środa, 29 października 2008

long time no see

Właśnie wróciliśmy z Cypru. Nasi chłopcy byli tam gwiazdami - może dlatego, że byli chyba jedynymi bliźniakami w całej Ayia Napa. Dosłownie co druga mijana osoba zaczepiała nas pytając o wiek, płeć, narodowość i imiona chłopców, a niektórzy, ku naszemu zdumieniu pytali również, czy to aby na pewno bliźnięta. Zupełnie odwrotnie niż w Warszawie, gdzie prawie nikt nie zwraca na nich uwagi, a jeśli już zwróci, najczęściej pyta, jak ich odróżniamy. A wszystko dlatego, że na warszawskim Ursynowie, jest mnóstwo bliźniąt, mieszkają również trojaczki, a nawet jedne czworaczki. Na Cyprze chyba jest ich po prostu mniej (zwłaszcza, że cała wyspa ma blisko dwukrotnie mniej mieszkańców niż Warszawa), choć poznaliśmy ratownika, któremu właśnie urodziły się trojaczki - dwóch chłopców i dziewczynka. Świeżo upieczony tatuś był naprawdę przerażony ogromem pracy, który z dnia na dzień spadł na jego żonę i teściową. Poza tym wiele osób okazało się być rodzicami bądź dziadkami odchowanych bliźniąt. W tych okolicznościach siłą rzeczy spędziliśmy mnóstwo czasu na rozmowach o dzieciach w kilku językach i z przedstawicielami różnych nacji i ras. Czasami było to męczące, zwłaszcza gdy rozmowy te sprowadzały się do zdawkowej wymiany tych samych pytań i uprzejmości, lecz często przedłużały się i stawały głębsze, co przypominało mi, że chcąc nie chcąc jestem częścią wielkiej rodziny ludzkiej i na najgłębszym poziomie moja egzystencja nie różni się bardzo od doświadczeń życiowych Eskimosów czy Buszmenów. Bez względu na krąg kulturowy, status społeczny, wiek czy wyznanie dziecko zawsze wprowadza w nasze życie chaos, przesuwa granice naszego egoizmu, przynosi lęk, zmęczenie, mnóstwo cierpliwości, łagodności i miłości.

Sposobność mówienia po angielsku, słowacku i francusku oraz łamanym niemieckim, rosyjskim i włoskim sprawiły mi dużo frajdy i jednocześnie skłoniły do refleksji. Paradoksalnie w tym kosmopolitycznym środowisku (spotkaliśmy na Cyprze turystów z Polski, Niemiec, Rosji, Indii, Austrii, Szwajcarii, Norwegii oraz Wielkiej Brytanii oraz pracujących w tamtejszym przemyśle turystycznym Polaków, Bułgarów, Słowaków, Czechów, Niemców, Włochów, Rosjan, Amerykanów i Pakistańczyków), gdzie uniwersalnym językiem jest angielski, nacją, która jest najmniej rozumiana są Brytyjczycy - ci z najładniejszym akcentem i posługującym się współczesnym lingua franca najbieglej. Ba, nawet ja z moim zawodowym skrzywieniem (z wykształcenia jestem nauczycielką angielskiego) cierpiałam katusze słysząc zewsząd zwroty typu: "long time no see".

W tym międzynarodowym towarzystwie osobą, do której zbliżyliśmy się najbardziej, była Bułgarka - Rumyana, pracująca w naszym hotelu jako kelnerka. Zaufaliśmy jej na tyle, że na jeden wieczór powierzyliśmy jej opiece bobasy. Ta ciekawa osoba spędziła kilka lat we Włoszech i w Iraku i zwiedziła kawał świata, a teraz układa sobie życie na Cyprze.

Brak komentarzy: