piątek, 23 maja 2008

is this the role that you wanted to live

Ten post powstał o godzinie 03:05 po usypianiu ząbkujących bliźniąt, a w dłuższej perspektywie po blisko rocznej, całodobowej, nieprzerwanej opiece nad bliźniętami, co do pewnego stopnia tłumaczy jego tendencyjność i subiektywizm.

Mówi się, że kobiety są dzielniejsze i bardziej odporne na ból niż mężczyźni. Że w ich życiu jest więcej cierpienia - chociażby comiesięcznych zmagań z pmsem i bóli miesiączkowych. Że mężczyźni nie znieśliby trudów ciąży, bóli porodowych i dolegliwości połogu. Nie jestem o tym do końca przekonana, ponieważ w kryzysowych sytuacjach często potrafią się zmobilizować, zacisnąć zęby i być prawdziwymi twardzielami.

Ale nie to we współczesnym macierzyństwie jest największym wyzwaniem. Wyobraźcie sobie faceta, którego całe życie zostaje na kilka miesięcy albo i lat wywrócone do góry nogami. Jeżeli jest zapalonym wędkarzem, zabierzcie mu wędkę; jeśli klubowiczem - niech wieczory spędza w cichym domu; a jeśli kibicem - nie pozwólcie mu oglądać absolutnie żadnych meczów. Jeśli jest prezesem, niech zostanie sprzątaczem; a jeśli artystą - niech będzie kasjerem. Niech wykonuje codziennie setki powtarzalnych, niestymulujących intelektualnie czynności, których efekty są widoczne zaledwie przez kilka minut lub godzin. I niech za tę pracę nie spotyka się z uznaniem, a co najwyżej ze współczuciem często graniczącym z litością. I niech nikt mu za nią nie płaci. Niech zostanie pozbawiony nie tylko własnych pieniędzy na swoje drobne przyjemności, ale również czasu na ich przeżywanie. A do tego dodajcie utratę tego co stanowi o jego czysto zewnętrznej, społecznie postrzeganej atrakcyjności - niech to w jego przypadku będzie powiedzmy - utrata umieśnionej sylwetki albo wypasionego samochodu. I oczywiście zabierzcie mu też ewentualne pasje i używki, w które mógłby próbować uciec przed tą frustracją.

Nasza kultura jest patriarchalna i żadna walka o równouprawnienie tego nie zmieni, dokąd (również my - kobiety) najwyżej cenimy męskie przymioty i wartości. Dokąd nie zaczniemy oddawać czci wielo-cycatej, grubej i opiekuńczej bogini płodności, zamiast mądrych, siwowłosych bogów, ewentualnie natchnionych, medytujących proroków. Walczymy o równouprawnienie, by móc robić to co mężczyźni. Nie walczymy o to, by to co kobiece było równo cenione, bo same też tego nie cenimy. Kobiece ikony naszej kultury, to wszak: topmodelka lub co najwyżej bizneswoman, a nie matka karmiąca i wycierająca nosy i pupy licznego potomstwa.

Wszystko co wyżej napisałam nie zmienia jednak faktu, że uważam bycie matką za jedną z najlepszych dróg rozwoju osobowości i duchowości. I właśnie będąc istotą na tej drodze zdaję sobie sprawę, że mam prawo czuć to co czuję w przerwach pomiędzy zatapianiem się w słodyczy macierzyństwa.

poniedziałek, 19 maja 2008

meat is murder

Po pół rocznej przerwie wybraliśmy się z wizytą do rejonowej poradni. Rozmowę, którą tam odbyliśmy przytaczam poniżej, ku pokrzepieniu serc innych wegańskich i wegetariańskich rodziców.

Po rutynowym badaniu i ważeniu pani doktor zagaiła:
- A czy z jedzeniem wszystko ok?
- Tak - odparłam, krótko. (Nie chciałam wchodzić w szczegóły, pamiętając, że wegetarianizm, a tym bardziej weganizm, to drażliwy temat w gabinecie twardogłowego lekarza).
- To znaczy? - drążyła pani doktor.
- Stopniowo zaczynają jeść to co my z wyjątkiem ciężkostrawnych rzeczy.
- A czy codziennie dostają mięsko?
- Nie - odparłam zgodnie z prawdą. (Szczerze mówiąc zszokował mnie pomysł podawania nawet mięsożernemu maluchowi w tym wieku codziennie porcji mięsa).
- To jak często dostają mięsko? - nie dawała za wygraną pani pediatra.
Zapadła chwila ciszy. Popatrzyliśmy z Rafałem na siebie i w końcu on się odezwał:- W ogóle. My nie jemy mięsa - jesteśmy wegetarianami.
Teraz z kolei lekarka milczała, najwyraźniej zaniepokojona tą informacją.- I są Państwo zdecydowani wychowywać dzieci w ten sposób? - odezwała się w końcu.
- Tak.
- Są Państwo absolutnie pewni?
- Tak. - Widząc jej minę, przejęłam inicjatywę i wytoczyłam najcięższe działo - Już jedno dziecko "w ten sposób" wychowałam. Ma 15 lat i wszystko jest w porządku.
- Acha. A czym zastępują Państwo mięso?
- Strączkowymi, bo na soję to jeszcze chyba za wcześnie. (Chciałam powiedzieć, że zawiera za dużo białka, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język, bo taka uwaga mogłaby wywołać jeszcze większą konsternację.) - Po podaniu tofu zaobserwowaliśmy u nich reakcję alergiczną, więc na razie się wstrzymaliśmy.
Jest wysoce prawdopodobne, że lekarka nie wiedziała, co to tofu, ale szybko zmieniła temat, pytając: - A czy jedzą jajko?
Tym razem odezwał się Rafał przytomnie zauważając, że na jajko to chyba jeszcze za wcześnie.
- Ale to dlaczego? - zdziwiła się pani doktor.
- Bo są alergikami. Cała nasza rodzina jest obciążona alergią. - wyjaśniłam.
Pani doktor pokiwała głową i zapytała: - To czego jeszcze nie jedzą?
- Cytrusów i glutenu. (Jakoś - naprawdę niechcący - zapomniałam wspomnieć o nabiale - pewnie dlatego, że chciałam jak najszybciej zakończyć tę nie prowadzącą donikąd dyskusję).
- Ale dlaczego glutenu? Jakie były objawy? - pani doktor była nieustępliwa.
- Nie było żadnych objawów. Mamy prywatnego lekarza, z którym konsultujemy dietę chłopców i to on zalecił nie wprowadzanie glutenu do ich diety w pierwszym roku życia.
Dopiero ta wiadomość uspokoiła pediatrę. I wreszcie mogliśmy zmienić temat rozmowy.

niedziela, 18 maja 2008

oh your hair is beautiful

Olaf przechodzi drugie w swoim krótkim życiu przeziębienie. Ma duży katar i kaszel, ale byliśmy w piątek na osłuchaniu i na szczęście to nic poważnego. Igor gorączkował jedną noc i miewa mały katar, ale to chyba od zębów, bo akurat przebija mu się drugi trzonowiec. W ciągu dnia po każdym ataku kaszlu Olafa, pokasłuje "ehe, ehe", żeby zwrócić na siebie uwagę. Co ciekawe, nigdy nie zarażają się od siebie, no może za wyjątkiem grypy żołądkowej, ale wtedy byliśmy chorzy całą piątką. Kiedy Olaf zimą przechodził pierwsze w życiu przeziębienie, próbowałam ich izolować, ale kiedy zobaczyłam, że śpią przytuleni w łóżku, a ja mylę ich smoczki i nic się nie dzieje, dałam sobie spokój.

Igor, mimo iż właściwie od urodzenia pija mniej mojego mleczka i jest o cały kilogram szczuplejszy od brata, wydaje się bardziej odporny. Z kolei Olaf wyprzedza go w rozwoju motorycznym - pierwszy zaczął pełzać, raczkować, stawać i siadać. Do tej pory porusza się szybciej i rzadziej wywraca. Jedyna umiejętność ruchowa, której w przeciwieństwie do brata nie posiadł, to schodzenie tyłem z materaca. Obaj są bardzo sprawni manualnie, ale to Igor rwie się do samodzielnego jedzenia - do tego stopnia, że ostatnio wyjmuje sobie z buzi, to czym go karmię, obraca w łapkach, ogląda i wkłada spowrotem. Jest też mistrzem "paluszkowego" jedzenia: spaghetti, szparagów, chrupków, pieczywa ryżowego, suszonych moreli i ogórków małosolnych. Jest też bardziej elokwentny - ostatnio zaczął mówić na kota "cici-cici" (od "kici-kici"). Nauczył się też wyciągać łapki do góry, nie tylko po to, żeby pokazać jaki jest duży, ale po to, żeby wziąć go na ręce. Olaf z kolei na sobotnim spacerze ściągnął na siebie uwagę 2 nastolatek (sic!) zakrywając głowę kocykiem i odkrywając z uśmiechem. Byłam z niego dumna, kiedy usłyszałam jak jedna z dziewcząt mówi do koleżanki "Spójrz, co ten mały chłopiec w wózku robi!".

A w ogóle to zauważyłam, że myśląc i mówiąc o chłopcach, definiuję ich głównie przez różnice między nimi. Ale taki już chyba urok bycia mamą bliźniąt. A propos uroków posiadania mnogiego potomstwa: w sobotę byliśmy z chłopcami po warzywa na bazarku. Akurat przepychałam nasz podwójny, czarny wózek alejką między straganami, kiedy zrobił się korek. Z naprzeciwka nadjeżdżały dwa, identyczne, czerwone, bliźniacze wózki, w jednym siedziały na oko 2,5-roczne śliczne dziewczynki, a w drugim - chłopcy. Pierwszy wózek pchał mężczyzna, a drugi kobieta, która z uśmiechnęła się do mnie i zaproponowała "Pani pojedzie z nami - wszyscy będą się pytać, czy to sześcioraczki".

Niedługo minie rok jak siedzę z chłopcami w domu (chociaż "siedzenie" w tym przypadku to eufemizm). Bywa ciężko, mimo, iż od 2 miesięcy mam do pomocy opiekunkę, która zajmuje się nimi po kilka godzin 2 razy w tygodniu. Nota bene, ona sama powiedziała mi ostatnio, że zajmowanie się naszymi chłopcami jest dużo trudniejsze niż zajmowanie się 3 dzieci urodzonych rok po roku, z którymi pracowała poprzednio. (Zresztą ja również pracowałam kiedyś jako au pair i miałam czworo podpiecznych w wieku od 5 miesięcy do 8 lat i w pełni zgadzam się z opinią, że bliźnięta są bardziej wymagające.) W przeciwieństwie do opieki nad jednym dzieckiem, kiedy moim głównym problemem była nuda, obecnie w moim życiu dominuje zmęczenie. Ta sytuacja ma jednak swoje niezaprzeczalne plusy - po pierwsze, ludzie wiele mi wybaczają jako mamie bliźniąt - mogę o czymś zapomnieć, mieć w domu bałagan, zamawiać gotowe jedzenie i chodzić do obiadu w piżamie, a i tak spotykam się z wyrazami podziwu. Mogę farbować włosy na dowolny kolor i ubierać się jak mi się żywnie podoba, bo nie muszę chodzić do biura. No i jestem o 3 kg chudsza niż przed ciążą (wtedy i tak byłam chuda), ale dzięki temu moje ukochane jeansy, w które wtedy ledwo się wbijałam są całkiem luźne.

Nie byłabym sobą (czyt. klasyczną meteopatką), gdybym nie wspomniała, co sądzę o tej pogodzie - mam dość! Kocham wiatr, kocham burze, ale niech, na rany Buddy, będzie gorąco. I dlatego właśnie męczę męża, żebyśmy przeprowadzili się na południe Europy - najlepiej nad Morze Śródziemne.

niedziela, 4 maja 2008

riders on the storm

Bobasy nieustannie robią postępy. Coraz rzadziej pełzają, coraz częściej raczkują i wstają przy meblach. Robią też pierwsze, nieśmiałe kroki z podparciem. W zeszłym tygodniu dosłownie mnie zatkało, kiedy Igor widząc, że przygotowuję im jedzenie, podpełzł do mnie, pociągnął za nogawkę i powiedział "da am". Moje zaskoczenie mogło się równać tylko z tym, kiedy moja niespełna dwuletnia wówczas córka zamiast standardowych dziecięcych bohomazów narysowała człowieka.

Chłopcy zafundowali nam fajny długi weekend. Przez dwa dni jedli tylko 3 stałe posiłki dziennie i długo spali w nocy - w piątek aż do 10:40! Poza tym w środę w nocy zostali z moją mamą i nie sprawiali kłopotu. A nam udało się wyjść na feministyczną imprezę przez 2 dni pod rząd. Nie były to dla mnie zbyt udane wyjścia, zwłaszcza, że pomiędzy nimi spałam tylko 3,5 godziny, ale fakt pozostaje faktem. Moja wolność nie została bezpowrotnie utracona, chociaż zawsze po pojawieniu się dziecka tak mi się wydaje.

Rafał właśnie kończył składać drugie łóżeczko i zorientowaliśmy się, że nie kupiliśmy drugiego materacyka, więc na razie bobasy testują jedno, ale za to maksymalnie obniżone. Mam ambitny plan nauczenia ich w najbliższym czasie: spania w łóżeczkach, picia wody przez słomkę (za radą dobrych cioć z wegedzieciaka) i robienia kupek na nocniki. Przydałoby się również rozpocząć naukę samodzielnego jedzenia, ale nie wydają się do tego gotowi. Ilość rzeczy, których trzeba ich nauczyć czasem mnie przeraża. Ale kiedy patrzę na moją 15-letnią córkę, widzę, że nie jest tak źle - nie tylko sama je i ubiera się, ale umie też smacznie gotować i trochę szyć.

Inne rodziny wiosną rozpoczynają sezon grillowy, u nas dziś rozpoczął się sezon szparagowy i małosolno-ogórkowy. (Chociaż uważam się za feministkę, potrafię zrobić domowe ogórki małosolne, budyń i kisiel, a odkąd skończyłam 30 lat zdarza mi się nawet uprawiać zioła w doniczkach). Chłopcy razem z nami jedli na obiad zielone szparagi (których jestem zagorzałą fanką i o których wyższości nad białymi mogłabym napisać rozprawę). Igor jadł je nawet sam - trzymając w łapce jak chrupka. W ogóle dziś jedliśmy wspólnie obiad (poza tym dostali ryż i botwinkę), z tym, że ponieważ ich karmiłam, zjadłam zimny.

Podsumowując, jestem coraz bardziej optymistycznie nastawiona do życia. Szczególnie dobrze nastawiają mnie majowe burze i zapach pierwszych bzów.