyłam z racji karmienia piersią. Pani doktor powiedziała, żeby obserwować kupki i skórę. Nie widzę żadnych niepokojących zmian, jednak Igor od kilku dni jest marudny i niespokojny i nie chce pić mojego odciągniętego mleka. Muszę ją spytać, czy to też mogą być objawy nietolerancji glutenu. Kurczę, chciałabym, żeby jak skończy rok, mógł jednak jeść trochę pszenicy/glutenu. Na razie wprowadziłam im do diety seler (dopiero w 9. miesiącu, bo są alergikami) oraz kaszę krakowską - taką drobną, niepaloną kaszkę z gryki. Ale i tak przebojem pozostaje kasza kukurydziana z bakaliami.

Przepisy:

garstka bakalii (najlepiej ekologiczne): suszone morele, śliwki, rodzynki
3/4 szklanki kaszki kukurydzianej
Bakalie (jeśli nie są ekologiczne, namoczyć na noc, rano odlać wodę) gotować w niewielkiej ilości wody aż będą miękkie. Wyjąć. Na wodzie, w której się gotowały zagotować kaszkę kukurydzianą. Dodać ugotowane bakalie i zmiksować. (Niedawno zaczęłam eksperymentować z migdałami, które są dobrym źródłem wapnia i białka. Moczę je, obieram i mielę w młynku, a następnie dodaję do takiego deserku przed podaniem).

warzywa (najlepiej ekologiczne): 3 małe marchewki, 2 małe ziemniaki, 1 mała pietruszka, pół małego selera, 1 mała cebula
1/2 szklanki kaszy jaglanej lub krakowskiej
Warzywa obrać i ugotować do miękkości w małej ilości wody. (Ja pod koniec gotowania dodaję jeszcze płaską łyżeczkę suszonej pokrzywy z uwagi na bogactwo witamin i minerałów w niej zawartych.) Wyjąć z garnka i na wodzie, w której się gotowały, zagotować kaszę. Dodać ugotowane warzywa i zmiksować. Przed podaniem dodaję do zupki zimnotłoczony olej (ostatnio palmowy) oraz łyżkę zmielonego siemienia lnianego i pestek słonecznika.

poniedziałek, 4 lutego 2008

boboklub

Odkryłam na naszej ulicy coś na kształt prywatnego żłobka na godziny. Przyjmują tam dzieci od 6 msc-y do bodajże 3 lat. Przechodząc zajrzałam do środka. Na dużej, prawie pustej sali kłębiło się około dziesięciorga dzieci. Dwoje płakało, kilkoro marudziło, reszta pełzała/dreptała/siedziała apatycznie. 3 młode opiekunki zajmowały się nimi energicznie, acz bez uśmiechu na twarzach. Brakowało mi w tym miejscu serca, śmiechu i zabawy, a nawet zabawek (było ich tam mniej niż u nas w dużym pokoju). Nie wyobrażam sobie, że mogłabym tam chłopaków zostawić. Nie szukam dla nich wykwalifikowanej opieki od-do. Szukam kogoś kto zajmie się nimi z autentyczną przyjemnością, włoży w to serce. W czwartek kolejne przesłuchanie - tym razem studentka.

Kot właśnie narzygał na pokrywkę od pojemnika z zabawkami. Nie zdążyłam wynieść go na taras, ale przynajmniej odsunęłam od świeżo wypranych piankowych puzzli.

Wieczorem wyszłam na chwilę. Było po deszczu. Pachniało wiosną. Chcę, żeby było wreszcie ciepło. Chcę długich wieczorów. Chcę znów chodzić w mini. Chcę głośno słuchać muzyki na słuchawkach. Chcę biegać w deszczu.

niedziela, 3 lutego 2008

nie ma zmiłuj

Mama sama wspaniałomyślnie zaoferowała się, że zostanie z maluchami w ostatnią sobotę karnawału. Ponieważ tym razem nie było nas stać na hotel, pojechaliśmy do klubu Nie ma zmiłuj na gotycką imprezę gdzie za jedyne 10 zł mieliśmy przyjemność spotkać niepełnoletnich: naćpanego Czerwonego Kapturka, kilka księżniczek, książąt, Szecherezadę oraz inne postacie z bajek (także tych dla dorosłych - w lateksowych ciuszkach z seks shopu). Ach, ta dzisiejsza młodzież... Ja tam jestem z całkiem innej bajki, więc na początku lekko się stripowałam, ale po chwili odzyskałam równowagę i dobry humor w ramionach ukochanego. Reasumując było całkiem sympatycznie i pogibaliśmy się przy mniej lub bardziej żenujących kawałkach (niektóre pamiętałam jeszcze z dyskotek w podstawówce). Szczerze mówiąc im bardziej żenujące kawałki, tym lepiej się bawię.

piątek, 1 lutego 2008

bobomafia

Dziś chłopcy zaczęli 9 miesiąc życia. Rano przy przebieraniu zauważyłam, że Olaf jest na pleckach i brzuszku wysypany drobnymi, czerwonymi plamkami - czyli ta gorączka to jednak nie był tylko ząbek, ale także trzydniówka - zupełnie jak u Igora.

Po śniadaniu znalazłam Olafa w kuchni z obydwiema rękami w kociej misce i jak tu chować wegańskie dziecko?

Dziś był debiut brokułowy. Tzn. wcześniej dostali jakieś brokuły z bio-słoiczka firmy Martin Evers, ale wczoraj po raz pierwszy udało mi się kupić ekologiczne brokuły. Jedli aż im się uszy trzęsły.
Przepis: kilka ziemniaków, mała cebulka, mały brokuł. warzywa obrane i pokrojone w kostkę (z brokułów same kwiatki bez łodygi) ugotować w bardzo małej ilości wody. Zmiksować. Przed podaniem dodać zimnotłoczony olej. (Ja ostatnio dodaję tłuszcz palmowy bio i zmiksowane pestki - tym razem z dyni).

Rozpoczęliśmy rekrutację dorywczej niani. Dziś wieczorem przesłuchaliśmy pierwszą kandydatkę. Choć prawdę mówiąc całe to przesłuchanie było jedynie formalnością. Małżonek spotkawszy ją przed naszą klatką pomyślał, że to prostytutka. Pani posiedziała u nas około pół godziny i jedyne pytanie na temat dzieci, które zadała brzmiało "A czy korzystają już z nocniczka?" (zadała je widząc, że chłopcy nie potrafią jeszcze sami siedzieć). Nie interesowało jej natomiast jak się nazywają ani w jakim są wieku.

Po kąpieli zostawiłam chłopaków z tatą, który miał ich uśpić i poszłam na małe zakupy. Kiedy wróciłam obaj ryczeli w niebogłosy. Pogłaskałam ich po główkach, powiedziałam "Cii, cii, aaa" i momentalnie uciszyli się i zaczęli usypiać. Ślubny wkurzył się i powiedział, że wychodzi, bo "ma dość niemowlęcej mafii".