sobota, 16 lutego 2008

lekarstwa

Wczoraj moja kochana, bardzo już duża córka wróciła od taty. Dzisiaj miałyśmy fajny, babski, zakupowy dzień. Mam 3 nowe topy - 2 czarne i jeden fioletowy z cekinami, 1 czarno-fioletową bluzę, różowe kabaretki, 2 pary tang, ale nie mam spodni, halki ani butów, po które pojechałam. Ale nic to ważne, że byłyśmy razem na dużych zakupach po raz pierwszy od ponad roku. Poprzednie były przed tamtym Sylwestrem, kiedy byłam w ciąży.
W poniedziałek czeka ją chrzest bojowy starszej siostry - ma po raz pierwszy zostać z bobasami wieczorem. Mam nadzieję, że nie dadzą jej za bardzo popalić. W razie czego będzie mogła odespać, bo ma ferie.
A my wybieramy się na koncert "The Cure". Spodziewam się po tym koncercie bardzo wiele, może zbyt wiele... bo byłam już na dwóch i oba były świetne, choć ani razu nie udało mi się pójść na nie z kimś naprawdę bliskim. Ale ponieważ pan Smith jest mistrzem kreowania nastroju, jest wysoce prawdopodobne, że się nie rozczaruję.
Tuż przed wyjściem na koncert mamy przesłuchać kolejną baby-sitterkę. Już nawet staram się nie myśleć, że zrobiła na mnie dobre wrażenie przez telefon, bo tak samo było z poprzednimi trzema. Jedna na spotkaniu okazała się fatalna, druga spotkanie odwołała, trzecia okazała się świetna, ale znalazła pracę bliżej domu.

Brak komentarzy: