poniedziałek, 7 lipca 2008

such a perfect day

Przestawiam chłopców na jedną drzemkę dziennie. Do tej pory Igorek sypiał dwa razy, a Olafek - jeden. Ta druga drzemka zdarzała się późnym popołudniem i efekt był taki, że potem nie mogli usnąć do jedenastej, dwunastej w nocy. Próby eliminacji drugiej drzemki spełzły na niczym. Padali przed dziewiątą i około dziesiątej potrafili obudzić się z nową porcją energii. Dopiero zmiana godzin dziennego snu przyniosła pożądany skutek - teraz zamiast spać w południe - po śniadaniu, idą spać dopiero po lunchu około czternastej, piętnastej. Skończyło się też spanie na spacerze, bo tam często zdarzało się, że coś ich niespodziewanie budziło. Po lunchu wkładam ich do łóżeczek. Igorek zasypia od razu, bo potrzebuje więcej snu. Olafek czasem chce się jeszcze trochę pobawić, czasem pije jeszcze mleczko. Wstają zwykle razem, a jeśli Olafek nadal śpi, bawimy się z Igorkiem w pobliżu, aż się przebudzi. Śpią krótko - godzinę albo półtorej. Dopiero potem idziemy na spacer i jemy obiad. Wieczorem, po kolacji i kąpieli - około dziewiątej dostają mleczko, ale po jego wypiciu zwykle chcą jeszcze poszaleć - Igor podskakuje na naszym materacu, a Olaf rzuca się na poduszki. To urocze chwile. Zazwyczaj pozwalam im jeszcze bawić się, ale tylko w sypialni, żeby za bardzo nie pobrudzili piżamek. Potem dopijają swoje mleczka, albo dostają nowe porcje i zasypiają w łóżeczkach. Siedzę koło nich na podłodze głaszczę każdego jedną ręką i śpiewam im kołysanki. Chociaż zdarza się, że jeden nie może usnąć - najczęściej przez ząbkowanie. Wtedy, po uśpieniu braciszka, kładziemy się razem na materacu i tak zasypiamy. Igorek, kiedy ostatnio miał krytyczny wieczór przez 4. trzonowca, usnął dopiero leżąc koło mnie. całowany w stópki.

Moi synowie jedzą raz dziennie, ale za to bez przerwy. Kiedy próbuję zjeść coś sama, po ich posiłku, stają przy moich kolanach, trzęsą się i krzyczą - muszę dać im spróbować. Dziś, choć zwykle tego unikam, musieliśmy iść po zakupy. W sklepie ze zdrową żywnością nastąpił kryzys. Bobasy zobaczyły półki pełne swoich ulubionych potraw: awokado i sojowych jogurtów. Gryźli opakowania tempehu, który dałam im do zabawy, krzyczeli i trzęśli się. Przez chwilę myślałam, że będę musiała nakarmić ich w sklepie (przezornie wzięłam łyżeczkę). Na szczęście pojawiły się dwie miłe, kilkuletnie dziewczynki, które ich zajęły. Ale zaraz po wyjściu ze sklepu udaliśmy się do pobliskiego parku, gdzie skonsumowali po jednym bananie i połówce bułki bez polepszaczy. Wracając do domu bawiliśmy się dmuchawcami i karmiliśmy gołębie. To był udany dzień.

Brak komentarzy: