poniedziałek, 4 sierpnia 2008

plainspotting

Co można robić z dwójką 14-miesięcznych, raczkujących i uparcie niechodzących bobasów, kiedy pada deszcz, mąż ma ramię w gipsie i nie może wyjść w taką pogodę, a nam nie chce się wychodzić z domu? Teoretycznie można by pojechać z chłopcami na "spacer" do jakiegoś zadaszonego miejsca typu: muzeum, galeria handlowa itp. Samochód niby stoi pod domem, ale jakoś nam się nie chce, a poza tym istnieje duże ryzyko, że w trakcie jazdy, zwłaszcza przy niskim ciśnieniu, bobasy utną sobie nadprogramową drzemkę i wieczorem nie zasną przed jedenastą.

A propos samochodu, cudem przeżył tankowanie benzyną euro super, choć to diesel! Miałam nikomu o tym nie mówić, nawet prosiłam mojego mechanika-cudotwórcę o dyskrecję. Ale co tam, pośmiejcie się razem ze mną! Całe życie jeździłam autami na benzynę. Pamiętam, że kiedyś, na początku mojej kariery kierowcy próbowałam wlać do baku ropę i dziwiłam się, czemu końcówka się nie mieści. Wtedy byłam blondynką. Teraz mam fioletowe włosy, a na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że przez ostatnie kilkanaście miesięcy sypiam średnio po 5 godzin na dobę. Niestety zabezpieczenie przed zatankowaniem nieodpowiedniego paliwa działa tylko w jedną stronę i dzięki temu udało mi się odruchowo zatankować pół baku benzyny zamiast ropy na najbliższej stacji benzynowej na warszawskim Ursynowie. Potem pojechaliśmy z mężem do kina w centrum. Kiedy wracaliśmy, auto jakoś nie chciało zapalić, ale w końcu zaskoczyło. Zatrzymaliśmy się jeszcze pod sklepem koło domu. Zrobiliśmy zakupy, wsiedliśmy do auta i wtedy już na dobre się zbuntowało. Nie pomogło ponowne uzbrajanie i rozbrajanie alarmu, ani piłowanie zapłonu. Chcąc nie chcąc zostawiliśmy je pod sklepem i w deszczu pobiegliśmy z zakupami do domu. Następnego dnia udało mi się je odpalić i dojechać nim do zaprzyjaźnionego mechanika, który na szczęście wywąchał (dosłowienie) problem, wymienił filtry i doprowadził pojazd do używalności.

Wracając do chłopców - w taki dzień jak dziś można bawić się zabawkami - przede wszystkim grającymi oraz matrioszkami, które babcia przywiozła im z wycieczki do Sankt Petersburga. Niestety wszystkie te zabawy szybko się nudzą. A na kąpiel w basenie na tarasie jest za zimno. Ale na szczęście na Okęciu akurat remontują pasy i w związku z tym nad naszym domem co 10-15 minut przelatują samoloty i to tak nisko, że można odczytać nazwę linii. A chłopcy samoloty uwielbiają - zwłaszcza Igor. Więc sadzamy ich na tarasie pod zadaszeniem w krzesełkach do karmienia i razem obserwujemy samoloty. Bobasy uważnie nadsłuchują nadlatujących maszyn. A kiedy już jakaś pojawi się na horyzoncie bacznie odprowadzają ją wzrokiem, a kiedy zniknie, długo jeszcze pokazują paluszkami w niebo i mówią "wuu, wuu!".

Brak komentarzy: