wtorek, 30 września 2008

choose leisure wear and matching luggage

Od trzech dni usiłuję kupić walizki na nasz wyjazd. Dobre wiadomości są takie, że chłopcy dostali własny limit bagażowy po 10 kg na głowę. A złe są takie, że na rynku jest mnóstwo walizek... Do wyboru, do koloru, w dowolnych wymiarach i cenach. I całkiem się w tym pogubiłam. Ten post chyba równie dobrze mogłabym zatytułować "Lost in the Supermarket".

To zrozumiałe, że kiedy kupuje się mieszkanie albo szuka szkoły dla dziecka, człowiek zastanawia się, porównuje, przebiera, wybiera i wybrzydza. W końcu w mieszkanie z reguły inwestujemy wszystkie nasze oszczędności, a szkoła może zaważyć na przyszłości naszej pociechy. Ale żeby tak z walizkami? A ja tak mam z prawie wszystkim... Przy okazji kupowania tych walizek po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak dużą część mojego życia pochłania podejmowanie tego typu decyzji. Bo zakupami tego nie nazwę - przez zakupy rozumiem beztroskie wrzucanie do koszyka tego, na co akurat mam ochotę. (Może dlatego tak lubię secondhandy?). To natomiast bardziej przypomina złożony proces decyzyjny poprzedzony wnikliwym researchem.

Kiedy kupuję samochód i wiem, że się na tym nie znam, czytam w sieci opinie tych, którzy się znają, pytam znajomych i nieznajomych, pytam taksówkarzy i mechaników samochodowych. Jeśli chcę wziąć kredyt, pytam doradców finansowych. Jeśli chcę kupić krem, radzę się zaprzyjaźnionej kosmetyczki. A o nieskórzane buty dla dziecka pytam na wegetariańskim forum. Czy to jest normalne? Czy inni też tak robią? Jeśli tak, tłumaczy to istnienie eBay'a, Allegro, Ceneo, Gratki i wielu, wielu innych.

Sama przed sobą tłumaczę, że jeśli już muszę wydać na coś kilkaset złotych, to lepiej, żeby to były dobrze wydane pieniądze - żeby nie przepłacić, ani nie kupić jakiegoś bubla, że nie stać mnie na to, żeby wejść do pierwszego lepszego sklepu i wyjść z niego z walizkami, które mi się podobają.

Mówi się, że czas to pieniądz i coś w tym jest. Kiedy dużo zarabiałam i byłam zapracowaną bizneswoman, nie przejmowałam się takim rzeczami. Kupowałam to, na co miałam ochotę, w pierwszym lepszym sklepie, który był wciąż otwarty po moim wyjściu z pracy. Teraz mam mniej pieniędzy, ale za to więcej czasu. Efekt jest taki, że znaczną jego część pochłaniają poszukiwania oszczędności...

Ten post chyba równie dobrze mogłabym zatytułować "W poszukiwaniu straconego czasu". Jedno jest pewne - nie napędzam już rozwoju gospodarki tak jak kiedyś...

sobota, 27 września 2008

w stronę słońca

Powoli zdrowiejemy, z naciskiem na "powoli". Mam nadzieję, że jutro wybierzemy się na pierwszy w tym tygodniu spacer - zwłaszcza, że ma być 17 stopni. I w związku z tym dotarło do mnie, że już za dwa i pół tygodnia wyjeżdżamy na wakacje!

Naprawdę nie mogę uwierzyć, że jeszcze w tym roku czeka nas powtórka z lata: gorące dnie, ciepłe noce, morze, plaża, śródziemnomorski krajobraz i takaż kuchnia. I powoli zaczyna ogarniać mnie reisefeber. Kiedy pomyślę, ile trzeba spakować i że wcześniej trzeba większość z tych rzeczy kupić i że trzeba również kupić torby, w które je spakujemy, wpadam w panikę. Ale nie ukrywajmy, przyjemnie będzie pakować do toreb w połowie października: t-shirty, krótkie spodenki, sandały i kostiumy kąpielowe.

Zaczynam więc tworzyć absurdalnie długą listę rzeczy do spakowania i kompletować je w sieci. Bo w związku z tym, że udało nam się zarazić naszą byłą, dochodzącą nianię, nie mam z kim zostawić przeziębionych bobasów.

czwartek, 25 września 2008

bobo parkour

Kilka ostatnich dni, które przeleżałam powalona atakiem jesiennego przeziębienia, od czasu do czasu jedynie zwlekając się, by przewinąć lub nakarmić bobasy, dały mi unikalną okazję obserwowania ich zachowań w naturalnym środowisku. W chwilach, kiedy, ani gorączka, ani paroksyzmy kaszlu, nie odbierały mi przytomności umysłu, z przerażeniem skonstatowałam, że moje najmłodsze latorośle uprawiają parkour (sic!) w warunkach domowych (kto widział "13. dzielnicę", ten wie, o co chodzi).

Żeby było śmieszniej i straszniej Igor jeszcze w ogóle samodzielnie nie chodzi, a Olaf chodzi jak zombie - ze sztywnymi kończynami i na szeroko rozstawionych nogach (kto pamięta "Thriller", ten wie, o co chodzi). Natomiast świetnie wychodzi im obu odsuwanie krzeseł od stołu i wspinanie się po nich na tenże.

W ramach pokonywania przeszkód chłopcy wspinają się również na kojec i z jego krawędzi skaczą do środka na główkę (swoją, a czasami również przebywającego już w kojcu brata) oraz przechodzą po barykadzie ustawionej przez zapobiegliwych rodziców z krzeseł, by dostać w zakazany rejon High-tech (tam, gdzie stoi komputer, dekoder, magnetowid, ruter wifi i kable).

Kolejną dyscypliną jest kto-wejdzie-wyżej, w ramach której bobasy stają na stoliku do kawy oraz na dużym stole z triumfalnym uśmieszkiem. Ćwiczą również wspinanie się na krzesełka do karmienia, regał i parapety - to ostatnie via krzesło, bądź krzesło i stół.

A czy wspominałam o woltyżerce? Moi synowie codziennie korzystają z huśtawki-foczki, którą niedawno im kupiliśmy i przeprosili się z leżaczkami-bujaczkami. A wszystko dlatego, że znaleźli dla tych sprzętów nowe zastosowanie, a mianowicie - bujają się na nich na stojąco. Przewidujący projektant wyposażył huśtawkę w odpowiednie (również do uprawiania woltyżerki) uchwyty. Niestety tego samego nie da się powiedzieć o leżaczkach, więc chłopcy bujają się na nich na stojąco bez trzymanki.

Będąc w pełni władz umysłowych i fizycznych nie pozwalałabym na te kaskaderskie wyczyny, ale w moim obecnym stanie nie pozostaje mi nic innego niż mieć nadzieję, że te ryzykowne ćwiczenia nie tylko nie zakończą się obrażeniami ciała, ale wręcz przyczynią się do przyśpieszenia rozwoju motorycznego moich pociech.

poniedziałek, 22 września 2008

o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

Co można robić w niedzielę wieczór, kiedy wszyscy domownicy śpią? Można słuchać muzyki na słuchawkach, ale cicho tak, by usłyszeć dzieci, gdyby się obudziły. Ale jaki sens ma ciche słuchanie muzyki? Od razu mi się odechciewa. Można wyjść na balkon i słuchać spadających kropli, szumu miasta i odgłosów pobliskiej imprezy. Można wdychać jesienne powietrze i przypominać sobie inne jesienne wieczory... I można poczuć, że chciałoby się założyć wysokie buty, czarny płaszcz i wybiec w noc w poszukiwaniu miejsca, w którym coś-będzie-się-działo. Ale się nie wybiegnie.

W nocy trzeba czuwać nad maluchami. Rano trzeba wstać, przewinąć dzieci i zrobić im mleko. A potem spędzić cały dzień na opiece nad nimi, w przerwach nastawiając pranie, sprzątając, gotując i robiąc zakupy. I co taka zapracowana kobieta jak ja ma z życia?

I pomyśleć, że są ludzie, którzy co weekend ćpają, tańczą i bzykają się z kimś nowym... I co oni mają z życia?

Ano, każdy ma co innego. A ściślej mówiąc, każdy ma to, co sobie mniej lub bardziej świadomie wybrał. I pewnie każdy czasem tęskni do tego, czego nie wybrał... Bo ten mit, że możesz mieć wszystko, że świat stoi przed Tobą otworem i na każdym kroku otwierają się przed Tobą nowe, cudowne perspektywy, to właśnie tylko mit. Bo każdy codzienny wybór nas ogranicza i zamyka. Bo wybierając A automatycznie odrzucamy B,C i D. Bo nie można mieć wszystkiego.

I właśnie w ramach tego, co wybrałam, kładąc się będę wsłuchiwać się w oddechy śpiącego męża i dzieci, a ranek przywita mnie ich uściskami, pocałunkami i uśmiechami.

sobota, 20 września 2008

nocne życie bobasów

Co robić, jeśli bobasy budzą się w nocy, chociaż nie powinny? (W końcu skończyły już 15 miesięcy). Można je pogłaskać i przykryć kołderkami. Można podać zagubionego smoczka. W końcu można skapitulować i jednak podać mleczko ryżowe, chociaż już sobie przysięgaliśmy, że nie będą go w nocy dostawać.

Są najedzone i przewinięte. A w pokoju nie jest ani za ciepło, ani za zimno, a powietrze jest świeże, bo przewietrzyliśmy go przed snem. Ale, o rozpaczy rodziców, nadal nie zasypiają...Można wziąć je do naszego, dużego łóżka, położyć się obok nich i przytulić. Ale dalej kwękają, kręcą się, a nawet jęczą. Może to ząbki? Więc smaruję im dziąsełka żelem na ząbkowanie. A jeśli to nie pomoże? Może to brzuszek? Więc masuję im brzuszki i robię "rowerek". Nie pomaga.

Bobasy nakręcają się nawzajem - wiercą się coraz bardziej i zawodzą coraz głośniej. Pozostaje rozwiązanie ostateczne. Sadzamy ich w leżaczkach-bujaczkach w salonie i włączamy, o zgrozo, Baby First TV wdzięczni, iż ten genialny skądinąd kanał dla dzieci, nadaje przez całą dobę. Dajemy smoczki i przykrywamy im nóżki kocykami.

Przez około godzinę (sic!) bobasy są spokojne. Oglądają telewizję od czasu do czasu się bujając. Ale ani myślą zasnąć. Kolejne przewijanie (tym razem kupka) nie pomaga, podobnie jak kolejna porcja mleka. Przeklinam chwilę, w której zdecydowaliśmy się wrócić do domu o 22., bo niania była gotowa zostać z nimi przez całą noc...

Bobasy całkiem już rozbudzone zaczynają rozpełzać się po mieszkaniu. Olafek wspina się na swój ukochany samochodzik, a Igorek łapie zwierzątka na ekranie telewizora. I wcale nie dlatego, że jestem jakąś super wyluzowaną mamą, tylko w akcie zmęczenia i desperacji wsadzam Olafka na samochodzik, a Igorka na huśtawkę. Za chwilę nieoczekiwana zmiana miejsc - Igor na autku, a Olaf się buja. (Widok rozradowanego bobasa jeżdżącego autkiem po domu o trzeciej rano - bezcenny). Potem jeszcze chwila raczkowania po domu.

Wszystkie te ekscesy kończą się, co było od początku do przewidzenia, płaczem. Aż wstyd się przyznać, ale to jest właśnie ten wyczekiwany i upragniony przez nas moment, kiedy można wreszcie zanieść ich do sypialni i podać kolejne mleczko w nadziei, że tym razem usną. Olafek wypija pół porcji, Igorek - półtorej. Prawie przez sen kręcą się jeszcze i kwękają. Ostatecznie usypia ich francuska piosenka napisana przez mistrza zen. Przy okazji usypia ona również męża, który aż do tej pory dzielnie zmagał się ramię w ramię ze mną z naszym potomstwem.

Po tym wszystkim już całkiem rozbudzona, choć paradoksalnie padająca na twarz ze zmęczenia, znajduję jeszcze siłę, by wpuścić do domu kota, który miauczy na tarasie, dać mu jeść, ogarnąć z grubsza salon i kuchnię i nastawić zmywarkę. A następnie skończyć pisać tego posta, choć zegar pokazuje, że dochodzi w pół do piątej rano.

czwartek, 18 września 2008

dzień matki

Chłopcy zrobili mi dziś Dzień Matki i dali pospać prawie do dziewiątej! Tylko Igorek obudził się około 7. rano na mleczko. Ale wypił je, przewinęłam go, przytuliłam i z powrotem zasnął. To zabawne, bo właśnie, kiedy ich nocne picie mleka zaczęło mnie naprawdę irytować i zaczęłam rozważać podawanie im wody w butelce w ramach odzwyczajania, chłopcy przestali się na to mleczko budzić. Albo sprawdza się moja metoda pobłażania dzieciom dłużej niż zalecają podręczniki i lekarze (i to nie tylko w kwestii nocnego picia mleka), albo po prostu wyczuwam moment, kiedy chłopcy dojrzewają do kolejnej zmiany trybu życia na bardziej "dorosły". Tak czy owak moja matczyna intuicja zdaje się niezawodna.

Pogoda nadal paskudna. Próbuję wychodzić z bobasami na spacery, ale o zabawach w piaskownicy można już zapomnieć, a na plac zabaw też nie mogę ich wypuścić, bo Olafek chodzi bardzo niepewnie (zwłaszcza w butach), a Igorek nadal raczkuje. Kiedy bardzo pada, siedzimy w domu. A jak wiadomo "w czasie deszczu dzieci się nudzą". Kilka dni temu nauczyłam ich rysować po ścianach, co ostatecznie przekonało ich do rysowania. Bo malowanie po ścianach nie wymaga tak silnego nacisku kredką na podłoże jak malowanie po papierze. Więc wreszcie widzą efekty swojej pracy. I z zapałem ozdabiają ściany w kuchni i w salonie. W związku z tym postanowiłam nabyć kolejne pomoce plastyczne. Na allegro znalazłam zmywalne flamastry, ciastolinę dla maluchów od 12. miesięcy i nietoksyczne farby w tubkach. Mam nadzieję, że umilą nam słotne, jesienne dni.

środa, 17 września 2008

kolorowe miasteczko

Tradycyjnie, jak każdej jesieni wesołe miasteczko rozbiło się na pobliskim placu. Z braku lepszych pomysłów i ładnej pogody często odwiedzamy je z chłopcami. Na szczęście są na tyle mali, że na razie frajdę sprawia im samo patrzenie na karuzele, diabelski młyn i samochodziki. Kiedyś uwielbiałam takie klimaty: wesołe miasteczka, odpusty... Ale im jestem starsza, tym mniej mnie to bawi. Dostrzegam za to więcej szczegółów: 12-letnie na oko dziewczynki z papierosami zagadujące dorosłych mężczyzn, podpici panowie z obsługi, dzieci z biednych rodzin, które przyszły tu same, odliczają drobne zbierając na jeden bilet. Znajomy mały chłopczyk mówił na wesołe miasteczko "kolorowe miasteczko". I chyba miał rację, bo to miasteczko często wesołe jest tylko z nazwy, ale za to kolorowe - na pewno.

Zresztą coraz mniej bawią mnie również inne rozrywki: wielkie koncerty, technoparty i wizyty w centrach handlowych. Kiedy temperatura spada poniżej 15 stopni, potrzebuję bardzo silnej motywacji, żeby w ogóle wyjść z domu. A kiedyś byłam gotowa dosłownie wybiec z niego pod byle pretekstem.

I nieodparcie nasuwa się pytanie - czego jest to przejawem? Czy tego, że dojrzewam, mój gust staje się bardziej wyrafinowany, a percepcja przenikliwa? Czy tego, że moje własne życie jest na tyle ciekawe, że nie muszę już od niego uciekać? Czy też wręcz przeciwnie, starzeję się, zamykam w swoich oczekiwaniach i przestaje mnie bawić to, co wykracza poza ramy mojego codziennego, wygodnego życia?

wtorek, 16 września 2008

kaloryfer parzy, dziś zaczęli grzać

Jednak jedziemy na wakacje! Strasznie się cieszę! Lecimy na 2 tygodnie na Cypr. Tam ma być 28 st. w dzień, 15 - w nocy i woda w morzu o temperaturze 24. stopni. Wylatujemy w połowie października, więc wrócimy w listopadzie i to będzie szok dla organizmu (a zwłaszcza dla mojej ciepłolubnej psychiki).

Nie muszę chyba dodawać, że w poszukiwaniu wymarzonego wyjazdu przeszukałam dziesiątki stron www i obdzwoniłam dziesiątki biur podróży, a kilka z nich nawet odwiedziłam osobiście. A najdziwniejsze jest to, że w końcu kupiłam te wakacje w TUI, które zawsze wydawało mi się drogim biurem, a jak się okazało zaoferowało nam cenę o ok. 30 procent niższą niż małe, nowo otwarte biuro na naszej ulicy. Liczymy na niemiecką solidność.

Powoli zaczynam przygotowania do wyjazdu. Szukam sandałków dla Igorka i w sklepach patrzą na mnie jak na nienormalną. Nie mamy też toreb podróżnych, to znaczy mamy, ale podarte. Przeraża mnie perspektywa pakowania pieluch, mleka i ubranek dla chłopców. Na dobrą sprawę powinniśmy zabrać 30 t-shirtów i 30 par krótkich spodenek dla bobasów, ale przecież nawet tyle nie mamy, więc trzeba będzie prać na miejscu. A czy wspominałam, że chłopcy piją tylko i wyłącznie mleko ryżowe z kartonu? I to ponad litr dziennie! Ciekawe, jak uda nam się zmieścić w 40 kg limicie bagażu?

Mojej radości nie zmniejsza fakt, że przed chwilą dowiedziałam się, że wylot zamiast o 10:30, będzie o 22:30, co oznacza: po pierwsze, że płacimy za 13 dni, tyle ile mieliśmy płacić za 14, a po drugie, że czeka nas niezła przeprawa z maluchami, których nie będziemy mogli wieczorem położyć spać. Zasną pewnie dopiero w samolocie, ale po 3 godzinach lotu trzeba ich będzie o 1. w nocy naszego czasu przetransportować jeszcze z lotniska do hotelu.

czwartek, 11 września 2008

rodzic zen

Obliczyłam ostatnio, że czas, który obaj chłopcy poświęcają równocześnie na sen to 9 - 10 godzin na dobę (oczywiście z przerwami). Uspokoiło mnie to, bo oznacza, że rzeczywiście nie mam wiele czasu (zwłaszcza, że sama potrzebuję trochę snu), a nie, że, jak się obawiałam, jestem niezorganizowana. Właściwie nic poza poprawą mojego samopoczucia z tej kalkulacji nie wynika, bo z ilości snu, której chłopcy potrzebują, przecież nie zmienię. A godziny, w których sypiają, nawet mi odpowiadają. Irytuje mnie jedynie czasem, że nie zasypiają i nie budzą się jednocześnie, ale i tak, dzięki moim heroicznym wysiłkom, rozpiętość ta sięga najwyżej pół godziny, więc chyba nie powinnam narzekać.

Nasze wakacje z co najmniej 3 powodów stoją pod znakiem zapytania, co nie poprawia mojego samopoczucia. Ale, że narzekanie na sprawy przyziemne nie jest w dobrym tonie, zmienię temat i ponarzekam (jak przez jedną czwartą mojego życia) na pogodę. Jesień, brr... Chociaż dzisiaj, kiedy odwożąc moją mamę do domu przejechałam 40 km w bardzo malowniczej mgle i było jeszcze na tyle ciepło, żeby mieć otwarte okno w samochodzie, nawet mi się to podobało. Zresztą samotne jeżdżenie, to jedna z moich nielicznych rozrywek i sposobów odprężenia odkąd nie mamy opiekunki. A jeżeli zobaczycie chudą blondynkę, która w srebrnym aucie na parkingu pod supermarketem słucha głośno muzyki, pali papierosy i podziwia zachód słońca - to też będę ja.

Obaj chłopcy zaczęli reagować rozpaczą na każde moje oddalenie, nie mówiąc już o wyjściu z domu. Być może ma to związek z tym, że niania odeszła, tata pracuje dniami i nocami, siostra była na wakacjach, a teraz ciągle się uczy i prowadzi bujne życie towarzyskie, a babcia rzadko nas odwiedza i spędzają ze mną i tylko ze mną większość swojego życia? Na dodatek Olafek co noc budzi się po 2 - 3 godzinach snu z głośnym krzykiem. A może to jednak ząbki? Albo jakieś inne niepokoje wieku poniemowlęcego? I co z tym robić? Przyzwyczajać ich na siłę do mojej nieobecności wychodząc wieczorami z domu pod byle pretekstem?

Rodzicielstwo to nieustanne balansowanie na linie. Ciągłe szukanie równowagi. Między zapewnianiem dziecku poczucia bezpieczeństwa, a uczeniem samodzielności. Między spełnianiem każdej jego zachcianki, a nauką współistnienia. Między zachęcaniem do podejmowania nowych wyzwań, a ochroną przed niebezpieczeństwami. I nie istnieje jedna, słuszna recepta. Mam trójkę dzieci i każde jest inne i "zaspokajanie potrzeb" w każdym przypadku znaczy coś innego. No i na dodatek każde z nich szybko się zmienia - jego pragnienia, wymagania i lęki nieustannie ewoluują. I chyba jedyny sposób, to codziennie uważnie towarzyszyć dziecku w jego wędrówce ku dorosłości dostrzegając te wszystkie zmiany i dostosowując się do nich. A kiedy już osiągniemy coś na kształt upragnionej równowagi i harmonii, nie trzymać się tego, pamiętać, że to tylko chwilowy (choć tak bardzo pożądany stan) i być otwartym na kolejne zmiany i etapy.

poniedziałek, 8 września 2008

wspomnienia w słoikach

Lato pożegnało się z nami pięknie otulając upałem, nitkami babiego lata i cykaniem świerszczy. Teraz można już tylko próbować zamknąć jego wspomnienie w słoikach i zamrażalnikach. W związku z tym nałogowo robię leczo i paprykę z czosnkiem. Chociaż i tak, moim zdaniem, w słoikach najlepiej prezentują się oszlifowane przez morze szkiełka i muszelki.


Pieczona dynia z szałwią

dynia
czosnek - kilka ząbków
szałwia świeża albo mrożona - garść
oliwa z oliwek
sól

Dynię dokładnie wyszorować i pokroić na spore kawałki (np. trójkąty o boku ok. 10 cm). Wybrać ze środka miąższ i pestki. Ułożyć kawałki na posmarowanej oliwą blasze, posolić i polać oliwą. Wstawić do nagrzanego do 180 st. piekarnika. Piec około godziny. Na 15 - 20 min. przed końcem posypać ją posiekanymi listkami szałwii i pokrojonym w cienkie plasterki czosnkiem. Sprawdzać widelcem - kiedy skórka jest już miękka i chrupiąca - potrawa jest gotowa. Najlepsze w tej dyni jest to, że można ją jeść razem ze skórką.

Wegański smalczyk

tłuszcz palmowy (250 g)
granulat sojowy - 3 łyżki
sos sojowy - 4 łyżki
cebula
czosnek - kilka ząbków
majeranek lub tymianek - garść świeżego lub 2 łyżki suszonego
ew. 1 kwaskowate jabłko

Tłuszcz roztopić na patelni. Dodać granulat sojowy i sos sojowy. Podgrzewać mieszając na wolnym ogniu - najlepiej na płytce. Dodać drobno posiekaną cebulę i czosnek, ewentualnie starte jabłko. Kiedy cebula i czosnek będą złoto-brązowe dodać zioła, wymieszać i podgrzewać jeszcze kilka minut. Zdjąć z ognia i kiedy trochę ostygnie przelać do słoika. Jeśli nie chcemy, żeby stałe składniki opadły na dno trzeba smalczyk mieszać aż zastygnie. Można przechowywać w lodówce przez 2 tygodnie (a może dłużej, ale nie próbowałam).

Papryka w oliwie

papryka - najlepiej w różnych kolorach
czosnek - dużo
oliwa z oliwek - dużo (może być też olej)
sól

Paprykę umyć i piec w piekarniku na blasze wyłożonej folią aluminiową obracając, aż skórka potworzy brązowe bąble. Jeszcze gorącą wyjąć z piekarnika, zawinąć szczelnie w folię i pozostawić do ostygnięcia. Obrać paprykę ze skórki usuwając gniazda nasienne i pestki. Pokroić w grube paski. Czosnek obrać i pokroić w plasterki. Posypać nim paprykę i zalać wszystko dużą ilością oliwy. Przykryć szczelnie i wstawić na na kilka - kilkanaście godzin do lodówki, żeby się przegryzło. Potem wystarczy posolić/ Tak przyrządzoną paprykę można również wekować.

Podobnie przyrządza się również buraki po grecku.

Buraki po grecku

buraki
czosnek
oliwa z oliwek
natka pietruszki
sól
biały pieprz

Buraki ugotować i wystudzić, a następnie obrać i pokroić w grube plasterki. Posypać obficie pokrojonym w plasterki czosnkiem i zalać całość oliwą. Przykryć szczelnie i wstawić na na kilka - kilkanaście godzin do lodówki, żeby się przegryzło. Podawać posypane dużą ilością posiekanej natki pietruszki i doprawione solą i białym pieprzem.


Smacznego!

sobota, 6 września 2008

plac zabaw na początku XXI. wieku

Nasza super eks-niania wróciła z wakacji i zaraz drugiego dnia przyszła odwiedzić chłopców (pierwszego dnia po powrocie była u innych swoich podopiecznych). Chłopcy ucieszyli się na jej widok, ale nie jakoś histerycznie, czego się obawiałam. Przez chwilę byli trochę zdystansowani, a potem rozkręcili się i zachowywali tak jak zwykle przy niej. I nie było żadnego problemu, kiedy na chwilę zostawiłam ich pod jej opieką na placu zabaw.

To zabawne jak bardzo moje bobasy zmieniają się w zależności od otoczenia. Kiedy jesteśmy w domu, Olafek jest bardziej ekspansywny: szaleje na swoim autku; przemieszcza się błyskawicznie po mieszkaniu w poszukiwaniu nowych zabawek, którymi bawi się przez chwilę i zaraz porzuca, bo dostrzegł kolejny, ciekawy przedmiot. Igorek w domu zachowuje się spokojniej: dużo czasu spędza w jednym miejscu, bawiąc się w skupieniu. bardzo lubi też oglądać książeczki i First Baby TV. Natomiast, kiedy znajdziemy się na placu zabaw, Igorek staje się duszą towarzystwa: raczkuje po całym terenie, wspina się na huśtawki i drabinki, wchodzi i wychodzi z piaskownicy i zaczepia wszystkie dzieci. Zaś Olafek najchętniej obserwuje wszystko z góry noszony na rękach, ewentualnie przechadza się powoli trzymając się za rączkę, a jedyne urządzenie, na którym czuje się naprawdę bezpiecznie, to huśtawka.

A przy okazji zauważam, że plac zabaw byłby ciekawym materiałem dla socjologa - a raczej zachowania rodziców i opiekunów na tymże. To, że telefonia komórkowa zrewolucjonizowała nasze życie jest truizmem. Większość rodziców obecnych na placach zabaw z zapamiętaniem rozmawia przez komórki bądź smsuje. Ale to jeszcze nie koniec - rewolucja toczy się dalej na naszych oczach. Ostatnio bujałam dziewczynkę, która pięciokrotnie prosiła o pobujanie swojego tatusia, który był zbyt zaaferowany ustawianiem opcji aparatu fotograficznego w swoim telefonie, by spełnić jej prośbę! Najgorsze jest to, że w fotografowaniu swoich pociech na spacerze celują rodzice weekendowi, czyli ci, których dzieciom najbardziej brakuje ich uwagi i kontaktu z nimi, bo na co dzień dostają je (różnej ilości i jakości) tylko od opiekunek. A ci rodzice, nie widząc dzieci przez prawie cały tydzień pracy, chcą zapewne udokumentować i zachować te ulotne chwile bycia razem z dziećmi. I właśnie to pragnienie skutecznie odgradza ich od prawdziwej obecności i uważności na dzieci. Smutne to... Opiekunom zdarza się również jadać na placu zabaw ciepłe posiłki przyniesione z pobliskich restauracji. Ale naprawdę zadziwiła mnie mama siedząca na placu zabaw z laptopem. Jej 4-letni na oko synek wspinał się na kolejne urządzenia wołając "Mamo, tu jestem! Popatrz!", a ona nie odrywając wzroku od ekranu odpowiadała "Ślicznie, kochanie!". Ciekawe, kiedy na placach zabaw pojawi się WiFi?

Moja mama, z którą byliśmy niedawno na spacerze, zwróciła mi uwagę na to, jak bardzo nasz plac zabaw różni się od tych w jej okolicy - mieszka w Wawrze. Dotarliśmy tam grubo po 17. I ku jej zdumieniu nie byliśmy jedyni. O tej porze dzieci zamiast ubywać - przybywało. Rozbrzmiewały języki zamieszkujących Ursynów mniejszości narodowych. Pojawiło się również wielu ojców, którzy po pracy wyszli z dziećmi na spacer korzystając z wciąż długiego dnia i ciepłej aury. (Zauważyłam, że w ciągu dnia większość opiekunów stanowią kobiety, w godzinach późno popołudniowych i wieczornych ta proporcja się zmienia i ojcowie stanowią około połowę dorosłych, a w weekendy są znakomitą większością). Natomiast przy dzieciach, które bawiły się już od dłuższego czasu pod okiem babysitterek następowała zmiana warty - pojawiali się ich tatusiowie i mamusie w strojach biurowych - niektóre obchodziły cały plac dookoła na palcach w obawie, ze piasek nasypie im się do szpilek.

środa, 3 września 2008

cykady na cykladach

Noce coraz zimniejsze i coraz dłuższe... O ósmej robi się ciemno. Nadchodzi najgorsza, przynajmniej dla mnie, pora roku. Szczerze mówiąc najbardziej przeraża mnie perspektywa jesienno-zimowych spacerów z bobasami. Bo kiedy jest zimno, a nie daj boże leży śnieg, najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z domu.W ciągu pierwszej zimy nie miałam takich dylematów. Wózek stał na tarasie, a ja ubierałam chłopców w kombinezony, smarowałam buźki kremem, pakowałam ich do gondolek-śpiworków i układałam w wózkach. Czasem musiałam przez kilka minut pojeździć po tarasie i zasypiali, a ja tylko nadzorowałam ich przez okno. Ale w tym roku nie będzie już tak łatwo.

Ale jest również dobra wiadomość - jedziemy na wakacje! Co prawda dopiero w październiku, ale najważniejsze, że w końcu jedziemy! Od kilku dni desperacko szukam w sieci miejsc, w których w październiku będzie naprawdę ciepło i do których można w miarę szybko dolecieć. Wymarzona Sri Lanka odpada właśnie ze względu na długi lot - 12 godzin! Egipt odpada z powodu zemsty faraona. Pozostaje nam chyba jedynie Izrael. Z tego, co czytałam, pogoda ma tam być piękna - około 30 stopni, woda (w Morzu Czerwonym) - 24 stopnie. Trochę obawiam się o jedzenie (dotąd nie udało mi się znaleźć interesującego hotelu z opcją All Inclusive), ale wyczytałam (w sieci oczywiście), że mają tam pity, falafele, hummus i tahini, więc chyba z głodu nie pomrzemy.

Brak opiekunki coraz bardziej daje mi się we znaki. Nadwyrężyłam lewy nadgarstek - chłopców zwykle noszę na lewym biodrze, przytrzymując lewą ręką. Jestem niewyspana i piętrzą się nie pozałatwiane sprawy. Dwie opiekunki, które były "bardzo zainteresowane" i miały skontaktować się ze mną na początku września, nie odezwały się. Za to odezwała się trzecia, z którą umówiliśmy się na rozmowę jutro wieczorem. Ale szczerze mówiąc podchodzę do potencjalnych babysitterek z coraz większą rezerwą. Po ostatnim rozczarowaniu rezygnuję nawet z rozmów kwalifikacyjnych pod najbłachszym pretekstem, że nie wspomnę o okresie próbnym. Nie chcę eksperymentować na chłopcach, tym bardziej, że Olafek przechodzi właśnie kolejną fazę maminsynka.

Dziś znów byliśmy na placu zabaw. Spacery w wózku powoli przestają mieć jakikolwiek sens. I muszę pochwalić Olafka, który przez kilkanaście minut bawił się sam w piasku! To naprawdę wielki sukces, nawet wziąwszy pod uwagę, że nogi miał zabezpieczone butkami, a rączki łopatką i wiaderkiem.