poniedziałek, 30 czerwca 2008

zabawki

Przestaję karmić piersią po 13 miesiącach. Mam mieszane uczucia - zdaje się, że targają mną hormony. Igorkowi chyba jest wszystko jedno, bo i tak od bardzo dawna dostawał moje mleko tylko z butelki. Olafek właściwie się nie dopomina, ale na przykład wczoraj nad ranem obudził się z wielkim płaczem i nie chciał ani smoczka ani butelki. Uspokoił się dopiero, kiedy go nakarmiłam, chociaż już od 2 dni tego nie robiłam. Karmienie piersią jest naprawdę luksusem zwłaszcza w nocy - nie trzeba wstawać, iść do kuchni i szykować mleka, nie trzeba czekać aż maluch wypije, żeby zabrać mu butelkę. Niestety przy chłopcach od początku walczyłam z laktatorem, a potem z butelkami. Gdyby nie to, pewnie jeszcze bym ich pokarmiła.

Z nowości kulinarnych - chłopcy zasmakowali w pesto. Bardzo się cieszę, bo ja również je uwielbiam, no i okazało się, że jego przyrządzenie jest banalnie proste. Aż się zastanawiam po co przez tyle lat czytałam te wszystkie etykietki poszukując (najczęściej bezskutecznie) pesto bez sera.

Pesto:
pęczek bazylii
1/2 szklanki oliwy ekstra virgin
2 łyżki nasion słonecznika
3 ząbki czosnku
sól

Bazylię umyć i obrać z łodyżek. Czosnek obrać. Wszystkie składniki zemleć na pastę w blenderze. Można je przechowywać w słoiku w lodówce, ale wtedy najlepiej nalać na wierzch cienką warstwę oliwy.
Tak więc przepis jest banalnie prosty. A możliwości jego modyfikacji jest mnóstwo - można zamiast bazylii użyć rukoli albo natki pietruszki. Zamiast słonecznika - orzeszków pinii albo innych orzechów. Można też zrobić czerwone pesto z suszonych pomidorów.

Ulubione zabawki to ostatnio te, którymi właśnie bawi się brat. Ponieważ chłopcy wyrośli już ze spokojnego podziwiania zabawek i chcą wszystkiego dotknąć, wszystkim stuknąć, wszystko pchać - trwa nieustająca przepychanka. Najlepiej sprawdzają się jak zwykle tradycyjne, proste zabawki. Jedynym wyjątkiem od tej reguły była żyrafa Fisher Price z kuleczkami, która zajmowała ich przez dobre 3 miesiące. Teraz królują bączki, które dostali od babci na pierwsze urodziny oraz bańki mydlane od siostry. Jest to bardzo absorbujące ponieważ, i jedne, i drugie potrafią tylko łapać, a od nas oczekują, że będziemy je puszczać, ale za to śmiechu jest co niemiara. Bardzo lubią też dużą wywrotkę Wadera. na którą umieją już sami wchodzić i domagają się wożenia w niej. Ponieważ nie pozwalamy im ruszać naszych laptopów, do łask wrócił ich laptop-zabawka V-Tech. Niestety jest tak mały, że zderzają się przed nim głowami, a poza tym, kiedy jeden chce uderzać w klawiaturę, drugi z reguły chce go akurat zamknąć i odwrócić do góry nogami. Podobnie jest z cymbałkami Little Tikes. Ale to dzięki nim przypomniałam sobie o piosence "Mary Had a Little Lamb" i w sieci znalazłam wszystkie jej zwrotki.

To znak czasów, że większość piosenek, które im śpiewam jest po angielsku. Kilka jest wprawdzie polskich i dwie francuskie, ale chętnie poznałabym więcej rodzimych. Chciałabym śpiewać im też w innych językach, które z grubsza znam. Dotarcie do tekstów w sieci nie jest problemem. Ale trzeba znać melodię i tu zaczynają się schody.

piątek, 27 czerwca 2008

chłopaki-słodziaki

Wreszcie mam szansę na jakiś godziwy zarobek, który da się (bez bólu) połączyć z wychowaniem jednego dorastającego i dwójki małych dzieci - tłumaczenia. Bo mój vintage online, to tylko sposób na ukojenie artystycznej duszy.

Wczoraj przed snem bawiłam się z chłopcami i pokazywałam im jak robić "brawo, brawo". I Olafek położony już w łóżeczku, nie mógł zasnąć, bo ciągle układał rączki do klaskania.

Dziś na placu zabaw, nie było już tak łatwo jak zazwyczaj. Wpięłam Olafka w huśtawkę z pasami. Ale Igorka nie mogłam w piaskownicy nawet na chwilę zostawić, bo dochodził do obmurowania i usiłował rzucić się z niego na główkę. Więc przyszliśmy do niego z Olafem, który niestety nadal bardzo brzydzi się piasku. I chociaż założyłam mu skarpetki i butki, dotknął piasku rękami i znów był płacz. Nie wiem, co to będzie, jak wyjedziemy nad morze.

W ramach przygotowań do wakacji, wystawiliśmy chłopcom na taras plastikową piaskownicę wypełnioną wodą. (O nadmuchiwanym basenie w obecności naszego kota oraz drugiego, czarnego z sąsiedztwa, możemy tylko marzyć). Bobasy fajnie się chlupią - nawet dwa razy dziennie, (a do tego jeszcze wieczorne szaleństwo w wannie). Wkrótce wybierzemy się na prawdziwy, duży basen.

A jeśli chodzi o jedzonko, ostatnio królują u nas młode ziemniaki z tłuszczem palmowym i koperkiem oraz botwinka ze śmietanką ryżową. Cały czas próbuję nakłonić chłopców do picia wody. Niestety połowa zostaje wypluta na dekolt - dobrze, że jest ciepło i szybko paruje. Dziś rano dostali na śniadanie kaszkę kukurydzianą z tartym jabłkiem. Zanim ją wymieszałam, dałam im spróbować trochę soku jabłkowego i byli zachwyceni. Więc może skapituluję i zacznę dawać im soczek z jabłek?

A wśród zabaw prym wiedzie "a, kuku!". Potrafią już bawić się w to we dwóch i zaśmiewają się przy tym do rozpuku.

środa, 25 czerwca 2008

choose life

Mój ukochany właśnie o północy pojechał z powrotem do pracy gasić pożar. A ja siedzę na tarasie i udaję, że jest ciepło - w końcu teraz mamy najkrótsze noce w roku. I kiedy tak siedzę coraz częściej marzy mi się, żeby naprawdę było ciepło, bo kocham upały. I żeby dookoła było więcej fontann, i żeby częściej można było oglądać sztuczne ognie, i spacerować wieczorami po mieście. I żeby nie trzeba było siedzieć w pracy po nocach i być na każde zawołanie, żeby utrzymać rodzinę. No i żeby nikt się nie dziwił, kiedy chce się w knajpie zamówić coś wegańskiego, (że nie wspomnę o wegańskich sojowych serach i jogurtach, których w Polsce praktycznie nie można dostać). Nie wiem, czy są takie miejsca na ziemi, ale zawsze najbliższe raju wydawało mi się wybrzeże Morza Śródziemnego. No i chociaż jestem wielką fanką Warszawy, coraz częściej myślę o tym, żeby stąd na parę lat wyjechać w stronę słońca. Jestem bardzo zadowolona ze swojego życia - jest super - mieszkam z ludźmi, których kocham i którzy mnie kochają w ładnym miejscu. Ale przecież można mieć jakieś marzenia? Inni marzą o domach z ogródkiem, lepszej pracy albo nowszych samochodach. A ja marzę, żeby moje życie tu i teraz było jeszcze fajniejsze.

środa, 18 czerwca 2008

wizyta u lekarza

Byłam z chłopcami u naszej pani doktor - Ewy Pietkiewicz-Rok. Powiedziała, że jeszcze nie widziała takich zdrowych dzieci - aż sama się zdziwiła. Mogą już jeść gluten, a ich dieta nie budzi żadnych zastrzeżeń. Oczywiście bardzo się ucieszyłam, tym bardziej, że to samo powiedziała oglądając wyniki szczegółowych badań starszej córki. Powiedziałam jej nawet, że to wielka satysfakcja dla kury domowej. No bo czym innym miałabym mierzyć swój sukces, jak nie tym, żeby moje dzieci były zdrowe i szczęśliwe?

Chłopcy na nowo odkryli przyjemność z jazdy samochodem. Olaf, który waży już ponad 9 kg, siedzi przodem i wyciąga szyję, żeby coś widzieć, Igorowi niestety na razie pozostaje podziwianie nieba przez tylną szybę. Wreszcie możemy pozwolić sobie na spontaniczność. Oczywiście jest ona ograniczona, ale robimy coraz dłuższe wyprawy zarówno wózkiem, jak i samochodem. Oczywiście na drogę trzeba zawsze spakować mnóstwo ubranek, pieluch i jedzenia, ale radości jest co niemiara. Szczerze mówiąc, sama zastanawiam się, dlaczego tak długo nigdzie się z dziećmi nie wybieraliśmy. Ze starszą córką byłam na koncercie Iggy Popa, kiedy miała 3 miesiące, a kiedy skończyła 5 pojechaliśmy nad Bałtyk. A z chłopakami dopiero po raz pierwszy byliśmy u mojej mamy - 24 km od nas. Było fajnie, bo jest tam pies i kot i mnóstwo miejsca do raczkowania. Jakoś dużo bardziej boję się o ich komfort i bezpieczeństwo - to się chyba nazywa starość. No, ale teraz już nie mamy wyjścia, ponieważ jesienią wybieramy się na dalekie wakacje samolotem, musimy przyzwyczajać ich do podróży i nowych wrażeń. A propos, ostatnio na spacerze po raz pierwszy zobaczyli fontannę i bardzo dużo do niej mówili.

Jakoś odkąd skończyli rok zaczęli też sypiać w swoich łóżeczkach. Śpią chyba nawet spokojniej, bo nie zdarza się już, że Igorek przetacza się na śpiącego Olafka lub, co gorsza, zrzuca go z materaca. Ja natomiast sypiam dużo gorzej, bo ciągle czujnie nasłuchuję, czy nie kręcą się w łóżeczkach. Wczoraj prawie w ogóle nie spałam, ale tłumaczę sobie, że to przez pełnię księżyca.

sobota, 7 czerwca 2008

dzieci

Kochany mąż wrócił po 2 dniach z delegacji - ufff. Ostatnio, kiedy długo jestem z bobasami sama, ratują mnie jedynie spacery, ale pod 2 warunkami: albo chłopcy śpią, albo coś ciekawego musi się dziać. Dzisiaj przez 40 min (sic!) podziwialiśmy śmieciarkę, która opróżniała osiedlowy śmietnik w strasznym huku i smrodzie przesypując zawartość kontenerów do swojego przepastnego brzucha. Chłopcy byli zachwyceni, ja - mniej. Otuchy dodał mi widok innej matki, która zatrzymała się na przeciwległym chodniku z kilkumiesięczną dziewczynką w wózku i, na oko, 2-letnim chłopcem luzem. w tym samym celu. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, roześmiałyśmy się w głos.

Pouczające są również rozmowy, które odbywam na licznych placach zabaw, ale bynajmniej nie z innymi matkami, aecz z ich dziećmi. Wczoraj miałam niewątpliwa przyjemność poznać niejakiego Kamila. Co do wieku nie mam pewności. Kiedy zapytałam "ile masz lat?" pokazał 4 palce i powiedział "pięć". Niemniej był to osobnik sympatyczny i elokwentny. Przysiadł się do mnie, kiedy Igor smacznie drzemał w wózku, a ja na ławce próbowałam obcinać Olafowi paznokcie. Zapytał "czemu ma Pani termometr?". Kiedy wyjaśniłam, że to tylko obcinacz do paznokci, pytał dalej: "ale on to jeszcze po ludzku mówić nie umie?" wskazując na Olafa. Pokazał mi swoją pracę - witraż z przedszkola. I podczas całej rozmowy zerkał na mnie z ukosa. W końcu zebrał się na odwagę i wyznał "bo ja jeszcze nigdy nie spotkałem kobiety o fioletowych włosach". Podsumowując był przemiły - zaofiarował się nawet pokazać Olafowi biedronkę, jeśli ten ostatni z nim pójdzie. Często spotykam się również ze śmiechem ze strony małych dzieci "o jaki śmieszny wózek - jaki duży! A nie to są 2 wózki" albo "ojej, 2 dzidzie - ja nie mogę!".

piątek, 6 czerwca 2008

post-atomowa rodzina

W ubiegłą niedzielę, w Dzień Dziecka chłopcy obchodzili swoje pierwsze urodziny. Spędziliśmy je głównie na placu zabaw - ze względu na nich i trochę w pobliskiej restauracji - ze względu na nas, a raczej nasze żołądki. Była nas siódemka: chłopaki, my tzn. rodzice, Weronika - ich przyrodnia siostra oraz moja kuzynka z 4-letnim synem.

Moja mama złożyła im życzenia w czwartek i potem się już nie odezwała, ponieważ wyjechała na ślub mojej siostry, który odbył się w sobotę na Mazurach. Próbowałam przekonać ją, żeby w niedzielę po południu pojawiła się jednak u nas, ale powiedziała, że musi zostać na poprawinach, "bo inaczej rodzina pana młodego się na nią obrazi". Najwyraźniej zdaje sobie sprawę, że my się na nią nie obrazimy. Moja córka, Weronika też była na tym ślubie i weselu, ale na szczęście postawiła sobie za priorytet być na urodzinach braci.

Nota bene, moja siostra ustalając datę ślubu nie tylko nie wzięła pod uwagę pierwszych urodzin swoich jedynych siostrzeńców, ale również umknął jej fakt, że nasz brat właśnie w tym czasie miał zostać ojcem. Nie muszę chyba dodawać, że, ani my, ani mój brat z małżonką i 3-tygodniową córeczką nie wybraliśmy się na to wesele oddalone o kilkaset kilometrów.

Druga babcia w ogóle się nie odezwała, że nie wspomnę już o obu dziadkach i cioci - świeżo upieczonej mężatce. Na pocieszenie dodam, że mój brat - wujek i świeżo upieczony ojciec - zadzwonił wieczorem z życzeniami dla jubilatów.

Pamiętam z dzieciństwa jak moja mama z przekąsem mówiła o powtórnych małżeństwach, w których są dzieci "twoje, moje i nasze". Sama żyję w takim związku tzn. mamy dziecko moje i dzieci nasze. Ale ponieważ oboje pochodzimy z "rozbitych rodzin", problem się pogłębia i dotyka już nie tylko nas, ale niestety również relacji dziadkowie - wnukowie. Dodam jeszcze, że moja kuzynka, ta z 4-letnim synkiem, jest samotną matką. Nie pozostaje mi chyba nic innego jak uznać to wszystko za smutny znak naszych czasów i mieć nadzieję, że jednak uda nam się wychować nasze dzieci do życia w funkcyjnych rodzinach, że założą szczęśliwe i trwałe stadła, a my będziemy dla naszych wnuków dobrymi babciami i dziadkami.