środa, 17 września 2008

kolorowe miasteczko

Tradycyjnie, jak każdej jesieni wesołe miasteczko rozbiło się na pobliskim placu. Z braku lepszych pomysłów i ładnej pogody często odwiedzamy je z chłopcami. Na szczęście są na tyle mali, że na razie frajdę sprawia im samo patrzenie na karuzele, diabelski młyn i samochodziki. Kiedyś uwielbiałam takie klimaty: wesołe miasteczka, odpusty... Ale im jestem starsza, tym mniej mnie to bawi. Dostrzegam za to więcej szczegółów: 12-letnie na oko dziewczynki z papierosami zagadujące dorosłych mężczyzn, podpici panowie z obsługi, dzieci z biednych rodzin, które przyszły tu same, odliczają drobne zbierając na jeden bilet. Znajomy mały chłopczyk mówił na wesołe miasteczko "kolorowe miasteczko". I chyba miał rację, bo to miasteczko często wesołe jest tylko z nazwy, ale za to kolorowe - na pewno.

Zresztą coraz mniej bawią mnie również inne rozrywki: wielkie koncerty, technoparty i wizyty w centrach handlowych. Kiedy temperatura spada poniżej 15 stopni, potrzebuję bardzo silnej motywacji, żeby w ogóle wyjść z domu. A kiedyś byłam gotowa dosłownie wybiec z niego pod byle pretekstem.

I nieodparcie nasuwa się pytanie - czego jest to przejawem? Czy tego, że dojrzewam, mój gust staje się bardziej wyrafinowany, a percepcja przenikliwa? Czy tego, że moje własne życie jest na tyle ciekawe, że nie muszę już od niego uciekać? Czy też wręcz przeciwnie, starzeję się, zamykam w swoich oczekiwaniach i przestaje mnie bawić to, co wykracza poza ramy mojego codziennego, wygodnego życia?

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

to pierwsze lub to drugie, na pewno nie to trzecie;)-iwka2002

dkf pisze...

mam taką cichą nadzieję ;)