wtorek, 1 kwietnia 2008

end of flowers

Dziś są moje urodziny. I nie jest to bynajmniej primaaprilisowy dowcip. W tym roku obchodzę je w wyjątkowo nieurodzinowy sposób.

Tak naprawdę w związku z służbowym wyjazdem męża pierwsze życzenia i prezenty (tym razem klasyczne i kobiece, a nie myszkę na usb, słuchawki czy inne gadżety) przyjęłam już w nocy z niedzieli na poniedziałek - po powrocie z koncertu, który był dla mnie (dla nas?) jednocześnie podróżą sentymentalną. A to dlatego, że odbywał się w klubie dosłownie przez ścianę sąsiadującym z innym, w którym było nasze wesele.

A wczorajszy wieczór, a właściwie noc, spędziłam tłumacząc i odświeżając stronę przylotów lotniska Luton, żeby upewnić się czy ukochany wylądował cały i zdrowy.

Tej nocy chłopcy naprawdę przesadzili - najpierw karmienie Olafa tuż po północy, ale twardo wracam do pracy. Koło 2 rozmawiamy jeszcze chwilę z mężem przez telefon i idę spać o 2:30. Pierwsza pobudka - nie wiem o której -Olafek przesikał śpioszki. Więc szybko, sprawnie, po cichu i prawie w absolutnych ciemnościach tak, by nie obudzić Igorka, przewijam go i przebieram, a potem karmię i usypiam. Ale już o 4:40 - następna pobudka - Olafek powtarza akcję "mokre śpioszki". Ja powtarzam akcję ratunkową. Po wszystkim kładę się między nimi i zasypiając głaszczę Igorka. I co? I okazuje się, że on też ma mokre śpioszki! Powtarzam więc po raz 3 tę samą operację, ale tym razem budzą się obaj i trochę to trwa zanim uda mi się ich nakłonić z powrotem do spania - jeszcze długo po 5. opróżniają małe buteleczki z mlekiem ryżowym, a potem zadowoleni pomrukują "goje-goje" i leniwie przetaczają się po łóżku.

Szczęśliwie dają mi pospać aż do 9:30. Rano przewijam ich (Igorka znów muszę przebrać) i próbuję zdrzemnąć się jeszcze chwilkę. Przerywa mi dzwonek domofonu - gazownia. Idę otworzyć - pan z gazowni wprawdzie nie do mnie, ale sąsiadów nie ma, a ja jestem druga na liście, no i mam domofon, którego za cholerę nie umiem wyłączyć. Serwuję chłopakom mleko i znów próbuję się zdrzemnąć. Kolejny domofon - tym razem książki telefoniczne. Daję za wygraną i wstaję ze świadomością, że przez resztę dnia będę się czuć i wyglądać jak zombie.

Ranek spędzam jedząc na śniadanie bezglutenowe krakersy z margaryną i koncentratem pomidorowym, bo naprawdę po wczorajszych porządkach w lodówce nie zostało już nic innego na kanapki. Nie żebym miała coś przeciwko kanapkom z przecierem, są naprawdę smaczne, ale po prostu lubię mieć jakikolwiek wybór. I odbieram sms-y których się nie spodziewałam i nie jestem pewna, czy więcej wprowadzają w moje życie radości czy zamętu.

A, i dostałam też kwiaty - śliczny, żółto-zielony, wiosenny bukiet i herbacianą różę. Szkoda, że mamy szurniętego kota (chociaż może to on ma nas), który metodycznie i sadystycznie przegryza kwiatom łodyżki tuż przy główce i w związku z tym muszę je trzymać zamknięte w sypialni.

A zaraz robię sama sobie prezent urodzinowy i zmieniam kolor włosów. Po prawie 2 latach znów będę platynową blondynką, bo wolę pozować na słodką idiotkę niż na intelektualistkę. A na kogoś pozować przecież trzeba.

Brak komentarzy: