czwartek, 30 października 2008

savoy truffle

Niestety to co wyczytałam w sieci na temat kuchni cypryjskiej zupełnie rozminęło się z prawdą. Nie jest ona bynajmniej skrzyżowaniem kuchni greckiej z kuchnią turecką - to po prostu kuchnia... cypryjska, która niestety (jak to często nad morzem bywa) opiera się na rybach i frutti di mare. Nie spotkaliśmy się tam z ani jedną (sic!) tradycyjną, wegańską potrawą, bo te, które morskich stworzeń nie zawierały, były pełne fety i innych miejscowych serów. Hummus dostawaliśmy tylko na wyraźne życzenie, ponieważ nie figurował w jadłospisie, natomiast o falafelach nikt tam nie słyszał. Na szczęście personel hotelowej kuchni i restauracji miał dużo dobrych chęci i mogliśmy prosić o dowolne kombinacje składników, które były w danej chwili dostępne. Nikt też nie robił problemów, kiedy braliśmy dla chłopców jedzenie na wynos, ani kiedy niemiłosiernie brudzili w czasie posiłków (jak zresztą wszystkie dzieci w hotelu).

Bo przez te dwa tygodnie chłopcy karmili się całkiem sami. Nasz rola ograniczała się do przynoszenia miseczek z kolejnymi potrawami oraz przypominania im, co jemy widelcem, co łyżeczką, a co palcami. Dodam, że posługiwali się dorosłymi, metalowymi sztućcami do deserów oraz jedli ze szklanych miseczek i talerzy i przez cały pobyt stłukli tylko jedno naczynie (sic!). Nauczyli się również pić bardzo efektywnie przez słomkę.

Ponieważ byliśmy zdani na hotelową kuchnię, jadłospis bobasów rozszerzył się imponująco. Wprawdzie zmusiło nas to do rezygnacji z niektórych zasad zdrowego żywienia, ale oczywiście pozostali weganami i nie ponieśli żadnego widocznego gołym okiem uszczerbku na zdrowiu. Nie będę wymieniać wszystkich potraw, których spróbowali, a jedynie te, które przypadły im do gustu: makaron z sosem pomidorowym; warzywa na parze (Olaf - kulki z marchewki, Igor - zielony groszek i kukurydza); pieczone - ziemniaki, smażone cukinie, bakłażany kolby młodej kukurydzy i pieczarki; oliwki, kapary, hummus, surowe pomidory, granaty, grzanki, frytki, sok pomarańczowy i sok ananasowy. Oczywiście bywały dni, kiedy byli zmęczeni tymi nowymi smakami i wtedy podstawę ich jadłospisu stanowiło awokado, banany i bułki.

Dzięki tym doświadczeniom poczułam dużą ulgę - wiem już, że nie muszą jeść tylko i wyłącznie podanego plastikową łyżeczką przez troskliwą mamusię domowego jedzonka z ekologicznych składników. Co więcej, oprócz dań z restauracji mogą również konsumować piasek i drobne kamyki, popijając je zarówno wodą morską jak i tą z basenu, a także wylizywać podłoże w miejscach publicznych takich jak hotel, lotnisko czy nawet deptak w kurorcie.

środa, 29 października 2008

long time no see

Właśnie wróciliśmy z Cypru. Nasi chłopcy byli tam gwiazdami - może dlatego, że byli chyba jedynymi bliźniakami w całej Ayia Napa. Dosłownie co druga mijana osoba zaczepiała nas pytając o wiek, płeć, narodowość i imiona chłopców, a niektórzy, ku naszemu zdumieniu pytali również, czy to aby na pewno bliźnięta. Zupełnie odwrotnie niż w Warszawie, gdzie prawie nikt nie zwraca na nich uwagi, a jeśli już zwróci, najczęściej pyta, jak ich odróżniamy. A wszystko dlatego, że na warszawskim Ursynowie, jest mnóstwo bliźniąt, mieszkają również trojaczki, a nawet jedne czworaczki. Na Cyprze chyba jest ich po prostu mniej (zwłaszcza, że cała wyspa ma blisko dwukrotnie mniej mieszkańców niż Warszawa), choć poznaliśmy ratownika, któremu właśnie urodziły się trojaczki - dwóch chłopców i dziewczynka. Świeżo upieczony tatuś był naprawdę przerażony ogromem pracy, który z dnia na dzień spadł na jego żonę i teściową. Poza tym wiele osób okazało się być rodzicami bądź dziadkami odchowanych bliźniąt. W tych okolicznościach siłą rzeczy spędziliśmy mnóstwo czasu na rozmowach o dzieciach w kilku językach i z przedstawicielami różnych nacji i ras. Czasami było to męczące, zwłaszcza gdy rozmowy te sprowadzały się do zdawkowej wymiany tych samych pytań i uprzejmości, lecz często przedłużały się i stawały głębsze, co przypominało mi, że chcąc nie chcąc jestem częścią wielkiej rodziny ludzkiej i na najgłębszym poziomie moja egzystencja nie różni się bardzo od doświadczeń życiowych Eskimosów czy Buszmenów. Bez względu na krąg kulturowy, status społeczny, wiek czy wyznanie dziecko zawsze wprowadza w nasze życie chaos, przesuwa granice naszego egoizmu, przynosi lęk, zmęczenie, mnóstwo cierpliwości, łagodności i miłości.

Sposobność mówienia po angielsku, słowacku i francusku oraz łamanym niemieckim, rosyjskim i włoskim sprawiły mi dużo frajdy i jednocześnie skłoniły do refleksji. Paradoksalnie w tym kosmopolitycznym środowisku (spotkaliśmy na Cyprze turystów z Polski, Niemiec, Rosji, Indii, Austrii, Szwajcarii, Norwegii oraz Wielkiej Brytanii oraz pracujących w tamtejszym przemyśle turystycznym Polaków, Bułgarów, Słowaków, Czechów, Niemców, Włochów, Rosjan, Amerykanów i Pakistańczyków), gdzie uniwersalnym językiem jest angielski, nacją, która jest najmniej rozumiana są Brytyjczycy - ci z najładniejszym akcentem i posługującym się współczesnym lingua franca najbieglej. Ba, nawet ja z moim zawodowym skrzywieniem (z wykształcenia jestem nauczycielką angielskiego) cierpiałam katusze słysząc zewsząd zwroty typu: "long time no see".

W tym międzynarodowym towarzystwie osobą, do której zbliżyliśmy się najbardziej, była Bułgarka - Rumyana, pracująca w naszym hotelu jako kelnerka. Zaufaliśmy jej na tyle, że na jeden wieczór powierzyliśmy jej opiece bobasy. Ta ciekawa osoba spędziła kilka lat we Włoszech i w Iraku i zwiedziła kawał świata, a teraz układa sobie życie na Cyprze.

wtorek, 14 października 2008

on track

Oczywiście nie poszliśmy na koncert Pogotowia Seksualnego na squacie. Oczywiście dostałam okresu i migreny. Ale za to jesteśmy już prawie spakowani. Jutro o tej porze będziemy lądować w Larnace. Ciekawa jestem, co powiedzą na to chłopcy. Wyobrażam sobie, że poczują się jak w innej galaktyce. Nigdy jeszcze nie byli dalej niż 40 km od Warszawy, a tu nagle znajdą się w zupełnie innym świecie, w którym będą znali tylko rodziców. By trochę zmniejszyć ich szok, spakowałam im po jednym misiu i jednym Teletubbisiu oraz kilka znajomych książeczek. Mam nadzieję, że mimo wszystko będą się dobrze bawić i my z nimi też. A przede wszystkim liczę na to, że Igorek, korzystając z komfortowych warunków na plaży, zacznie wreszcie chodzić na dwóch nogach. Na razie biorąc przykład z Olafka przestał wprawdzie raczkować i przyjął pionową pozycję, ale porusza się... na kolanach - jak średniowieczny pątnik.

Na Cyprze nie planujemy korzystać z sieci, więc po powrocie opublikuję wspomnienia z wakacji w odcinkach. A co ciekawe, dziś w nocy wracając ze stacji benzynowej zauważyłam na jezdni małe, niebieskie światełko. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zatrzymała auta i nie wróciła po nie... Sprawiło, że poczułam się jak bohaterka filmu "Lulu na moście". A ponieważ uwielbiam niebieskie światełka, przyjęłam to za dobrą wróżbę.

piątek, 10 października 2008

w klubie samotnych serc

Olafek nadal ma katar. Boję się, co to będzie w samolocie. Ale jest z tego długotrwałego kataru jeden pożytek - mając zaledwie rok i cztery miesiące nauczył się smarkać nosek (oczywiście ja trzymam mu chusteczkę, a on w nią parska), a także zaakceptował fridę - to znaczy nie polubił jej, ale znosi zabiegi nią wykonywane z godnością.

Powoli kompletuję rzeczy na wyjazd. Dziś przyszły uszyte w ostatniej chwili Mei Taje - są przepiękne: mój czekoladowo-brązowy z niewielką domieszką szarości, czerni, bieli i kroplą pomarańczu, a męża jest całkiem czarny z jednej strony, a z drugiej ma biało-czarny panel. Teraz pozostaje nam tylko nauczyć się je wiązać według instrukcji z YouTube.

Nasza niania dostała wreszcie wymarzoną pracę w banku, więc klamka zapadła - po powrocie ponownie rozpoczynam poszukiwania, zwłaszcza, że mam szansę na fajne zlecenie.

Byliśmy na koncercie i trochę się wyskakaliśmy, choć nie tak wiele jak byśmy chcieli, bo nieprzespane noce obniżyły nam formę. Gwiazda wieczoru - Super Girl&Romantic Boys nas rozczarowali, natomiast miłym zaskoczeniem okazał się być support Krzyz:Kross. Nie znałam ich wcześniej, ale szybko zaskarbili sobie moją sympatię - nie tylko graniem, ale również bezpretensjonalnością. Tej ostatniej bardzo brakowało widowni, ale jak człowiek chadza na koncerty, na których bawią się ludzie w wieku jego dzieci, to nie powinien narzekać. A propos młodej widowni, ze zdumieniem skonstatowałam, że te dzieciaki, znają na pamięć teksty polskich hitów z lat osiemdziesiątych, (kiedy to ich rodzice sami byli jeszcze nastolatkami), a to dzięki coverom.

czwartek, 9 października 2008

bobokracja

Bobasy przejęły kontrolę i niepodzielnie rządzą naszym życiem. Ostatnio nasza najlepsza noc wyglądała tak, że Igorek usnął około dziewiątej, a Olafek tuż po północy. Kiedy odniosłam go od łóżeczka, mąż, niezmiernie tym uradowany, zaproponował mi wyjście na taras na papierosa, mówiąc "zaszalejmy, cieszmy się życiem!". Następnego dnia obudziło nas dopiero przyjście niani o dziewiątej rano i to była najdłuższa, przespana noc w ciągu kilku ostatnich tygodni. Oczywiście nie była to noc przespana nieprzerwanie, bo w międzyczasie bobasy zdążyły się obudzić - wywnioskowałam to po tym, że rano spaliśmy wszyscy razem na dużym łóżku, a na podłodze znalazłam pustą butelkę po mleku...

Niemniej noc ta dała mi mnóstwo energii - odżyłam i zaczęłam spoglądać w przyszłość z optymizmem.(Nic nowego nie powiem, ale deprywacja snu czyni spustoszenie w psychice). Nabrałam też sił, by pozałatwiać kolejne sprawy przed wyjazdem, a nawet wrócić do fioletowego koloru włosów. Pomógł mi w tym fakt, że nasza niania nadal szuka pracy, a że ma do opłacenia studia, nadal chętnie zajmuje się chłopcami w dni, kiedy nie ma rozmów kwalifikacyjnych.

Dziś była jedna z gorszych nocy z chłopcami. I to nie dlatego, że Igorek obudził się o w pół do jedenastej i zasnął tuż przed trzecią, a od północy towarzyszył mu Olafek, tylko dlatego, że chłopcy krzyczeli razem lub na zmianę przez ponad godzinę (sic!). A wszystko przez naszego kota, który zaczął głośno miauczeć pod drzwiami córki, akurat, kiedy oba bobasy odpływały w objęcia Morfeusza. Nie pamiętam już czy wspominałam, że nasz kot jest trzecim po bliźniakach budzicielem w naszej rodzinie? Zwykle wczesnym wieczorem kładzie się spać na szafie w salonie (skąd może patrzeć na nas z wyższością, jak to kot). A następnie budzi się w środku nocy albo nad ranem wyspany i spragniony ludzkiego towarzystwa. Miauczy wtedy na cały głos pod drzwiami naszej sypialni lub pokoju Weroniki. Tak się składa, że jestem jedyną dorosłą osobą w domu, której to przeszkadza, więc zrywam się, żeby otworzyć mu drzwi. Jeśli zaśnie u nas lub u córki na łóżku i pośpi do rana, możemy uważać się za szczęściarzy, ale niestety często nudzi mu się i wznawia miauczenie tym razem, żeby wypuścić go z powrotem na korytarz, ewentualnie znajduje pozostawioną przez nieostrożnego domownika szklankę z wodą lub wazon z kwiatami i próbuje się z nich napić, co z reguły kończy katastrofą...

A wracając do dzisiejszej nocy, powiem krótko (tym, którzy jeszcze mają jakiekolwiek wątpliwości), że usypianie dwóch rozkrzyczanych, ząbkujących 16-miesięczniaków to hardcore. Są już za duzi, żeby wziąć ich obu w ramiona (albo jednego w ramiona, a drugiego na kolana) i bujać. Położeni do łóżeczek wstają, rzucają smoczkami i kopią w szczebelki. Położeni na dużym łóżku uciekają z niego, stają przy drzwiach i uderzają w nie smoczkami. To wszystko oczywiście przy akompaniamencie krzyków i zawodzeń. Kiedy przytulam jednego i szczęśliwa widzę, że zaczyna się wyciszać, natychmiast rozbudza go krzyk rozżalonego brata. (Dla ułatwienia dodam, że brutalna metoda usypiania bliźniąt po kolei nie wchodzi w grę, ponieważ nie w naszym mieszkaniu brak dźwiękoszczelnych pomieszczeń). A kiedy w końcu udaje mi się ułożyć ich na dużym łóżku obok siebie z kolejnymi butelkami mleczka, długo jeszcze budzą siebie i siebie nawzajem szlochem i pojękiwaniami.

Całe szczęście, że dziś w CDK-u grają Super Girl & Romantic Boys...

poniedziałek, 6 października 2008

bobo zombie

Od kilku dni, a właściwie nocy, bobasy wystawiają naszą cierpliwość na próbę. Zasypiają normalnie około dziewiątej wieczorem, ale potem budzą się czasem o jedenastej, a czasem o pierwszej w nocy i potem jeden z nich już ani myśli spać... Wczoraj był dyżur Igora - wstał około jedenastej właśnie, a ponownie usnął kilka minut przed trzecią.

Bo właśnie doszliśmy z mężem do wniosku, że oni ustalają sobie takie dyżury - żeby pobyć trochę z mamą sam na sam, a ten, który dyżuruje w nocy, to nawet z mamą i tatą...

Jednak jako wyrozumiała i kochająca mama rozumiem, że 2w1 - przeziębienie i ząbkowanie może być ciężkie, więc na pocieszenie przygotowuję im ich ulubione, jesienne potrawy, bo na spacer po 3 - 4 godzinach snu na dobę nie mam już sił...


Szpinak po katalońsku

świeży szpinak (na naszą 5-osobową rodzinę kupuję 1,5 kg)
kilka ząbków czosnku
duża garść rodzynek
2 - 3 łyżki orzeszków pinii
oliwa z oliwek
sól

Szpinak umyć. Czosnek obrać i pokroić w plasterki. Rodzynki zalać małą ilością wrzątku. Orzeszki pinii uprażyć na suchej patelni na jasnobrązowy kolor. Na dnie garnka rozgrzać oliwę z oliwek i wrzucić na nią czosnek. Kiedy będzie złoty, dodać szpinak, osolić do smaku. Dodać rodzynki - jeśli są niesiarkowane (ekologiczne), to razem z wodą, w której się moczyły, a jeśli nie, to odcedzić je i dodać trochę wody. Dusić, aż szpinak będzie miękki. Na koniec dodać orzeszki pinii i wymieszać.


Pieczone jabłka

jabłka
rodzynki
cynamon
ew. goździki i/lub gałka muszkatołowa
folia aluminiowa

Nastawić piekarnik na 150 st. Jabłka umyć, odkroić czubek z ogonkiem mniej więcej w jednej czwartej wysokości - tak, żeby powstała "pokrywka". Wydrążyć gniazda nasienne (ja do tego celu używam obieraczki do warzyw - takiej z ostrym czubkiem). Do wydrążonych jabłek wsypać po szczypcie cynamonu i łyżeczce rodzynek i przykryć je pokrywkami z ogonkami. (Jeśli chcemy, żeby jabłka były bardziej aromatyczne i rozgrzewające, można dodać też po szczypcie gałki muszkatołowej i wbić w każde kilka goździków). Ułożyć jabłka na blasze wyłożonej folią aluminiową i wstawić do piekarnika. Piec około 15 minut, aż jabłka zrobią się całkiem miękkie. Ponieważ skórka dosłownie sama odchodzi, można też wyjąć miąższ i dodawać go do kaszek dla dzieci.

sobota, 4 października 2008

double trouble

Mimo, że na Ursynowie jest mnóstwo ścieżek rowerowych, rowerzyści dbający o kondycję bezlitośnie spychają mnie z chodników na trawnik i obdzwaniają, podczas gdy ja, dbając o moją kondycję, z trudem pcham podwójny wózek, który jest tylko o 6 kg (sic!) lżejszy ode mnie.

Kiedy próbuję wjechać do osiedlowego sklepu, sprzedawczyni już od progu proponuje mi, żebym zostawiła wózek z dziećmi przed wejściem, bo przecież się nie zmieści. Kiedy oponuję mówiąc, że zmieści się spokojnie, ona jednak nalega, żebym z nim nie wjeżdżała, co kończy się tym, że rezygnuję z zakupów w małych sklepikach i udaję się z bobasami do supermarketu. Tam udaję się do kasy pierwszeństwa i proszę czekających w kolejce, by nas przepuścili. Kasjerzy z reguły uśmiechają się do nas już z daleka, ale im jest wszystko jedno - i tak muszą wszystkich obsłużyć. Natomiast osoby stojące w kolejce reagują bardzo różnie. Raz nawet usłyszałam, że dzieci zostawia się w domu, a nie idzie z nimi po zakupy! Tylko ciekawe z kim?

Kiedy w końcu obładowani zakupami wracamy do domu metrem, czeka nas kolejna przeprawa. Po wyjściu z wagonu wracający z delegacji japiszoni z walizkami na kółkach ścigają się z nami w drodze do windy. Oczywiście z ciężkim wózkiem przegrywam na starcie. Najgorzej jest na końcowej stacji, gdzie korytarz jest dwukierunkowy - za każdym razem, gdy ktoś chce wyjść z windy na peron, jestem zmuszona wycofywać się z wózkiem, bo blokujemy całe przejście. A kiedy próbuję ustawić wózek przy tych drzwiach metra, które się na Ursynowie nie otwierają, słyszę nalegania, żebym go odsunęła, bo nie mieszczą się tam rowery...


Samo dostanie się na peron metra to osobna historia... Okoliczne stacje mają tylko pojedyncze windy, z których często korzystają osoby zupełnie niewyglądające na kogoś, kto potrzebuje nimi jechać. W związku z tym zdarza nam się długo czekać. I niestety często za nami ustawia się kolejka... Nasz bliźniaczy wózek mieści się w windzie metra na styk i zajmuje około 3/4 jej powierzchni tak, że kiedy jedziemy z mężem i bobasami, stoimy przyciśnięci do rączki wózka i naprawdę nie ma już miejsca na nikogo więcej. To jednak nie zraża innych pasażerów. Jakiś czas temu ustawiła się za nami korpulentna rodzinka - mama, tata i nastoletni synek z torbą podróżną na kółkach. Kiedy winda przyjechała i wsiedliśmy, mama dała znak ręką mężowi i synowi mówiąc "Proszę zaczekać na nas. Przecież wszyscy się zmieścimy". Nauczona przykrym doświadczeniem, próbowałam przepuszczać stojących za mną, żeby uniknąć tego typu sytuacji. Ostatnio na metrze Natolin stała za mną i wózkiem z bobasami pani z nastoletnim synem. Kiedy czekaliśmy na windę, zaproponowałam jej "Może Panią przepuszczę?" Bo my się nigdzie nie spieszymy, a wszyscy nie zmieścimy się w windzie". Pani podziękowała grzecznie, mówiąc, że ona również się nie śpieszy i może spokojnie zaczekać na następną windę. Winda przyjechała, wjechałam do niej wózkiem i zanim drzwi zdążyły się zamknąć, pani z synem dosłownie wepchnęli się do środka przyciskając mnie do rączki wózka. Oczywiście pani była młoda, zdrowa i w pełni sił (syn zresztą też) i nie mieli żadnego bagażu, a na dodatek już na dole okazało się, że nawet nie mieli zamiaru podróżować metrem - po prostu nie chciało im się przechodzić przez ulicę na pasach...

Zaś kiedy wjeżdżamy z wózkiem do restauracji lub kawiarni, witają nas nie tylko przerażone spojrzenia obsługi, ale również skrzywione miny nałogowo przesiadujących w tych lokalach yuppies. W ich oczach czytam: wózek zatarasuje przejście; dzieci na pewno nabrudzą; mogą też ściągnąć coś ze stołu; i na pewno będą rzucać dookoła smoczkami, a rodzice będą prosić kelnerów o ich wyparzanie; bobasy będą marudzić i nie dadzą nam zrelaksować się i spokojnie porozmawiać; a w ogóle, to kto normalny w dzisiejszych czasach ma 2 dzieci?!

No właśnie, kto w dzisiejszych czasach decyduje się na dwójkę dzieci? Kto zachodzi w ciążę nie mając pracy, w związku z czym nie ma praw do żadnych świadczeń socjalnych? Kto przy zdrowych zmysłach wychowuje dzieci, które w przyszłości będą produkować PKB, a tym samym pracować na emerytury tych, którym teraz tak przeszkadzają, sam nie mogąc w przyszłości liczyć na podobne świadczenia?

dzień jak codzień

U nas wszystko po staremu. Olafek nadal ma okropny katar, w związku z czym dodajemy Inhalolu do kąpieli i na noc wieszamy na kaloryferze mokrą flanelową pieluszkę tymże skropioną. A przed snem nacieramy mu klatkę piersiową i plecki Pulmexem Baby i oklepujemy - na szczęście bardzo to lubi, zwłaszcza, że w trakcie opowiadam mu "a teraz idą słonie bum, bum, bum, a teraz biegnie stado nosorożców" itp.

Dziś przyszły 3 walizki, które zamówiłam przez sieć. Moja jest największa i oczywiście najładniejsza - w kwiatki. Są ogromne, ale i tak wydaje mi się, że nie damy rady się w nie spakować. Zakupiłam również na Allegro 4 paczki pieluszek do pływania oraz sandałki dla Igorka (Olafek już miał).

Wczoraj bobasy postanowiły urządzić sobie kino nocne. Obudziły się i siebie nawzajem około 23:30 i postanowiły już nie spać. Dobrze, że mamy dwa kanały dla maluchów, które nadają przez całą dobę. Chłopcy oglądali więc telewizję w leżaczkach-bujaczkach do trzeciej nad ranem (sic!) głośno wymieniając się uwagami na temat filmów. Kiedy złapałam się na tym, że zasypiam na siedząco, przewinęłam ich i ułożyłam w łóżeczkach z butelkami mleka ryżowego. Wyglądali na bardzo zadowolonych, ale kiedy mleko się skończyło, wyrzucili butelki i zaczęli lamentować. Oczywiście skapitulowałam i wzięłam ich do naszego łóżka. Olafek w ciągu kilku minut usnął. Natomiast Igorek zszedł z łóżka i zaczął bawić się po ciemku. Skończyło się to oczywiście guzem i płaczem. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już ile razy tej nocy uspokajałam go i przytulałam pomagając znaleźć zagubionego smoczka. Jak przez mgłę pamiętam, że notorycznie próbował kłaść się w poprzek łóżka na poduszkach - głową uderzając w twarz męża, a nogami - w moją.

Mąż został doceniony w pracy, w związku z czym wrócił dziś do domu o w pół do dziewiątej. Kiedy wrócił zastał mieszkanie bardziej kolorowe niż zwykle, bo dziś był dzień rysowania - po ścianach w przedpokoju, po lustrze, po kaloryferach, po drzwiach od pokoju i łazienki. Poza tym był to również kolejny dzień nieskrępowanej aktywności, polegającej między innymi na tym, że kiedy dosłownie na 2 minuty udałam się do łazienki, po powrocie zastałam Igorka siedzącego na moim stojącym na stole (na szczęście zamkniętym) laptopie dzwoniącego do mechanika samochodowego z mojej komórki. A Olafek w tym czasie dosłownie rozbijał się swoim autkiem-jeździkiem z bagażnikiem wypchanym po brzegi kredkami i flamastrami po całym mieszkaniu.