wtorek, 26 sierpnia 2008

end of summer

Noce coraz zimniejsze. Aż boję się pomyśleć, że to schyłek lata... I nie chodzi tylko o pogodę. Od niepamiętnych czasów ta pora roku kojarzy mi się z witrynami sklepowymi, na których uśmiechnięte dzieci w mundurkach zbierały kasztany, a przerażający napis głosił "Czas do szkoły!". A my w tym roku nawet jeszcze nie byliśmy na wakacjach...

Mojego nastroju nie poprawia fakt, że znów jestem platynową blondynką. Nie dość, że nigdzie, ale to dosłownie nigdzie, nie można kupić trwałej, wściekle fioletowej farby do włosów, to jeszcze moje włosy z dnia na dzień bardziej żółkną i wpadają w słomkowy odcień zamiast być śnieżnobiałe. Rodzina mówi, że ładnie w nich wyglądam... Moja mama nawet niechcący dobiła mnie komplementem "to taki ładny, naturalny odcień - o wiele lepszy niż ten biały albo fiolet". Doceniam jej dobre chęci, ale ja nie po to robię makijaż, żeby udawać, że "tak świetnie wyglądam bez makijażu" i nie po to farbuję włosy, żeby udawać, że "to mój naturalny kolor". Zabiegi te traktuję jak społeczny rytuał, barwy ochronne lub wojenne (zależnie od potrzeby chwili), maskę, która pomaga mi stawiać czoło światu.

A teraz humorystycznie. Wczoraj była u nas po raz pierwszy nowa niania (na okresie próbnym). Kiedy przyszło do karmienia chłopaków, powiedziałam "nie jemy żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego, bo jesteśmy weganami". Skwitowała to kiwnięciem głową i krótkim "acha". Wspólnymi siłami usadowiłyśmy bobasy w wysokich krzesełkach. Następnie nałożyłam na talerz kaszę jaglaną, dynię pieczoną z szałwią i duszone tofu w sosie sojowym. Wyjaśniłam wszystkim co to jest, zaznaczając, że pieczoną dynię chłopcy jedzą po raz pierwszy. Wręczyłam jej plastikowy widelczyk i rozsiadłam się wygodnie z laptopem na kanapie. Po chwili usłyszałam jak nakładając tofu mówi do Igorka "a teraz zjedz mięsko!".

P.S. Dziś są urodziny mojego męża - wszystkiego najlepszego, kochanie!

Brak komentarzy: