poniedziałek, 28 kwietnia 2008

waiting for the sun

No i się doczekałam. Piszę to siedząc na tarasie, a bzy w lasku koło naszego domu już nabrzmiały pąkami. Powoli dochodzę do formy (na treść też nie narzekam). A bałam się, bo już nic nie poprawiało mi humoru. Nawet koncert Dioramy, na który wystroiłam się w czarną, winylową mini z lumpeksu za 2 zł (sic!) i trochę droższe makijażowe naklejki. Ale wreszcie jest ciepło i tak naprawdę tylko tego mi brakowało do szczęścia. Wiosenny sezon rozpoczęłam gotowaniem i spożywaniem naszych tradycyjnych wiosennych potraw: zupy z kiełkami i proteiny z kiszonymi cytrynami. Ta ostatnia była totalnym, niezjadliwym niewypałem, bo zapomniałam jak się ją przyrządza. Ale ta pierwsza jest naprawdę banalna.

Wiosenna zupa z kiełkami

2 duże cebule
1/2 główki czosnku
2 paczki naturalnego tofu
3 paczki kiełków (najlepiej różnych - sojowych, słonecznikowych itd.)
oliwa
2 cytryny

Cebule obrać i pokroić w paseczki. Czosnek obrać i pokroić w dość grube plasterki. Na dno dużego garnka wlać oliwę, na lekko rozgrzaną wrzucić cebulę i czosnek - mieszać i podgrzewać tak, by zrobiły się szklisto żółte, ale nie przyrumieniły. Zalać dużą ilością wody. Wrzucić pokrojone w grubą kostkę tofu. Zagotować. Dodać opłukane kiełki i zagotować. Na koniec dodać sok z cytryn - najlepiej przez sitko, żeby nie wpadły pestki. My lubimy tę zupę dość gęstą i kwaśną i doprawiamy ją już na talerzach sosem sojowym, ale można też solą.

Chłopcy dostali moczone w niej chrupki kukurydziane i trochę tofu i byli przeszczęśliwi.

W ich życiu zachodzą ostatnio duże zmiany. Kąpią się razem w dużej wannie na złożonym, grubym ręczniku i uwielbiają to. W trakcie kąpieli myją sobie zęby swoimi małymi szczoteczkami i zrzucają do wanny wszystkie leżące na brzegu kosmetyki. Dziś Igor wybrał sobie mój szampon "So Blonde" - w końcu też jest blondynem. Rafał w trakcie kąpieli polewa im głowy i buźki wodą z gumowych kaczek i rybek i to też bardzo im się podoba. Poza tym odbywają coraz dłuższe i częstsze spacery. W niedzielę wybraliśmy się na Pola Mokotowskie na Dzień Ziemi. Trochę zszokowały ich tłumy, ale szybko doszli do siebie. Nawet zjedli tam owocowe deserki, a Igor również nadzienie z wegańskiej samosy. Na pobliskim placu zabaw odkryli już piaskownicę. Igor szaleje w niej na całego - klęczy i raczkuje, a także operuje foremkami i łopatkami. Olaf pierwsze bliskie spotkanie spędził na klęczkach z łapkami opartymi na butach. Chyba brzydzi się piasku - ma to w prostej linii po siostrze. Ogólnie w piaskownicy jest fajnie pod jednym warunkiem - muszą być zasmoczkowani, w przeciwnym razie obślinione łapki wędrują do piasku, a następnie z powrotem do buzi.

A w ogóle w najbliższym czasie czeka ich jeszcze sporo nauki, bo na jesień planujemy wakacje w ciepłych krajach.

piątek, 18 kwietnia 2008

this is the crisis, I knew had to come

Co zrobiłam dziś od rana? Podałam 8 butelek z mlekiem ryżowym i 2 razy karmiłam piersią. Obcięłam 40 małych paznokietków. Zmieniłam 8 pieluszek. Zaserwowałam 4 gorące posiłki i 2 deserki. Zaaplikowałam 2 dawki leków homeopatycznych na bolesne ząbkowanie, 3 dawki probiotyków i kilkanaście dawek żelu znieczulającego dziąsła. Wdałam się jałową dyskusję z nastoletnią córką - jałową, bo ona i tak zawsze ma rację. Nastawiłam pranie i zmywanie. Uśpiłam 2 niemowlaki. Śpiewałam im i tańczyłam.

Te codzienne, powtarzalne czynności nużą mnie i frustrują. A najgorsze jest to, że nie widać ich efektów - zmienioną pieluchę i tak zaraz trzeba będzie zmienić ponownie. Moim ideałem jest praca przy krótko- i średniofalowych projektach - nastawiona na zadania, ze ściśle określonymi celami i deadline'ami. I na szczęście przez większość życia było mi dane takąż wykonywać. Dziecko to bardzo długofalowy projekt - nie na mój temperament i cierpliwość.

Szczerze mówiąc skręca mnie z zazdrości, gdy widzę jak ludzie dookoła mnie robią kariery. Próbuję tłumaczyć sobie, że ja już karierę w swoim życiu zrobiłam, ale to tak, jakby powiedzieć, że już się w swoim życiu najadłam. A najgorszy jest duszący lęk, że już nigdy nie będę wykonywać stymulującej intelektualnie, dobrze płatnej pracy na odpowiedzialnym stanowisku. Bo przecież co roku na rynku pracy przybywa młodszych, lepiej wykształconych pracowników bez zobowiązań w postaci 2 małych dzieci.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

co nas nie zabije, to nas wzmocni

Właśnie mija półtora tygodnia odkąd zachorowaliśmy na grypę żołądkową albo inny rotawirus.

Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłam wprowadzić do diety chłopaków pomidory, w związku z czym ugotowałam im pomidorówkę. Igorowi w ogóle nie smakowała, za to Olaf zjadł pełen głęboki talerz. Następnego dnia obudził się z głośnym stękaniem i jęczeniem, które zakończyły się bardzo dużą i śmierdzącą, pomidorową kupką. Robiłam sobie nawet wyrzuty, że zamiast wprowadzać nowe produkty stopniowo i ostrożnie, pozwoliłam mu pochłonąć za pierwszym razem taką ogromną porcję. Jednak wkrótce o tym zapomniałam, mimo, iż czułam, że w moim własnym brzuchu też dzieje się coś dziwnego.

Dopiero, kiedy następnego dnia Igor zwrócił całą zupkę warzywną, zrozumiałam, że dopadła nas zaraza. Potem było już coraz gorzej - Igor, mąż i ja rzygaliśmy jak koty. Chłopcom kupki wylewały się z pieluszek i śpioszków. Nie muszę chyba dodawać, że okropnie marudzili (Igor robi to do tej pory). A wyrzynające się w tym samym czasie ząbki nie poprawiały im humoru.

Wszyscy łącznie z córką mieliśmy gorączkę i byliśmy ledwo przytomni. Po kolei dochodziliśmy do siebie z tym, że bobasy - głównie Igorka - trzymało najdłużej. W sobotę tak bałam się, że się odwodni, że byłam już gotowa wieźć go na kroplówkę do szpitala. Ustaliliśmy z mężem, że jak nie zacznie porządnie pić do niedzieli rano, to tak zrobimy. Próbowaliśmy nawet pojenia na siłę - strzykawką, ale efektem były kolejne wymioty. W końcu późnym wieczorem Rafałowi udało się go nakłonić do wypicia 2 butli - mojego mleka i Orsalitu. Pomogło smarowanie dziąseł Dentinoxem tuż przed.

Przez całą chorobę pili tylko: moje mleko, marchwiankę, naturalne mleko ryżowe bio i pod koniec ten Orsalit. Czasem zjedli parę łyżeczek domowego kleiku z pełnego ryżu z marchwianką albo Sinlacu na marchwiance. Z leków stosowaliśmy: Smectę - na samym początku oraz probiotyki - Lacidofil i Enterol - do dziś. Jednak chyba tylko podawanie tych ostatnich ma sens, bo, jak radziły doświadczone mamy z wegedzieciaka, tę zarazę należy po prostu przeczekać i nie hamować przebiegu choroby Smectą.

Dziś po raz pierwszy zjedli 2 solidne, stałe posiłki: rano - Sinlac na marchwiance, a wieczorem ugotowałam moim rekonwalescentom genmai. Podałam im przetarty przez sitko i lekko zagęszczony Sinlaciem. Zjedli dużo i mam nadzieję, że to oznacza początek normalnego jedzenia. (Jakby ktoś nie wiedział genmai to taka japońska zupa, którą podaje się nie tylko rekonwalescentom, ale także na śniadanie w klasztorach zen. "Genmai" znaczy naturalny ryż.)

Przepis na zupę genmai:

1 miarka naturalnego ryżu (najlepiej okrągłego)
10 miarek wody
1/2 miarki marchwi
1/2 miarki pietruszki
1/2 miarki selera bulwiastego albo naciowego
1/2 miarki pora albo cebuli
1/2 miarki białej rzodkwi

Wypłukany ryż zalać wrzątkiem i gotować pod przykryciem na wolnym ogniu przez godzinę. Potem dodać obrane, umyte i bardzo drobno posiekane warzywa (najlepiej pokroić je w kostkę o wielkości 2 ziaren ryżu). Gotować pod przykryciem na bardzo wolnym ogniu przez kolejne 4 godziny (najlepiej na płytce), mieszając od czasu do czasu. Podawać z sosem sojowym i gomasio.

Przepis na gomasio:

Sezam uprażyć na suchej patelni z 2 szczyptami soli. Kiedy trochę przestygnie grubo zmielić w młynku do kawy. Sezam może być biały lub czarny. Można też zastąpić go siemieniem lnianym. Ja najbardziej lubię gomasio z mieszanki tych 3 ziaren.

wtorek, 1 kwietnia 2008

end of flowers

Dziś są moje urodziny. I nie jest to bynajmniej primaaprilisowy dowcip. W tym roku obchodzę je w wyjątkowo nieurodzinowy sposób.

Tak naprawdę w związku z służbowym wyjazdem męża pierwsze życzenia i prezenty (tym razem klasyczne i kobiece, a nie myszkę na usb, słuchawki czy inne gadżety) przyjęłam już w nocy z niedzieli na poniedziałek - po powrocie z koncertu, który był dla mnie (dla nas?) jednocześnie podróżą sentymentalną. A to dlatego, że odbywał się w klubie dosłownie przez ścianę sąsiadującym z innym, w którym było nasze wesele.

A wczorajszy wieczór, a właściwie noc, spędziłam tłumacząc i odświeżając stronę przylotów lotniska Luton, żeby upewnić się czy ukochany wylądował cały i zdrowy.

Tej nocy chłopcy naprawdę przesadzili - najpierw karmienie Olafa tuż po północy, ale twardo wracam do pracy. Koło 2 rozmawiamy jeszcze chwilę z mężem przez telefon i idę spać o 2:30. Pierwsza pobudka - nie wiem o której -Olafek przesikał śpioszki. Więc szybko, sprawnie, po cichu i prawie w absolutnych ciemnościach tak, by nie obudzić Igorka, przewijam go i przebieram, a potem karmię i usypiam. Ale już o 4:40 - następna pobudka - Olafek powtarza akcję "mokre śpioszki". Ja powtarzam akcję ratunkową. Po wszystkim kładę się między nimi i zasypiając głaszczę Igorka. I co? I okazuje się, że on też ma mokre śpioszki! Powtarzam więc po raz 3 tę samą operację, ale tym razem budzą się obaj i trochę to trwa zanim uda mi się ich nakłonić z powrotem do spania - jeszcze długo po 5. opróżniają małe buteleczki z mlekiem ryżowym, a potem zadowoleni pomrukują "goje-goje" i leniwie przetaczają się po łóżku.

Szczęśliwie dają mi pospać aż do 9:30. Rano przewijam ich (Igorka znów muszę przebrać) i próbuję zdrzemnąć się jeszcze chwilkę. Przerywa mi dzwonek domofonu - gazownia. Idę otworzyć - pan z gazowni wprawdzie nie do mnie, ale sąsiadów nie ma, a ja jestem druga na liście, no i mam domofon, którego za cholerę nie umiem wyłączyć. Serwuję chłopakom mleko i znów próbuję się zdrzemnąć. Kolejny domofon - tym razem książki telefoniczne. Daję za wygraną i wstaję ze świadomością, że przez resztę dnia będę się czuć i wyglądać jak zombie.

Ranek spędzam jedząc na śniadanie bezglutenowe krakersy z margaryną i koncentratem pomidorowym, bo naprawdę po wczorajszych porządkach w lodówce nie zostało już nic innego na kanapki. Nie żebym miała coś przeciwko kanapkom z przecierem, są naprawdę smaczne, ale po prostu lubię mieć jakikolwiek wybór. I odbieram sms-y których się nie spodziewałam i nie jestem pewna, czy więcej wprowadzają w moje życie radości czy zamętu.

A, i dostałam też kwiaty - śliczny, żółto-zielony, wiosenny bukiet i herbacianą różę. Szkoda, że mamy szurniętego kota (chociaż może to on ma nas), który metodycznie i sadystycznie przegryza kwiatom łodyżki tuż przy główce i w związku z tym muszę je trzymać zamknięte w sypialni.

A zaraz robię sama sobie prezent urodzinowy i zmieniam kolor włosów. Po prawie 2 latach znów będę platynową blondynką, bo wolę pozować na słodką idiotkę niż na intelektualistkę. A na kogoś pozować przecież trzeba.