czwartek, 9 października 2008

bobokracja

Bobasy przejęły kontrolę i niepodzielnie rządzą naszym życiem. Ostatnio nasza najlepsza noc wyglądała tak, że Igorek usnął około dziewiątej, a Olafek tuż po północy. Kiedy odniosłam go od łóżeczka, mąż, niezmiernie tym uradowany, zaproponował mi wyjście na taras na papierosa, mówiąc "zaszalejmy, cieszmy się życiem!". Następnego dnia obudziło nas dopiero przyjście niani o dziewiątej rano i to była najdłuższa, przespana noc w ciągu kilku ostatnich tygodni. Oczywiście nie była to noc przespana nieprzerwanie, bo w międzyczasie bobasy zdążyły się obudzić - wywnioskowałam to po tym, że rano spaliśmy wszyscy razem na dużym łóżku, a na podłodze znalazłam pustą butelkę po mleku...

Niemniej noc ta dała mi mnóstwo energii - odżyłam i zaczęłam spoglądać w przyszłość z optymizmem.(Nic nowego nie powiem, ale deprywacja snu czyni spustoszenie w psychice). Nabrałam też sił, by pozałatwiać kolejne sprawy przed wyjazdem, a nawet wrócić do fioletowego koloru włosów. Pomógł mi w tym fakt, że nasza niania nadal szuka pracy, a że ma do opłacenia studia, nadal chętnie zajmuje się chłopcami w dni, kiedy nie ma rozmów kwalifikacyjnych.

Dziś była jedna z gorszych nocy z chłopcami. I to nie dlatego, że Igorek obudził się o w pół do jedenastej i zasnął tuż przed trzecią, a od północy towarzyszył mu Olafek, tylko dlatego, że chłopcy krzyczeli razem lub na zmianę przez ponad godzinę (sic!). A wszystko przez naszego kota, który zaczął głośno miauczeć pod drzwiami córki, akurat, kiedy oba bobasy odpływały w objęcia Morfeusza. Nie pamiętam już czy wspominałam, że nasz kot jest trzecim po bliźniakach budzicielem w naszej rodzinie? Zwykle wczesnym wieczorem kładzie się spać na szafie w salonie (skąd może patrzeć na nas z wyższością, jak to kot). A następnie budzi się w środku nocy albo nad ranem wyspany i spragniony ludzkiego towarzystwa. Miauczy wtedy na cały głos pod drzwiami naszej sypialni lub pokoju Weroniki. Tak się składa, że jestem jedyną dorosłą osobą w domu, której to przeszkadza, więc zrywam się, żeby otworzyć mu drzwi. Jeśli zaśnie u nas lub u córki na łóżku i pośpi do rana, możemy uważać się za szczęściarzy, ale niestety często nudzi mu się i wznawia miauczenie tym razem, żeby wypuścić go z powrotem na korytarz, ewentualnie znajduje pozostawioną przez nieostrożnego domownika szklankę z wodą lub wazon z kwiatami i próbuje się z nich napić, co z reguły kończy katastrofą...

A wracając do dzisiejszej nocy, powiem krótko (tym, którzy jeszcze mają jakiekolwiek wątpliwości), że usypianie dwóch rozkrzyczanych, ząbkujących 16-miesięczniaków to hardcore. Są już za duzi, żeby wziąć ich obu w ramiona (albo jednego w ramiona, a drugiego na kolana) i bujać. Położeni do łóżeczek wstają, rzucają smoczkami i kopią w szczebelki. Położeni na dużym łóżku uciekają z niego, stają przy drzwiach i uderzają w nie smoczkami. To wszystko oczywiście przy akompaniamencie krzyków i zawodzeń. Kiedy przytulam jednego i szczęśliwa widzę, że zaczyna się wyciszać, natychmiast rozbudza go krzyk rozżalonego brata. (Dla ułatwienia dodam, że brutalna metoda usypiania bliźniąt po kolei nie wchodzi w grę, ponieważ nie w naszym mieszkaniu brak dźwiękoszczelnych pomieszczeń). A kiedy w końcu udaje mi się ułożyć ich na dużym łóżku obok siebie z kolejnymi butelkami mleczka, długo jeszcze budzą siebie i siebie nawzajem szlochem i pojękiwaniami.

Całe szczęście, że dziś w CDK-u grają Super Girl & Romantic Boys...

Brak komentarzy: