wtorek, 30 września 2008

choose leisure wear and matching luggage

Od trzech dni usiłuję kupić walizki na nasz wyjazd. Dobre wiadomości są takie, że chłopcy dostali własny limit bagażowy po 10 kg na głowę. A złe są takie, że na rynku jest mnóstwo walizek... Do wyboru, do koloru, w dowolnych wymiarach i cenach. I całkiem się w tym pogubiłam. Ten post chyba równie dobrze mogłabym zatytułować "Lost in the Supermarket".

To zrozumiałe, że kiedy kupuje się mieszkanie albo szuka szkoły dla dziecka, człowiek zastanawia się, porównuje, przebiera, wybiera i wybrzydza. W końcu w mieszkanie z reguły inwestujemy wszystkie nasze oszczędności, a szkoła może zaważyć na przyszłości naszej pociechy. Ale żeby tak z walizkami? A ja tak mam z prawie wszystkim... Przy okazji kupowania tych walizek po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak dużą część mojego życia pochłania podejmowanie tego typu decyzji. Bo zakupami tego nie nazwę - przez zakupy rozumiem beztroskie wrzucanie do koszyka tego, na co akurat mam ochotę. (Może dlatego tak lubię secondhandy?). To natomiast bardziej przypomina złożony proces decyzyjny poprzedzony wnikliwym researchem.

Kiedy kupuję samochód i wiem, że się na tym nie znam, czytam w sieci opinie tych, którzy się znają, pytam znajomych i nieznajomych, pytam taksówkarzy i mechaników samochodowych. Jeśli chcę wziąć kredyt, pytam doradców finansowych. Jeśli chcę kupić krem, radzę się zaprzyjaźnionej kosmetyczki. A o nieskórzane buty dla dziecka pytam na wegetariańskim forum. Czy to jest normalne? Czy inni też tak robią? Jeśli tak, tłumaczy to istnienie eBay'a, Allegro, Ceneo, Gratki i wielu, wielu innych.

Sama przed sobą tłumaczę, że jeśli już muszę wydać na coś kilkaset złotych, to lepiej, żeby to były dobrze wydane pieniądze - żeby nie przepłacić, ani nie kupić jakiegoś bubla, że nie stać mnie na to, żeby wejść do pierwszego lepszego sklepu i wyjść z niego z walizkami, które mi się podobają.

Mówi się, że czas to pieniądz i coś w tym jest. Kiedy dużo zarabiałam i byłam zapracowaną bizneswoman, nie przejmowałam się takim rzeczami. Kupowałam to, na co miałam ochotę, w pierwszym lepszym sklepie, który był wciąż otwarty po moim wyjściu z pracy. Teraz mam mniej pieniędzy, ale za to więcej czasu. Efekt jest taki, że znaczną jego część pochłaniają poszukiwania oszczędności...

Ten post chyba równie dobrze mogłabym zatytułować "W poszukiwaniu straconego czasu". Jedno jest pewne - nie napędzam już rozwoju gospodarki tak jak kiedyś...

Brak komentarzy: