sobota, 30 sierpnia 2008

sound of silence

To przykre, ale właśnie odkryłam, że kiedy któryś z chłopców znajdzie się gdzieś bez brata, z reguły bardzo grzecznie bawi się sam ze sobą. Natomiast, kiedy obaj znajdują się w jednym pomieszczeniu, co chwilę rozlegają się jęki skarg, pomruki niezadowolenia i piski wściekłości - najczęściej chodzi oczywiście o zabawki (ta, którą bawi się brat zawsze jest ciekawsza), ale zdarza się też, że ktoś kogoś niechcący nadepnie bądź potrąci. Oczywiście bywają również chwile, kiedy chłopcy bawią się zgodnie, wówczas dobiegają do mych uszu wesołe pokrzykiwania lub nawet głośny śmiech, czasem też słychać skupione mruczenie i ciche westchnięcia - te odgłosy zwykle towarzyszą eksplorowaniu nowych przestrzeni i są dla mnie sygnałem, że pora przyjrzeć się z bliska zajęciu bobasów. Najgroźniejsza jednak jest cisza. Odkąd chłopcy przestali być malutkimi niemowlętami, kiedy to cisza była sygnałem, że słodko śpią i niczego im nie brakuje, a ja mam chwilę luzu; cisza najczęściej oznacza, że uprawiają sporty ekstremalne. Dziś Igor zamilkł z zachwytu, kiedy stanął na komputerze i odkrył na parapecie szklaną wazę z moją kolekcją oszlifowanych przez morze szkiełek. Zresztą mu się nie dziwię, bo są naprawdę przepiękne.

Podobnie jest z zasypianiem. Uśpić jednego, to nie sztuka. Ale dwóch symultanicznie... Łóżeczka niby stoją obok siebie, a ja mam bardzo długie ręce. Problem w tym, że mam ich czasem za mało. Bo najlepiej jedną głaskać po pleckach, a drugą po główce. Ostatnio wygląda to tak, że układam bobasy i głaszczę każdego jedną ręką. Jednak czasem muszę podać smoczka albo pomóc ułożyć się wygodniej temu, który wygląda na bardziej śpiącego i używam do tego obu rąk. Kiedy delikwent już odpływa w objęcia Morfeusza, z przerażeniem konstatuję, że jego brat w tym czasie wstał w swoim łóżeczku i zaczyna wyrzucać z niego wszystko po kolei: misie, smoczki, kocyk. Towarzyszy temu śmiech, pojękiwanie, klepanie łapką w ścianę bądź gryzienie szczebelków - zależnie od nastroju. Oczywiście te dźwięki błyskawicznie rozbudzają zasypiającego i zachęcają do wspólnej zabawy lub wspólnego marudzenia. Kołysanki nie działają już tak magicznie, jak dawniej, chociaż repertuar mam dość bogaty i śpiewam na zmianę po polsku, angielsku i francusku. Czasem tylko Olafek podśpiewuje razem ze mną "aaa", "eee", co oznacza, że jesteśmy na dobrej drodze do zaśnięcia.

czwartek, 28 sierpnia 2008

a hard day's night

Próbnej niani podziękowaliśmy zgodnie po pracy przez 2 dni po 4 godziny. Nie będę wchodzić w szczegóły. Powiem tylko, że jeszcze nigdy chłopcy nie robili nikomu tak ochoczo "papa" obydwoma łapkami.

Wczorajsza noc była naprawdę krytyczna. Już w ciągu dnia Olaf przeraźliwie płakał (wyrzynające się trzonowce!) i obaj chłopcy robili kupki częściej niż zwykle (mam nadzieję, że to tylko przez zęby), a sytuację pogarszały jeszcze czopki na ząbkowanie. Wieczorem bobasy zasnęły jak zwykle około 21. Igor obudził się po północy i nie mógł zasnąć. Dałam mu mleczko i zaczęłam przewijać. Okazało się, że zrobił kolejną kupkę! Nigdy wcześniej nie zdarzyło się to w nocy, nie licząc grypy żołądkowej. Nie chciałam wyciągać go z łóżeczka, więc użyłam mokrych chusteczek, ale poczuł łaskotki i całkiem się rozbudził. Patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, pięknymi oczami i uśmiechał się rozbrajająco. Spróbowałam wielu matczynych trików, ale nic nie pomagało. W końcu obudził się również Olaf, który zaczął przeraźliwie płakać. I tak do piątej rano zmagałam się z najbardziej prozaiczną stroną macierzyństwa: kupki, pupki (odparzone) i ząbki (bolące). Po kolejnych myciach, przewijaniach, przebieraniach i serwowaniach mleczka, usadziłam całkiem już rozbudzonych chłopców w fotelikach-bujaczkach przed telewizorem! To wielki kompromis, ale wierzcie mi, że błogosławiłam First Baby TV za nadawanie programu przez całą noc. Igor zasnął o wpół do piątej w bujaczku. Olaf działał jeszcze do 5. rano, kiedy to zdesperowana położyłam się razem z nim w sypialni na naszym dużym materacu.

Dziś chłopcy wstali rześcy o dziewiątej. Przez chwilę było nawet miło, ale wkrótce dały o sobie znać zębowo-brzuszkowe problemy. Odprężyć się pomogła nam dopiero wspólna kąpiel, a potem spacer. Nie muszę chyba dodawać, że Igor zasnął wkrótce po wyjściu z domu i nie obudziły go nawet odgłosy robót drogowych - koparek, walców i wywrotek, które podziwialiśmy z Olafem - on - siedząc w wózku, a ja z książką - na krawężniku. Potem Olaf dołączył do spisku brata odpływając w objęcia Morfeusza, co uniemożliwiło mi powrót do domu i regenerację sił. (Ale przynajmniej przeczytałam bardzo dobre, polskie opowiadanie SF, co nieczęsto się zdarza).

Sama nie wiem, jak w tych warunkach zdołałam jeszcze wystawić 5 rzeczy po chłopcach na Allegro:
moje aukcje
że nie wspomnę już o załatwianiu spraw w spółdzielni, wizycie w dwóch sklepach, ogarnianiu mieszkania, gotowaniu kleiku ryżowego i budyniu jagodowego dla chłopców, zawekowaniu 2 słoików lecza dla wszystkich, zrobieniu zakupów on-line i innych prozaicznych czynnościach dnia codziennego.

I chyba tylko dzięki memu niewyspaniu nie wpadłam dziś, ani w panikę, ani w czarną rozpacz, kiedy zostawiwszy Olafka w "bezpiecznym" kojcu, po chwili znalazłam go obok kojca! Stan permanentnego wyczerpania ma jednak swoje niezaprzeczalne zalety. Ci, którzy zajmowali się małymi dziećmi, byli na ciężkich sesshin itp. wiedzą jak bardzo docenia się wówczas chwilę relaksu, co właśnie czynię rozkoszując się na tarasie końcówką lata...

wtorek, 26 sierpnia 2008

end of summer

Noce coraz zimniejsze. Aż boję się pomyśleć, że to schyłek lata... I nie chodzi tylko o pogodę. Od niepamiętnych czasów ta pora roku kojarzy mi się z witrynami sklepowymi, na których uśmiechnięte dzieci w mundurkach zbierały kasztany, a przerażający napis głosił "Czas do szkoły!". A my w tym roku nawet jeszcze nie byliśmy na wakacjach...

Mojego nastroju nie poprawia fakt, że znów jestem platynową blondynką. Nie dość, że nigdzie, ale to dosłownie nigdzie, nie można kupić trwałej, wściekle fioletowej farby do włosów, to jeszcze moje włosy z dnia na dzień bardziej żółkną i wpadają w słomkowy odcień zamiast być śnieżnobiałe. Rodzina mówi, że ładnie w nich wyglądam... Moja mama nawet niechcący dobiła mnie komplementem "to taki ładny, naturalny odcień - o wiele lepszy niż ten biały albo fiolet". Doceniam jej dobre chęci, ale ja nie po to robię makijaż, żeby udawać, że "tak świetnie wyglądam bez makijażu" i nie po to farbuję włosy, żeby udawać, że "to mój naturalny kolor". Zabiegi te traktuję jak społeczny rytuał, barwy ochronne lub wojenne (zależnie od potrzeby chwili), maskę, która pomaga mi stawiać czoło światu.

A teraz humorystycznie. Wczoraj była u nas po raz pierwszy nowa niania (na okresie próbnym). Kiedy przyszło do karmienia chłopaków, powiedziałam "nie jemy żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego, bo jesteśmy weganami". Skwitowała to kiwnięciem głową i krótkim "acha". Wspólnymi siłami usadowiłyśmy bobasy w wysokich krzesełkach. Następnie nałożyłam na talerz kaszę jaglaną, dynię pieczoną z szałwią i duszone tofu w sosie sojowym. Wyjaśniłam wszystkim co to jest, zaznaczając, że pieczoną dynię chłopcy jedzą po raz pierwszy. Wręczyłam jej plastikowy widelczyk i rozsiadłam się wygodnie z laptopem na kanapie. Po chwili usłyszałam jak nakładając tofu mówi do Igorka "a teraz zjedz mięsko!".

P.S. Dziś są urodziny mojego męża - wszystkiego najlepszego, kochanie!

sobota, 23 sierpnia 2008

Warszawa - moje miasto

Odkąd przestałam pracować w centrum, stopniowo odzwyczajałam się od miasta. Ciąża i wychowywanie dwójki małych dzieci dokończyły dzieła. Ale szczerze mówiąc lubię to blokowisko na obrzeżach miasta, na którym mieszkam. Ursynów to taki warszawski odpowiednik amerykańskich przedmieść - choć blokowisko - jednak czyste i bezpieczne, z wyselekcjonowanym towarzystwem (niestety, jak to na bogatych przedmieściach, rolę selekcjonera pełnią banki oceniające zdolność kredytową). Mi najbardziej podoba się zapach tutejszego powietrza; to, że choć nie jest głośno (przynajmniej tu gdzie mieszkam), w tle słychać szum miasta i wreszcie to, że widać gwiazdy mimo łuny nad centrum. Te dwa ostatnie wskaźniki dobitnie pokazują mój ambiwalentny stosunek do miasta. Od 12 lat mieszkam na Ursynowie z wyboru i (przynajmniej na razie) nie wyobrażam sobie mieszkania gdzie indziej (chyba, że na jego zagranicznym odpowiedniku, takim jak na przykład Pedrzalka w Bratysławie). A pamiętam, jak tuż przed maturą spędziłam tu kilka miesięcy i byłam przerażona - tu, gdzie obecnie bije serce dzielnicy, była rozkopana i błotnista pętla autobusowa, a za nią szczere pola... A kiedy próbowałam przesiąść się z autobusu w autobus gdzieś w okolicach obecnej stacji metra Ursynów i pytałam czekających na przystanku "czy do centrum dojadę z tej, czy z drugiej strony ulicy?", rozkładali bezradnie ręce, mówiąc, że mimo, iż mieszkają tu od kilku lat, zawsze się gubią.

Ale to nie jest tak, że nie lubię Warszawy. Wręcz przeciwnie - kocham ją - tu się urodziłam i tu spędziłam większość życia. Kiedyś odwiedziła mnie znajoma Polka, mieszkająca od lat w Londynie, zabrałam ją do BUW-u, na Most Siekierkowski i do fontanny przy pl. Teatralnym (mojej ulubionej, na patio okrągłego biurowca). Potem okazało się, że nigdy nie zwiedzała Warszawy (pochodziła z Krakowa). Po wycieczce ze mną stwierdziła, że Warszawa jest zupełnie inna niż się spodziewała i że przypomina jej jakieś miasto w Stanach, tylko nie pamiętała jakie...

A ja dzięki chłopcom odkrywam właśnie ponownie urok mego miasta. Byliśmy na pl. Teatralnym, przy fontannie oczywiście, i na Krakowskim Przedmieściu, i na Placu Zamkowym. Te wszystkie piękne miejsca jeszcze bardziej wypiękniały - nie wiem, czy dlatego, że tak długo ich nie oglądałam, czy dlatego, że zostały odrestaurowane. I już się cieszę na Stare Miasto (zwłaszcza ul. Brzozową), starą Pragę, Łazienki, Pałac Klutury, BUW, stację metra pl. Wilsona i pokazywanie synkom świątecznych dekoracji na Nowym Świecie i kwitnących magnolii na pl. Trzech Krzyży (ale to dopiero za rok prawie).

środa, 20 sierpnia 2008

Kapitan Chrupek i Słodzik

Przed chwilą pisałam o niesamowitych postępach chłopców, ale dziś dosłownie przeszli samych siebie. Prawie cały dzień spędziliśmy poza domem. Byliśmy na ogromnym placu zabaw w Ogródku Jordanowskim. Do tego, że Igor szaleje po całej piaskownicy, a także samodzielnie wchodzi do niej i wychodzi przyzwyczaiłam się już jakiś czas temu. Dziś wystarczyło, że na chwilę odwróciłam wzrok, a wspiął się po drabince na zjeżdżalnię! Dobrze, że cały czas stałam obok, bo na początku wolał z niej skakać niż zjeżdżać. Olafek natomiast wspinał się jak człowiek-pająk po zjeżdżalni (całkiem sporej) i zjeżdżał z niej na brzuszku! Te wszystkie akrobacje niewątpliwie ułatwił im fakt nie noszenia butków. Pierwsze buciki, które kupiłam im z myślą o chodzeniu, są już za małe. Muszę im kupić kolejne, ale biorąc pod uwagę, że cały czas biegają boso, może im być trudno się przyzwyczaić. Pozostaje mieć nadzieję, że nauczą się nosić obuwie przed pierwszymi śniegami.

Udało mi się również trochę oswoić Słodzika (Olafka) z piaskiem. Pierwsza reakcja, kiedy postawiłam go przy piaskownicy i ubrudził sobie rączki, była standardowa - płacz. Zaczęłam od pokazania mu, że kiedy zrobi "brawo, brawo" (co bardzo lubi), łapki znów będą czyste. Potem nabrałam trochę piasku na dłoń i pokazałam mu, że można go przesypywać i że inne dzieci, na czele z Igorkiem, lubią się nim bawić. Nieśmiało dotykał piasku paluszkiem, ale już nie płakał. Efekt terapii był taki, że bez płaczu i obrzydzenia, tak jak to miało miejsce wcześniej, chodził i raczkował po posypanym piaskiem tartanie.

Kapitan Chrupek (aka Igor) kontynuuje "lampową" fazę. Na stacji metra fascynował go sufit pełen jarzeniówek. A kiedy wróciliśmy do domu wskazywał paluszkiem na lampę w sypialni i kręcił głową "mówiąc", że nie świeci.

Jestem z nich obu bardzo dumna.

Na placu zabaw spotkaliśmy się też z kolejną (drugą w tej turze castingu) kandydatką na nianię. Nie wywarła na nas tak piorunującego wrażenia jak nasza super niania, ale była całkiem całkiem. Jak trafnie podsumował mój mąż "przynajmniej umie się uśmiechać".

pożegnanie z nianią

W poniedziałek nasza super niania pracowała u nas ostatni dzień. Wieczorem dosłownie nie mogła od nas wyjść. Żegnaliśmy się chyba z godzinę i płakaliśmy jak bobry - tylko chłopcy na szczęście nie płakali, bo nie wiedzieli, co się dzieje. Szukamy następnej opiekunki, ale nie jest to proste. Dotychczas udało nam się spotkać z jedną kandydatką. Przyszła spóźniona o kwadrans, ale nie to było najgorsze - podczas całej wizyty dosłownie ignorowała chłopców! Spojrzała na nich tylko dwa razy przechodząc przez pokój, żeby ich nie rozdeptać. Nie interesowało jej jak się nazywają, ani właściwie nic innego, oprócz zarobków oczywiście. Pozostałe kandydatki, albo w ogóle nie przychodzą na umówione spotkania, albo odwołują je w ostatniej chwili. Na szczęście nie musimy mieć niani. Radziłam sobie bez niej przez prawie 10 miesięcy, poradzę sobie przez kilka kolejnych. Bo jestem zdecydowana zatrudnić jedynie osobę o wielkim sercu i kulturze (nie interesują mnie takie drobiazgi jak referencje, wiek czy nawet doświadczenie).

Chłopaki nadal robią oszałamiające postępy. Olafkowi zdarza się przejść samodzielnie kilka kroków, kiedy zapomni, że miał raczkować. Opanował również sztukę prowadzenia samochodu i rozbija się swoim autkiem po całym mieszkaniu i tarasie - jeździ do przodu, do tyłu, wykręca, a nawet trąbi. Igorek natomiast ćwiczy samodzielne jedzenie - wyrywa mi widelec i próbuje sam nabijać na niego jedzenie (czasem pozwala sobie trochę pomóc), ale zawsze musi sam trafić tym widelcem do buzi. A kiedy już tego dokona, drugą ręką głaszcze się po głowie w nagrodę. Poza tym opowiada różne historie - także o tym, co widział, a czego już nie ma. Najbardziej fascynują go światła i wszystko co lata: samoloty, ptaki, a nawet muchy. Obaj bardzo efektywnie pomagają przy rozbieraniu, jeśli wiedzą, że za chwilę czeka ich kąpiel. A w wolnych chwilach rozrzucają wszystkie swoje ubrania po pokoju - to ostatnio ich ulubiona zabawa.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

mały fetyszysta

Moja córka wróciła w końcu z wakacji. Przez tydzień będzie w domu. Przyjechała opalona i zadowolona przywożąc mnóstwo wspomnień i brudnych ciuchów. Wraz z jej powrotem odzyskałam pincetkę do regulacji brwi, ale do pożyczenia bez pytania mojej opaski do włosów się nie przyznaje. Przypomniała mi się spotkana kiedyś na imprezie znajoma, która żaliła się, że nie miała czym się umalować po wyjeździe nastoletniej córki na kolonie. A dziś przyłapałam Weronikę na noszeniu moich ciuchów, "bo wszystkie swoje ma brudne". A potem zajęła łazienkę "na 3 minuty" i była tam chyba godzinę, kończąc toaletę przy użyciu mojego ręcznika. Ale i tak kocham ją nad życie.

Dziś rano, jak zwykle, kiedy mąż wyjdzie do pracy spałam z bobasami na dużym materacu. Igorek obudził się pierwszy i zaczął dobijać się do drzwi, kiedy usłyszał, że przyszła nasza pani do sprzątania, której jest wiernym fanem. Za jej przykładem "odkurza", moczy łapki mopem i wyciera meble oraz podłogę ściereczką albo tym, co mu się akurat w łapki nawinie. Poprzedniego wieczoru musiałam niedokładnie zamknąć drzwi do sypialni, no i zostawiłam swoje ciuchy na podłodze. Kiedy się obudziłam Olafek bawił się koło mnie, a drzwi sypialni były otwarte na oścież. Wstałam i poszłam do dużego pokoju szukając Igora. Stał tam rozmawiając z panią Bożeną w moich majtkach na głowie!

Wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień spędziłam w kuchni. Zmobilizował mnie do tego zaprzyjaźniony rolnik z naszego weekendowego bazarku, który przy okazji niedzielnych zakupów obdarował nas świeżymi ziołami i warzywami. Rezultaty to: mrożone (dzięki radom wegedzieciakowych ekspertów) zioła - tymianek, mięta i szałwia, 2 słoiki pesto - z zielonej i czerwonej bazylii, zupa z dyni, pieczone cukinie (dzieło mojej córki) oraz 2 miski tabouleh.


Pieczone cukinie

małe, młode cukinie
zioła świeże lub suszone (bazylia, tymianek, oregano lub co, kto lubi)
oliwa
sól, ew. pieprz

Cukinie umyć i przekroić wzdłuż na pół. ułożyć w żaroodpornym naczyniu skórką do dołu. Posolić, doprawić ziołami. Między nimi można umieścić ząbki czosnku (obrane lub w cienkiej skórce, przekrojone na pół pomidory, wiórki z cebuli itp.). Całość polać umiarkowanie oliwą. Przykryć folią aluminiową tak, by nie wyschły w czasie pieczenia. Piec w piekarniku nagrzanym do 150 stopni przez około 15 - 20 minut, sprawdzając widelcem, czy są już miękkie.


Tabouleh, to libańska sałatka, znana również jako tabouli, taboule itp. Chociaż zasadniczo powinna składać się z kuskusu, oliwy, soku z cytryny, natki pietruszki i mięty, każdy przygotowuje ją inaczej. Chyba najbardziej smakuje mi ta, serwowana w warszawskiej "Samirze" - pewnie dlatego, że to libańska restauracja. Tam jest to natka pietruszki dosłownie pływająca w oliwie z niewielkim dodatkiem kuskusu, drobno posiekanej szalotki i przypraw. Sama przygotowuję jednak inny wariant - bardziej "zjadliwy" dla pozostałych domowników.

Tabouleh

opakowanie kuskusu (400 g)
2 łyżki niesiarkowanych rodzynek
2 - 3 dojrzałe pomidory
2 ogórki
1,5 szklanki wegetariańskiego rosołku
2 łyżki świeżych, posiekanych listków mięty (ew. 2 łyżki suszonej mięty)
sok z połówki cytryny
3 -5 łyżek oliwy ekstra virgin
ew. 1 - 2 łyżki posiekanych oliwek

Kuskus zalać wrzącym rosołkiem, przykryć i odstawić, aż wchłonie cały płyn. Obrać i drobno posiekać pomidory i ogórki. Rodzynki zalać niewielką ilością wrzątku i odstawić do nasiąknięcia. Kiedy kuskus i rodzynki przestygną dokładnie wymieszać wszystkie składniki i wstawić sałatkę do lodówki - najlepiej na całą noc, ale wystarczy również kilka godzin.

niedziela, 10 sierpnia 2008

boogie nights

Moja córka Weronika miała dziś o 6 rano wrócić z obozu w Sintrze pod Lizboną. Rafał miał ją odebrać z lotniska, ale właśnie zadzwoniła z wiadomością, że zginęła rezerwacja na lot dla całej grupy! Więc nocują na lotnisku i nie wiadomo, kiedy polecą. Mam nadzieję, że chociaż dobrze się bawią. Noc spędzona na lotnisku ma swoje uroki.

A co do uroczych nocy, to korzystając z ostatnich dni pracy naszej super niani, przedwczoraj wybraliśmy się do ulubionego hotelu w centrum. Na tę okazję zafundowałam sobie czerwone paznokcie u nóg i rąk i założyłam najpiękniejsze majtki świata (nota bene prezent od męża). Powiem w skrócie, że oprócz rozgrywania 2 partii scrabbli, zajmowaliśmy się odrabianiem seksualnych zaległości i niedogodności spowodowanych złamanym barkiem ukochanego. Żeby było śmieszniej, wyżej wymieniony hotel dosłownie sąsiaduje z blokiem, w którym Rafał mieszkał (nawet kiedyś go tam odwiedziłam) w czasach, kiedy jeszcze nie śniliśmy o tym, że będziemy razem.

piątek, 8 sierpnia 2008

bobasy w trybach biurokracji

Dziś spędziłam bardzo miły wieczór. Odwiedziła mnie siostra cioteczna, która wysłała swojego synka na wakacje z dziadkami. Przyjechała po południu, kiedy bobasy kąpały się w basenie na tarasie. Chyba jej nie poznali. Jednak Igorek od razu zaczął się do niej uśmiechać, a Olafek tak się zawstydził, że próbował schować buzię pod wodę. Ale po jakimś czasie oswoił się i nawet pozwolił jej pchać swój samochodzik. Potem razem nakarmiłyśmy i wykąpałyśmy chłopców. A kiedy zasnęli, usiadłyśmy jak za dawnych dobrych czasów z butelką czerwonego wina i gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy. Tę idyllę przerwał około 23. ząbkujący Olafek, ale co się naplotkowałyśmy, to nasze.

A dziś dzień był niestandardowy. Olaf obudził mnie i Igora o w pół do jedenastej! Spojrzałam na budzik i zerwałam się jak oparzona. O jedenastej miała przyjść kandydatka na nianię. Nie przyszła i nie uprzedziła nas o tym, chociaż zapewniała, że "będzie na pewno". Poprzednia, do której zadzwoniłam w weekend i która obiecała, że "zadzwoni do mnie w poniedziałek, po powrocie do Warszawy", nie odezwała się do tej pory. Kiedy miałam dwadzieścia czy dwadzieścia parę lat, nie robiłam takich numerów. Obie panie są u nas skreślone.

Po późnym śniadaniu pojechaliśmy z chłopcami do ursynowskiego WOM-u wyrobić im paszporty. Wzięliśmy stosowne formularze, które mąż wypełniał, kiedy udałam się z chłopcami do fotografa. Fotograf, a właściwie para fotografów, w naszym urzędzie to osobna historia. Byli perfekcyjnie przygotowani. Wskazali stołek do posadzenia pozującego bobasa i niski puf obok, na którym mogłam usiąść przytrzymując delikwenta. Pani pstrykała zdjęcia, a pan w tym czasie machał nad jej głową zabawkami śpiewając i zagadując chłopców. Zdjęcia wyszły świetne.

Kiedy na nie czekaliśmy, zabrałam bobasy do kącika zabaw, który niestety zorganizowano tuż przy schodach. Igorek wspinał się w nim na ikeowskie krzesełka, a Olafek jeździł dookoła wózkiem. Kiedy obaj znudzili się zabawą, ratunkiem okazały się (bardzo nieekologiczne) jednorazowe kubeczki z dystrybutora Daru Natury. Nie wiedziałam, że można zrobić nimi tyle hałasu.

Po odebraniu zdjęć udaliśmy się na parter WOM-u do Referatu Paszportowego. Po odczekaniu na nasz numerek, złożyliśmy wnioski paszportowe wraz z wymaganymi dokumentami i usłyszeliśmy, że nie mogę się oddalać z dziećmi, ponieważ pani w okienku musi się im jeszcze przyjrzeć, mimo, iż nie potrafiła odróżnić chłopców, kŧórzy specjalnie na tę okazję byli inaczej ubrani. Co ciekawe, zostaliśmy zapytani o wzrost i kolor oczu dzieci (choć jak wiadomo ten pierwszy zmienia się ciągle, a ten drugi też nie jest jeszcze pewny na sto procent). Procedura zajęła ponad pół godziny. W tym czasie pani urzędniczka, zaproponowała mi wypełnienie rubryk typu: PESEL, nr i seria paszportu, widząc, że mam jedno dziecko na ręce, a drugą bujam wózek. Szczęśliwie udało mi się z nią ustalić, że jedynie podpiszę się na obu wnioskach, a resztę wypełni mąż. W międzyczasie Igorek puszczony samopas w pozornie bezpiecznej przestrzeni biura zdołał wspiąć się na krzesło i stanąć na nim uderzając łapką w oszkloną witrynę z regulaminem.

Po godzinie i czterdziestu minutach wyszliśmy z WOM-u ubożsi o 110 zł, ale za to z papierkami upoważniającymi do odbioru paszportów chłopców za 2 tygodnie.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

plainspotting

Co można robić z dwójką 14-miesięcznych, raczkujących i uparcie niechodzących bobasów, kiedy pada deszcz, mąż ma ramię w gipsie i nie może wyjść w taką pogodę, a nam nie chce się wychodzić z domu? Teoretycznie można by pojechać z chłopcami na "spacer" do jakiegoś zadaszonego miejsca typu: muzeum, galeria handlowa itp. Samochód niby stoi pod domem, ale jakoś nam się nie chce, a poza tym istnieje duże ryzyko, że w trakcie jazdy, zwłaszcza przy niskim ciśnieniu, bobasy utną sobie nadprogramową drzemkę i wieczorem nie zasną przed jedenastą.

A propos samochodu, cudem przeżył tankowanie benzyną euro super, choć to diesel! Miałam nikomu o tym nie mówić, nawet prosiłam mojego mechanika-cudotwórcę o dyskrecję. Ale co tam, pośmiejcie się razem ze mną! Całe życie jeździłam autami na benzynę. Pamiętam, że kiedyś, na początku mojej kariery kierowcy próbowałam wlać do baku ropę i dziwiłam się, czemu końcówka się nie mieści. Wtedy byłam blondynką. Teraz mam fioletowe włosy, a na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że przez ostatnie kilkanaście miesięcy sypiam średnio po 5 godzin na dobę. Niestety zabezpieczenie przed zatankowaniem nieodpowiedniego paliwa działa tylko w jedną stronę i dzięki temu udało mi się odruchowo zatankować pół baku benzyny zamiast ropy na najbliższej stacji benzynowej na warszawskim Ursynowie. Potem pojechaliśmy z mężem do kina w centrum. Kiedy wracaliśmy, auto jakoś nie chciało zapalić, ale w końcu zaskoczyło. Zatrzymaliśmy się jeszcze pod sklepem koło domu. Zrobiliśmy zakupy, wsiedliśmy do auta i wtedy już na dobre się zbuntowało. Nie pomogło ponowne uzbrajanie i rozbrajanie alarmu, ani piłowanie zapłonu. Chcąc nie chcąc zostawiliśmy je pod sklepem i w deszczu pobiegliśmy z zakupami do domu. Następnego dnia udało mi się je odpalić i dojechać nim do zaprzyjaźnionego mechanika, który na szczęście wywąchał (dosłowienie) problem, wymienił filtry i doprowadził pojazd do używalności.

Wracając do chłopców - w taki dzień jak dziś można bawić się zabawkami - przede wszystkim grającymi oraz matrioszkami, które babcia przywiozła im z wycieczki do Sankt Petersburga. Niestety wszystkie te zabawy szybko się nudzą. A na kąpiel w basenie na tarasie jest za zimno. Ale na szczęście na Okęciu akurat remontują pasy i w związku z tym nad naszym domem co 10-15 minut przelatują samoloty i to tak nisko, że można odczytać nazwę linii. A chłopcy samoloty uwielbiają - zwłaszcza Igor. Więc sadzamy ich na tarasie pod zadaszeniem w krzesełkach do karmienia i razem obserwujemy samoloty. Bobasy uważnie nadsłuchują nadlatujących maszyn. A kiedy już jakaś pojawi się na horyzoncie bacznie odprowadzają ją wzrokiem, a kiedy zniknie, długo jeszcze pokazują paluszkami w niebo i mówią "wuu, wuu!".

niedziela, 3 sierpnia 2008

lato w mieście

Olaf wrócił do dawnej formy po bodajże 2 tygodniach marudzenia. Winnym był oczywiście trzonowiec. Dziś od rana był tym samym roześmianym i ciekawym świata Olafem, którego znam. Igor też w dobrym humorze i mam nadzieję, że (chociaż przez chwilę) tak zostanie, mimo, że do tej pory dobre i gorsze fazy moi synkowie miewali naprzemiennie.

A ja mam fazę ogólnego zniechęcenia. Wszyscy śpią (mąż, chłopcy, kot i chomik), a ja siedzę na tarasie z laptopem, słucham świerszczy, palę (odkąd skończyłam karmić oddaję się temu zgubnemu nałogowi bez wyrzutów sumienia), piję czerwone wino i zazdroszczę mojej córce, którą wysłałam na obóz do Lizbony (mam nadzieję, że dobrze się bawi, bo nawet moje sms-y ignoruje). Odpuściłam sobie dziś wieczorne ogarnięcie mieszkania a konto jutrzejszego generalnego sprzątania.

Zresztą to cotygodniowe sprzątanie to i tak za mało - po 3 dniach mam problemy z doszorowaniem kolanek chłopców - kto miał raczkujące dzieci, wie o czym piszę. Szczerze mówiąc nie mogę się doczekać, kiedy zaczną chodzić. I nie tylko z uwagi na brud, bo przecież dalej będą zjadać wszystko z podłogi (ostatnio w czasie zabawy na tarasie wyciągnęłam Igorkowi z buzi farfocle, które znalazł w kratce ściekowej!). Chodzi przede wszystkim o mój kręgosłup, który ma już dość dźwigania dwóch 10-kilowych bobasów. I nie tylko kręgosłup - w ferworze zabawy zaliczyłam ostatnio w ciągu jednego dnia: dwa ciosy z potylicy w nos, bolesne ugryzienia w ramię i w dłoń oraz kilka kopniaków w brzuch. Kiedy wspominam dzieciństwo Weroniki, wydaje mi się, że, albo ja byłam odporniejsza, albo dziewczynki są delikatniejsze. A wracając do chodzenia - obaj chłopcy potrafią stać bez podparcia przez dobrych kilka minut operując w tym czasie zabawkami, obaj prowadzeni za rączki stawiają ładnie całe stópki na podłodze. ale kiedy chcą się przemieścić, błyskawicznie przypominają sobie, że łatwiej, szybciej i bezpieczniej będzie na czworakach. W akcie desperacji poprosiłam dziś moją mamę, u której byliśmy z wizytą, żeby postawiła Olafa kilka kroków ode mnie. Zawołałam go wyciągając ręce i Olaf przeszedł samodzielnie 3 kroki! Oczywiście zaraz wrócił do raczkowania, ale mam nadzieję, że powtarzanie tego ćwiczenia przyniesie w końcu zamierzony efekt.