poniedziałek, 14 kwietnia 2008

co nas nie zabije, to nas wzmocni

Właśnie mija półtora tygodnia odkąd zachorowaliśmy na grypę żołądkową albo inny rotawirus.

Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłam wprowadzić do diety chłopaków pomidory, w związku z czym ugotowałam im pomidorówkę. Igorowi w ogóle nie smakowała, za to Olaf zjadł pełen głęboki talerz. Następnego dnia obudził się z głośnym stękaniem i jęczeniem, które zakończyły się bardzo dużą i śmierdzącą, pomidorową kupką. Robiłam sobie nawet wyrzuty, że zamiast wprowadzać nowe produkty stopniowo i ostrożnie, pozwoliłam mu pochłonąć za pierwszym razem taką ogromną porcję. Jednak wkrótce o tym zapomniałam, mimo, iż czułam, że w moim własnym brzuchu też dzieje się coś dziwnego.

Dopiero, kiedy następnego dnia Igor zwrócił całą zupkę warzywną, zrozumiałam, że dopadła nas zaraza. Potem było już coraz gorzej - Igor, mąż i ja rzygaliśmy jak koty. Chłopcom kupki wylewały się z pieluszek i śpioszków. Nie muszę chyba dodawać, że okropnie marudzili (Igor robi to do tej pory). A wyrzynające się w tym samym czasie ząbki nie poprawiały im humoru.

Wszyscy łącznie z córką mieliśmy gorączkę i byliśmy ledwo przytomni. Po kolei dochodziliśmy do siebie z tym, że bobasy - głównie Igorka - trzymało najdłużej. W sobotę tak bałam się, że się odwodni, że byłam już gotowa wieźć go na kroplówkę do szpitala. Ustaliliśmy z mężem, że jak nie zacznie porządnie pić do niedzieli rano, to tak zrobimy. Próbowaliśmy nawet pojenia na siłę - strzykawką, ale efektem były kolejne wymioty. W końcu późnym wieczorem Rafałowi udało się go nakłonić do wypicia 2 butli - mojego mleka i Orsalitu. Pomogło smarowanie dziąseł Dentinoxem tuż przed.

Przez całą chorobę pili tylko: moje mleko, marchwiankę, naturalne mleko ryżowe bio i pod koniec ten Orsalit. Czasem zjedli parę łyżeczek domowego kleiku z pełnego ryżu z marchwianką albo Sinlacu na marchwiance. Z leków stosowaliśmy: Smectę - na samym początku oraz probiotyki - Lacidofil i Enterol - do dziś. Jednak chyba tylko podawanie tych ostatnich ma sens, bo, jak radziły doświadczone mamy z wegedzieciaka, tę zarazę należy po prostu przeczekać i nie hamować przebiegu choroby Smectą.

Dziś po raz pierwszy zjedli 2 solidne, stałe posiłki: rano - Sinlac na marchwiance, a wieczorem ugotowałam moim rekonwalescentom genmai. Podałam im przetarty przez sitko i lekko zagęszczony Sinlaciem. Zjedli dużo i mam nadzieję, że to oznacza początek normalnego jedzenia. (Jakby ktoś nie wiedział genmai to taka japońska zupa, którą podaje się nie tylko rekonwalescentom, ale także na śniadanie w klasztorach zen. "Genmai" znaczy naturalny ryż.)

Przepis na zupę genmai:

1 miarka naturalnego ryżu (najlepiej okrągłego)
10 miarek wody
1/2 miarki marchwi
1/2 miarki pietruszki
1/2 miarki selera bulwiastego albo naciowego
1/2 miarki pora albo cebuli
1/2 miarki białej rzodkwi

Wypłukany ryż zalać wrzątkiem i gotować pod przykryciem na wolnym ogniu przez godzinę. Potem dodać obrane, umyte i bardzo drobno posiekane warzywa (najlepiej pokroić je w kostkę o wielkości 2 ziaren ryżu). Gotować pod przykryciem na bardzo wolnym ogniu przez kolejne 4 godziny (najlepiej na płytce), mieszając od czasu do czasu. Podawać z sosem sojowym i gomasio.

Przepis na gomasio:

Sezam uprażyć na suchej patelni z 2 szczyptami soli. Kiedy trochę przestygnie grubo zmielić w młynku do kawy. Sezam może być biały lub czarny. Można też zastąpić go siemieniem lnianym. Ja najbardziej lubię gomasio z mieszanki tych 3 ziaren.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

bryyy straszna opowieść rodem z horroru ... wiem bo czasem też przez celiakię rzygam jak kot oby Poli nic takiego nie złapało ....
zdrówka zdrówka !!