wtorek, 12 lutego 2008

żona astronauty

Od wczoraj masakra. Najmłodsze potomstwo marudzi w dzień, a w nocy nie daje nam spać. Właściwie głównie mi, bo jego współtwórca udziela się przy usypaniu z rzadka, a jego działalność nie przynosi spodziewanych efektów.
Od kiedy dowiedziałam się, że to bliźniaki i na dodatek chłopcy, czasami czuje się jak żona astronauty. Wczoraj o 2 w nocy zagroziłam, że zostawię ich i zniknę. Odkąd starsza córka wybyła na ferie do swojego taty, a moja mama chwilowo przestała nas odwiedzać, bardziej niż zwykle brakuje mi żeńskiego pierwiastka w otoczeniu. W takich chwilach czuję się osaczona przez 3 osobników rodzaju męskiego, z którymi nie mogę się dogadać i nie ma znaczenia, jak bardzo są na swój sposób na mnie zafiksowani, czy mówią po polsku, czy w ogóle mówią, czy mają blisko rok, czy blisko 28 lat. Po prostu jesteśmy z różnych światów i nie chodzi tu o planety typu Mars i Wenus, tylko o różne układy oddalone od siebie o setki lat świetlnych.
Jako antidotum zastosuję więc wizytę u kosmetyczki. Mój program odnowy biologicznej od stóp do głów to: depilacja brazylijska, guam i kwasy owocowe. A na pocieszenie kupiłam sobie wczoraj w sieci 3 pary naprawdę wypasionych, koronkowych, czarnych rajstop i takież rękawiczki bez palców. Mam nadzieję, że dojdą akurat na wiosnę. Do szczęścia brakuje mi jeszcze tylko krótkiej, czarnej, tiulowej spódnicy. Oglądam je już od tygodnia na e-bay'u, allegro i w sklepach on-line, ale zawsze coś mi nie pasuje.

Brak komentarzy: