poniedziałek, 19 maja 2008

meat is murder

Po pół rocznej przerwie wybraliśmy się z wizytą do rejonowej poradni. Rozmowę, którą tam odbyliśmy przytaczam poniżej, ku pokrzepieniu serc innych wegańskich i wegetariańskich rodziców.

Po rutynowym badaniu i ważeniu pani doktor zagaiła:
- A czy z jedzeniem wszystko ok?
- Tak - odparłam, krótko. (Nie chciałam wchodzić w szczegóły, pamiętając, że wegetarianizm, a tym bardziej weganizm, to drażliwy temat w gabinecie twardogłowego lekarza).
- To znaczy? - drążyła pani doktor.
- Stopniowo zaczynają jeść to co my z wyjątkiem ciężkostrawnych rzeczy.
- A czy codziennie dostają mięsko?
- Nie - odparłam zgodnie z prawdą. (Szczerze mówiąc zszokował mnie pomysł podawania nawet mięsożernemu maluchowi w tym wieku codziennie porcji mięsa).
- To jak często dostają mięsko? - nie dawała za wygraną pani pediatra.
Zapadła chwila ciszy. Popatrzyliśmy z Rafałem na siebie i w końcu on się odezwał:- W ogóle. My nie jemy mięsa - jesteśmy wegetarianami.
Teraz z kolei lekarka milczała, najwyraźniej zaniepokojona tą informacją.- I są Państwo zdecydowani wychowywać dzieci w ten sposób? - odezwała się w końcu.
- Tak.
- Są Państwo absolutnie pewni?
- Tak. - Widząc jej minę, przejęłam inicjatywę i wytoczyłam najcięższe działo - Już jedno dziecko "w ten sposób" wychowałam. Ma 15 lat i wszystko jest w porządku.
- Acha. A czym zastępują Państwo mięso?
- Strączkowymi, bo na soję to jeszcze chyba za wcześnie. (Chciałam powiedzieć, że zawiera za dużo białka, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język, bo taka uwaga mogłaby wywołać jeszcze większą konsternację.) - Po podaniu tofu zaobserwowaliśmy u nich reakcję alergiczną, więc na razie się wstrzymaliśmy.
Jest wysoce prawdopodobne, że lekarka nie wiedziała, co to tofu, ale szybko zmieniła temat, pytając: - A czy jedzą jajko?
Tym razem odezwał się Rafał przytomnie zauważając, że na jajko to chyba jeszcze za wcześnie.
- Ale to dlaczego? - zdziwiła się pani doktor.
- Bo są alergikami. Cała nasza rodzina jest obciążona alergią. - wyjaśniłam.
Pani doktor pokiwała głową i zapytała: - To czego jeszcze nie jedzą?
- Cytrusów i glutenu. (Jakoś - naprawdę niechcący - zapomniałam wspomnieć o nabiale - pewnie dlatego, że chciałam jak najszybciej zakończyć tę nie prowadzącą donikąd dyskusję).
- Ale dlaczego glutenu? Jakie były objawy? - pani doktor była nieustępliwa.
- Nie było żadnych objawów. Mamy prywatnego lekarza, z którym konsultujemy dietę chłopców i to on zalecił nie wprowadzanie glutenu do ich diety w pierwszym roku życia.
Dopiero ta wiadomość uspokoiła pediatrę. I wreszcie mogliśmy zmienić temat rozmowy.

1 komentarz:

jiivan pisze...

A nie mówiła nic o takich konsekwencjach jak niedorozwój mózgu i praktycznie zagwarantowanych kłopotach z chodzeniem? Widocznie jest jednak jakiś postęp w zbiorowej świadomości. :-)