piątek, 8 sierpnia 2008

bobasy w trybach biurokracji

Dziś spędziłam bardzo miły wieczór. Odwiedziła mnie siostra cioteczna, która wysłała swojego synka na wakacje z dziadkami. Przyjechała po południu, kiedy bobasy kąpały się w basenie na tarasie. Chyba jej nie poznali. Jednak Igorek od razu zaczął się do niej uśmiechać, a Olafek tak się zawstydził, że próbował schować buzię pod wodę. Ale po jakimś czasie oswoił się i nawet pozwolił jej pchać swój samochodzik. Potem razem nakarmiłyśmy i wykąpałyśmy chłopców. A kiedy zasnęli, usiadłyśmy jak za dawnych dobrych czasów z butelką czerwonego wina i gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy. Tę idyllę przerwał około 23. ząbkujący Olafek, ale co się naplotkowałyśmy, to nasze.

A dziś dzień był niestandardowy. Olaf obudził mnie i Igora o w pół do jedenastej! Spojrzałam na budzik i zerwałam się jak oparzona. O jedenastej miała przyjść kandydatka na nianię. Nie przyszła i nie uprzedziła nas o tym, chociaż zapewniała, że "będzie na pewno". Poprzednia, do której zadzwoniłam w weekend i która obiecała, że "zadzwoni do mnie w poniedziałek, po powrocie do Warszawy", nie odezwała się do tej pory. Kiedy miałam dwadzieścia czy dwadzieścia parę lat, nie robiłam takich numerów. Obie panie są u nas skreślone.

Po późnym śniadaniu pojechaliśmy z chłopcami do ursynowskiego WOM-u wyrobić im paszporty. Wzięliśmy stosowne formularze, które mąż wypełniał, kiedy udałam się z chłopcami do fotografa. Fotograf, a właściwie para fotografów, w naszym urzędzie to osobna historia. Byli perfekcyjnie przygotowani. Wskazali stołek do posadzenia pozującego bobasa i niski puf obok, na którym mogłam usiąść przytrzymując delikwenta. Pani pstrykała zdjęcia, a pan w tym czasie machał nad jej głową zabawkami śpiewając i zagadując chłopców. Zdjęcia wyszły świetne.

Kiedy na nie czekaliśmy, zabrałam bobasy do kącika zabaw, który niestety zorganizowano tuż przy schodach. Igorek wspinał się w nim na ikeowskie krzesełka, a Olafek jeździł dookoła wózkiem. Kiedy obaj znudzili się zabawą, ratunkiem okazały się (bardzo nieekologiczne) jednorazowe kubeczki z dystrybutora Daru Natury. Nie wiedziałam, że można zrobić nimi tyle hałasu.

Po odebraniu zdjęć udaliśmy się na parter WOM-u do Referatu Paszportowego. Po odczekaniu na nasz numerek, złożyliśmy wnioski paszportowe wraz z wymaganymi dokumentami i usłyszeliśmy, że nie mogę się oddalać z dziećmi, ponieważ pani w okienku musi się im jeszcze przyjrzeć, mimo, iż nie potrafiła odróżnić chłopców, kŧórzy specjalnie na tę okazję byli inaczej ubrani. Co ciekawe, zostaliśmy zapytani o wzrost i kolor oczu dzieci (choć jak wiadomo ten pierwszy zmienia się ciągle, a ten drugi też nie jest jeszcze pewny na sto procent). Procedura zajęła ponad pół godziny. W tym czasie pani urzędniczka, zaproponowała mi wypełnienie rubryk typu: PESEL, nr i seria paszportu, widząc, że mam jedno dziecko na ręce, a drugą bujam wózek. Szczęśliwie udało mi się z nią ustalić, że jedynie podpiszę się na obu wnioskach, a resztę wypełni mąż. W międzyczasie Igorek puszczony samopas w pozornie bezpiecznej przestrzeni biura zdołał wspiąć się na krzesło i stanąć na nim uderzając łapką w oszkloną witrynę z regulaminem.

Po godzinie i czterdziestu minutach wyszliśmy z WOM-u ubożsi o 110 zł, ale za to z papierkami upoważniającymi do odbioru paszportów chłopców za 2 tygodnie.

Brak komentarzy: