piątek, 18 lipca 2008

e un mondo dificile

Byłam na koncercie Manu Chao. Podobało mi się trochę mniej niż za pierwszym razem w Wawie, bo cała impreza była trochę zbyt komercyjna jak dla mnie - ogromny spęd 2 tysięcy ludzi z różnych parafii, telebimy, dużo ochroniarzy itp. Ale i tak było super. Miejsce magiczne - wyspa Piaskowa na Odrze. Księżyc świecił zza chmur (" Arriba la luna Ohea..."), dookoła wznosiły się chmury marihuany i baniek mydlanych, małe dzieci tańczyły na trawie. Grał dużo lżej niż się spodziewałam i tak się zastanawiam, ile osób rozumiało o czym śpiewa, bo na dedykację piosenki "dla największego terrorysty świata, prezydenta Stanów Zjednoczonych" oraz prośbę "Poland, don't sell your soul to Bush" widownia reagowała dużo słabiej niż na frazę "marijuana ilegal". Niestety nie zagrał "Politik Kills", a aranżacja "Raining in Paradise" nie przypadła mi do gustu. I jak idiotka wystroiłam się w mini i do dziś leczę nogi pogryzione przez komary, ale warto było.

Brak komentarzy: