piątek, 10 października 2008

w klubie samotnych serc

Olafek nadal ma katar. Boję się, co to będzie w samolocie. Ale jest z tego długotrwałego kataru jeden pożytek - mając zaledwie rok i cztery miesiące nauczył się smarkać nosek (oczywiście ja trzymam mu chusteczkę, a on w nią parska), a także zaakceptował fridę - to znaczy nie polubił jej, ale znosi zabiegi nią wykonywane z godnością.

Powoli kompletuję rzeczy na wyjazd. Dziś przyszły uszyte w ostatniej chwili Mei Taje - są przepiękne: mój czekoladowo-brązowy z niewielką domieszką szarości, czerni, bieli i kroplą pomarańczu, a męża jest całkiem czarny z jednej strony, a z drugiej ma biało-czarny panel. Teraz pozostaje nam tylko nauczyć się je wiązać według instrukcji z YouTube.

Nasza niania dostała wreszcie wymarzoną pracę w banku, więc klamka zapadła - po powrocie ponownie rozpoczynam poszukiwania, zwłaszcza, że mam szansę na fajne zlecenie.

Byliśmy na koncercie i trochę się wyskakaliśmy, choć nie tak wiele jak byśmy chcieli, bo nieprzespane noce obniżyły nam formę. Gwiazda wieczoru - Super Girl&Romantic Boys nas rozczarowali, natomiast miłym zaskoczeniem okazał się być support Krzyz:Kross. Nie znałam ich wcześniej, ale szybko zaskarbili sobie moją sympatię - nie tylko graniem, ale również bezpretensjonalnością. Tej ostatniej bardzo brakowało widowni, ale jak człowiek chadza na koncerty, na których bawią się ludzie w wieku jego dzieci, to nie powinien narzekać. A propos młodej widowni, ze zdumieniem skonstatowałam, że te dzieciaki, znają na pamięć teksty polskich hitów z lat osiemdziesiątych, (kiedy to ich rodzice sami byli jeszcze nastolatkami), a to dzięki coverom.

Brak komentarzy: