czwartek, 11 września 2008

rodzic zen

Obliczyłam ostatnio, że czas, który obaj chłopcy poświęcają równocześnie na sen to 9 - 10 godzin na dobę (oczywiście z przerwami). Uspokoiło mnie to, bo oznacza, że rzeczywiście nie mam wiele czasu (zwłaszcza, że sama potrzebuję trochę snu), a nie, że, jak się obawiałam, jestem niezorganizowana. Właściwie nic poza poprawą mojego samopoczucia z tej kalkulacji nie wynika, bo z ilości snu, której chłopcy potrzebują, przecież nie zmienię. A godziny, w których sypiają, nawet mi odpowiadają. Irytuje mnie jedynie czasem, że nie zasypiają i nie budzą się jednocześnie, ale i tak, dzięki moim heroicznym wysiłkom, rozpiętość ta sięga najwyżej pół godziny, więc chyba nie powinnam narzekać.

Nasze wakacje z co najmniej 3 powodów stoją pod znakiem zapytania, co nie poprawia mojego samopoczucia. Ale, że narzekanie na sprawy przyziemne nie jest w dobrym tonie, zmienię temat i ponarzekam (jak przez jedną czwartą mojego życia) na pogodę. Jesień, brr... Chociaż dzisiaj, kiedy odwożąc moją mamę do domu przejechałam 40 km w bardzo malowniczej mgle i było jeszcze na tyle ciepło, żeby mieć otwarte okno w samochodzie, nawet mi się to podobało. Zresztą samotne jeżdżenie, to jedna z moich nielicznych rozrywek i sposobów odprężenia odkąd nie mamy opiekunki. A jeżeli zobaczycie chudą blondynkę, która w srebrnym aucie na parkingu pod supermarketem słucha głośno muzyki, pali papierosy i podziwia zachód słońca - to też będę ja.

Obaj chłopcy zaczęli reagować rozpaczą na każde moje oddalenie, nie mówiąc już o wyjściu z domu. Być może ma to związek z tym, że niania odeszła, tata pracuje dniami i nocami, siostra była na wakacjach, a teraz ciągle się uczy i prowadzi bujne życie towarzyskie, a babcia rzadko nas odwiedza i spędzają ze mną i tylko ze mną większość swojego życia? Na dodatek Olafek co noc budzi się po 2 - 3 godzinach snu z głośnym krzykiem. A może to jednak ząbki? Albo jakieś inne niepokoje wieku poniemowlęcego? I co z tym robić? Przyzwyczajać ich na siłę do mojej nieobecności wychodząc wieczorami z domu pod byle pretekstem?

Rodzicielstwo to nieustanne balansowanie na linie. Ciągłe szukanie równowagi. Między zapewnianiem dziecku poczucia bezpieczeństwa, a uczeniem samodzielności. Między spełnianiem każdej jego zachcianki, a nauką współistnienia. Między zachęcaniem do podejmowania nowych wyzwań, a ochroną przed niebezpieczeństwami. I nie istnieje jedna, słuszna recepta. Mam trójkę dzieci i każde jest inne i "zaspokajanie potrzeb" w każdym przypadku znaczy coś innego. No i na dodatek każde z nich szybko się zmienia - jego pragnienia, wymagania i lęki nieustannie ewoluują. I chyba jedyny sposób, to codziennie uważnie towarzyszyć dziecku w jego wędrówce ku dorosłości dostrzegając te wszystkie zmiany i dostosowując się do nich. A kiedy już osiągniemy coś na kształt upragnionej równowagi i harmonii, nie trzymać się tego, pamiętać, że to tylko chwilowy (choć tak bardzo pożądany stan) i być otwartym na kolejne zmiany i etapy.

Brak komentarzy: