wtorek, 25 listopada 2008

dysko

Nasza ulubiona pani doktor zbadała oba bobasy i stwierdziła, że nic im nie dolega. Mało tego, obaj są okazami zdrowia i przykładem na "związek sposobu odżywiania (a konkretnie weganizmu) ze zdrowiem". Badanie wykazało jedynie wyjątkową wrażliwość układu wegetatywnego Igorka, o czym wiedzieliśmy już wcześniej. I teraz pozostaje pytanie, co Igorek odreagowuje nie śpiąc po nocach? Poza tym doszłyśmy obie do wniosku, że wyżej wymieniony jest typem, który regularnie rozgrywa z mamą batalie - zaczęło się od karmienia, a obecnie jesteśmy na etapie spania... Chłopcy dostali homeopatyki w iście homeopatycznej dawce dwóch granulek raz w tygodniu. Na razie przyjęli więc te "magiczne kuleczki" tylko raz, ale wierzę, że zadziałają.

Na trafność diagnozy wskazuje fakt, że kiedy w sobotnią noc chłopcy zostali z nianią, a ja udałam się na imprezę, Igorek spał jak kamień. Koncert w Jadłodajni Filozoficznej okazał się totalnym niewypałem z powodu awarii sprzętu. Niemniej bawiłam się dobrze w towarzystwie wykonawców i nie tylko, i jak to zwykle bywa trochę poskakałam. Otrzymałam nawet propozycję zaśpiewania chórku, którą oczywiście skwapliwie odrzuciłam.

W niedzielę udaliśmy się we czwórkę: mąż, bobasy i niżej podpisana, na spotkanie forumowiczów z wegedzieciaka. Było przesympatycznie. Igorek od razu się rozkręcił - obdarowywał wszystkich swoim gwiazdorskim uśmiechem i zachłannie częstował się tym, co udało mu się ściągnąć ze stołu. Olafek na początku przeżył fazę onieśmielenia i przytulania się do mamy, która to faza na szczęście szybko mu minęła. A potem rozkręcił się do tego stopnia, że zaczął wozić brata w spacerówce dla lalek, co nieuchronnie musiało zakończyć się kraksą. (Swego czasu miałam duże opory przed spotykaniem w realu ludzi poznanych w sieci, ale ta impreza utwierdziła mnie w przekonaniu, że niesłusznie.)

A dzisiaj po raz pierwszy byliśmy na spacerze bez wózka, Mei Taia itp. Najpierw oba bobasy szły grzecznie za rączkę, a potem byłam zmuszona nieść rozmarudzonego Igorka pod pachą. Ale wcześniej zdążyliśmy obserwować przelatujące samoloty, obejrzeć zaparkowane samochody i dotknąć śniegu.

środa, 19 listopada 2008

enjoy the silence

Właśnie wyszłam na taras i zobaczyłam pierwszy śnieg. I choć szczerze nie znoszę zimy i śniegu, to muszę przyznać, że jest w tej chwili coś magicznego. Pierwszy pąk na gałęzi, czy pierwszy przelatujący motyl są na tyle ulotne, że łatwo przeoczyć chwilę, w której je dostrzegliśmy, ale nie sposób przeoczyć nagle odmienionego, otulonego bielą świata, nie sposób się nie zadziwić i nie odczuć pokory. W takich chwilach dostrzegam piękno zimy, bo ta mroźna, roziskrzona, miękka cisza jest niewątpliwie piękna. Nawet przyszło mi do głowy, żeby w tym roku wyjechać gdzieś na Święta, ale zaraz odezwał się głos rozsądku przypominając o małym samochodzie, o korkach i lodzie na szosach i o tym, że moglibyśmy wyjechać tylko na pięć dni, z czego dwa spędzilibyśmy w podróży. W ten sposób kolejny raz leń i hedonista wzięli we mnie górę nad poszukiwaczem przygód.

A siedzę w nocy i nie śpię nie z jakiejś szczególnej pracowitości, ale dlatego, że towarzyszę bezsennemu chwilowo Igorkowi. Co ma swoje dobre strony, bo kończę kolejne tłumaczenie, no a poza tym zobaczyłam pierwszy śnieg, po którym jutro rano pewnie nie będzie śladu.

W trakcie spaceru zajrzeliśmy dziś z bobasami do naszej rejonowej przychodni. Chłopcy zostali zważeni i zmierzeni. Igorek waży 10,5, a Olafek 11,4 kg, wzrostu mają odpowiednio - 79 i 81,5 cm. Czyli, jeśli brać pod uwagę pomiary z końca lata, które wykonałam przy użyciu pożyczonej i nie do końca sprawnej wagi łazienkowej oraz miarki budowlanej, dystans między chłopcami powoli się zmniejsza - potwierdzają to również opinie osób, które nie widzą ich na co dzień. A na koniec bardzo miła pielęgniarka zapytała, czy nie wybieram się z nimi na bilans dwulatka. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że oczywiście, ale w czerwcu.

poniedziałek, 17 listopada 2008

weekenders on our own

Godzina jest późna, a chłopcy, odpukać, śpią całkiem dobrze - tylko Igorek zrobił jedną, małą pobudkę. Ale poprzednia noc była okropna - bobasy budziły się niezliczoną ilość razy, a właściwie budził się Igorek, który swoim płaczem budził Olafka... W czwartek idziemy do naszej ulubionej pani doktor i mam nadzieję, że nam coś poradzi.

Mimo to uważam jednak ten weekend za udany. Po pierwsze, udało mi się ufarbować włosy na piękny, głęboki, wibrujący fiolet, który osiągnęłam przy użyciu gencjany (sic!), co przypomniało mi licealne czasy farbowania ciuchów na czarno w garnku na kuchence i domowej produkcji lakierów do paznokci z plakatówek i atramentu. Po drugie, przetłumaczyłam 3 artykuły dla Linux Magazine, czyli wyrobiłam normę w 150 procentach, bijąc jednocześnie mój rekord nocnej pracy przy komputerze - wczoraj pisałam do 6:30 (sic!). Po trzecie, udało mi się ugotować tajską zupę warzywną z mlekiem kokosowym i limonką, która dorównała smakiem tej, z naszej ulubionej restauracji.

Chłopcy spędzili większość weekendu pod opieką taty, co wszystkim wyszło na dobre - ja odespałam zaległości i popracowałam, a oni dobrze się bawili.


Przepis na tajską zupę

trawa cytrynowa - 1 szt.
limonka - 1 szt.
grzyby - mun lub shitake - 4 -5 szt.
warzywa - może być włoszczyzna bez pora, brokuły, kalafior, kapusta pekińska
pieczarki - 6 - 8 szt.
mleko kokosowe - 1 puszka (ok. 400 g)
rosołek wegetariański - do smaku
pasta curry - do smaku
świeża kolendra

Grzyby zalać wrzątkiem i pozostawić na około pół godziny, a następnie wlać wraz z wywarem do garnka i dodać trawę cytrynową, dolać wody i gotować na wolnym ogniu przez 15 - 20 minut. Warzywa obrać i pokroić - korzeniowe w plasterki, brokuły i kalafior - w różyczki, kapustę - w grube paski; dodać do zupy i gotować. Następnie dodać obrane i pokrojone w plasterki pieczarki. Kiedy warzywa będą miękkie, dodać rosołek i sok wyciśnięty z limonki, zagotować. Stale mieszając dodać mleko kokosowe i gotować przez około 2 minuty. Pod koniec gotowania można dodać pastę curry. (My dodawaliśmy ją już na talerzach, żeby chłopcy mogli jeść zupę wraz z nami.) Można podawać posypaną posiekanymi listkami świeżej kolendry (ale ja tak nie podaję, bo świeżej kolendry nie znoszę).

czwartek, 13 listopada 2008

I'm so tired

Jestem coraz bardziej sfrustrowana. Jakiś czas temu pisałam o nocnym życiu bobasów i właściwie problem jest nadal aktualny. Chłopcy wprawdzie zasypiają dość szybko, ale budzą się poczynając od drugiej w nocy (sic!). Mam już dość słuchania zewsząd, że "w tym wieku (niedawno skończyli 17 miesięcy) już dawno powinni przesypiać całą noc". Ja to wiem, problem w tym, że oni - nie.

Szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko usypianiu własnych dzieci do wieku późno przedszkolnego bądź wczesnoszkolnego, kiedy to zaczną samodzielnie czytać przed snem książeczki. Ba, uważam to za jeden z przyjemniejszych i ważniejszych rodzicielskich obowiązków. Jednak chciałabym, dopełniwszy tego obowiązku, móc spać snem sprawiedliwego, a nie budzić się kilkakrotnie w ciągu nocy.

Ba, gdyby problemem było samo budzenie się, nie robiłabym z tego... problemu. Odkąd urodzili się chłopcy, śpię tak czujnie, że budzi mnie najmniejszy szmer - jestem natychmiast przytomna, zwarta i gotowa do działania. Olafkowi, który czasem krzyczy przez sen, na ogół wystarczy podać smoczka, choć zdarza się, że dalej jest niespokojny, wtedy biorę go do naszego łóżka i to z reguły wystarcza. Znacznie gorzej jest z Igorkiem, który zdaje się cierpieć na jakąś wczesnodziecięcą odmianę bezsenności. Po przebudzeniu, często ze smoczkiem w ustach, potrafi jęczeć i wiercić się godzinami... Na próby przytulenia reaguje niechęcią, a położony w naszym łóżku - ucieka z niego i biegnie do drzwi sypialni żądając, by wypuścić go na wolność. A kiedy czasem zdarza się, że Igorek, jakimś cudem, prześpi calutką noc, Olafek przejmuje jego obowiązki (chyba mają jakiś grafik). I tym sposobem nagminnie nie sypiam do piątej rano. I nawet jeśli potem śpimy do dziesiątej, nie czuję się wypoczęta.

Jedyną prawie w stu procentach pewną metodą ponownego uśpienia bobasów jest podanie im mleczka. Ale po pierwsze, nikomu nie chce się go w nocy przyrządzać; po drugie, kiedy wyjdę do kuchni bobas/bobasy lamentują jeszcze głośniej, a jeśli powierzę to niewdzięczne zadanie mężowi, wiadomo, że rano będzie nieprzytomny; i wreszcie po trzecie, wraz z ilością wypitego w ciągu nocy mleczka rośnie prawdopodobieństwo przemoczenia pieluszki i śpioszków, które powoduje kolejną pobudkę, więc błędne koło się zamyka.

Próbowaliśmy już wielu sposobów. Stałych rytuałów zasypiania. Viburcolu. A ostatnio nawet przemeblowaliśmy całą sypialnię tak, by bobasy miały głowy na północny-zachód (dokładnie na północ się nie da, bo nasz blok stoi ukośnie w stosunku do stron świata). Mądrzy ludzie prześcigają się w dobrych radach i hipotezach - a może to ząbki, a może to brzuszek, a może za dużo wrażeń wieczorem, a może za mało ruchu na świeżym powietrzu w ciągu dnia... Mądre poradniki pełne są rad, jak nauczyć dziecko samodzielnie zasypiać i nigdy, ale to przenigdy nie budzić się w nocy. Niestety z reguły nie wspominają one, co robić, kiedy dwa bobasy śpią koło siebie (dosłownie łóżeczko w łóżeczko) i płacz jednego natychmiast wybija ze snu brata. Natomiast jedyna wydana w Polsce książka na temat bliźniąt, na jaką trafiłam, w ogóle nie porusza tematu snu - może właśnie dlatego, że bliźnięta nie sypiają?

sobota, 8 listopada 2008

we are the champions

Tak, jak powiedziała mi poznana na wakacjach niemiecka położna, nota bene, matka 14-letnich bliźniąt, każdy dzień przynosi teraz nowe umiejętności i z każdym dniem jest lepiej (o nieprzespanych nocach nie wspomniała, ale może nie wpadło jej do głowy, że 17-miesięczny Igorek może nie rozumieć, co znaczy "noc").

Chłopcy bez ustanku testują i ćwiczą nowe umiejętności. Igorek nauczył się wyrzucać brudne pieluszki do kosza - bierze złożoną przeze mnie pieluszkę w jedną rękę, a drugą ręką chwyta moją dłoń i maszeruje do kosza, gdzie z uśmiechem robi "bam!" i zamyka szafkę. Olafek z kolei zamyka wszystkie pozostałe drzwi - kiedy rano wstajemy i idziemy z sypialni do pokoju. Nie pomija nawet drzwiczek od pralki i zmywarki. Zresztą nastawianie prania i rozładowywanie zmywarki, to ulubione rozrywki bobasów.

Jeśli chodzi o chodzenie, to Olafek dosłownie biega. Igorkowi wciąż zdarza się poruszać na klęczkach, ale w dniu, kiedy zaczęłam się tym naprawdę martwić, za namową babci pokonał samodzielnie cały salon i kuchnię, więc teraz już wiem, że po prostu nie zawsze chce mu się maszerować...

Obaj dostali nowe samochodziki. Olafek od razu wypróbował swój - wsiadł na niego i rozwinął maksymalne przyśpieszenie, a potem ćwiczył zawracanie w miejscu podpierając się jedną nogą. Natomiast Igorek podszedł do sprawy analitycznie - najpierw zbadał dostępne melodyjki i funkcje świateł (można włączyć migacze) oraz bagażnik i klakson, a dopiero potem zaczął docierać nowy pojazd.

Dziś bobasy odkryły, że można przechodzić tunelem między kanapą i ścianą w dużym pokoju. Zorientowały się również, że w jednej z książeczek jest zdjęcie samolotu, (których, od czasu naszej podróży obaj są ich wielkimi fanami - na dźwięk samolotu zadzierają głowy i wpatrują się w zachmurzone niebo wskazując w górę palcami). Niestety, książeczka jest tylko jedna... A właśnie weszli w wiek, w którym wszystko powinno być w dwóch identycznych egzemplarzach - inaczej konflikt murowany i nie mówię o narzekaniu czy agresji słownej, ale o rękoczynach i wolnej amerykance z gryzieniem w głowę włącznie.

Z drugiej strony, potrafią również coraz lepiej kooperować. Przedwczoraj Olafek woził Igorka siedzącego dumnie na autku po całym mieszkaniu - inna sprawa, że często woził go w innym kierunku niż Igorek sobie życzył, ale obaj się cieszyli (do momentu, kiedy Olafek stwierdził, że usiądzie razem z bratem). Zdarza się też, że obaj jednocześnie zapragną się huśtać i usiądą na foczce. Próbują też grać ze sobą w piłkę - Igorek genialnie podaje.

Olafek nauczył się również robić "puk, puk!" zwija rączkę w piąstkę i puka do drzwi. Igorek z kolei rozwija umiejętność kokietowania otoczenia (jakby jego czarujący uśmiech nie wystarczył) i kiedy ktoś mu pomacha, albo w otoczeniu padnie zwrot zbliżony do "pa, pa!" macha i kręci obydwiema rączkami jednocześnie - jak przy robieniu "falbanek" we flamenco.

Dziś mieliśmy gości - moją koleżankę z półroczną córeczką. Olafek był zainteresowany głównie jej fotelikiem - gondolką, w którym bujał się, aż się przewrócił do góry nogami. Igorek natomiast nawiązał kontakt z obiema paniami. Młodszą usiłował karmić chrupkiem kukurydzianym, a do starszej uśmiechał się tak długo, aż wzięła go na ręce. (Nie bez powodu na wakacjach zaczęliśmy nazywać go "lady killer").

czwartek, 6 listopada 2008

there's always the sun

Generalnie rzecz biorąc powietrzna podróż z bobasami zaskoczyła mnie pozytywnie. Przed wyjazdem tyle się naczytałam o tym jak dzieci płaczą podczas startu i lądowania, że przygotowałam im na drogę ogromne ilości mleka i oczywiście smoczki i smoczki zapasowe, bo jak powszechnie wiadomo ssanie i przełykanie śliny niweluje dolegliwości wywołane gwałtowną zmianą ciśnienia.

Niezorientowanym przypomnę, że w drodze na Cypr znaleźliśmy się na krakowskim lotnisku w Balicach o 4 rano po bezsennej dla nas i prawie bezsennej dla bobasów nocy spędzonej w autokarze. Igorek zasnął szybko włożony do wózka, a Olafek był w świetnej formie. Śmiał się na głos, kiedy posadziłam go na górnej półce wózka bagażowego (nawet nie wiedziałam, że idealnie nadaje się ona do przewozu siedzących dzieci) i biegałam z nim po całym, pustym o tej barbarzyńskiej porze lotnisku. Celnicy na odprawie bagażowej byli bardzo mili i przymknęli oko na nasze kilkanaście kilo (sic!) nadbagażu. Niestety, jak to często w polskich warunkach bywa, odprawa paszportowa wyglądała kuriozalnie. Podjechaliśmy do bramki ze Igorkiem, który bogu ducha winny, spał spokojnie w wózku i z Olafkiem uśmiechającym się do wszystkich z wysokości górnej półki wózka bagażowego obładowanego naszym bagażem podręcznym. Na wstępie usłyszeliśmy, że ponieważ nasz bliźniaczy wózek nie zmieści się w bramce, nie mówiąc już o taśmie, musimy wyjąć z niego śpiące dziecko i przejść z nim przez bramkę, a wózek zostawić z boku, żeby celnicy mogli go sprawdzić. (Ciekawa jestem, czy inwalidom proponują przejście przez bramkę na piechotę, bo skądinąd wiem, że wózek chłopców ma bardzo podobne wymiary). Próbowałam oczywiście protestować, mówiąc, żeby obmacali wózek z leżącym w nim dzieckiem, ale służbiści się nie zgodzili. Kiedy znalazłam się po drugiej stronie bramki (na szczęście nie miałam na sobie paska z klamrą ani niczego metalowego, bo pewnie kazaliby mi odłożyć gdzieś śpiące dziecko i opróżniać kieszenie), musiałam poczekać dobrych dziesięć minut, aż wózek zostanie przeszukany. W międzyczasie mąż zażartował na temat próbowania mleka, które mieliśmy przygotowane dla chłopców w butelkach ze smoczkami. Celniczka, zajmująca się prześwietlaniem bagażu podręcznego, stwierdziła, że nie będzie to potrzebne, na co jej kolega natychmiast zaprotestował kategorycznie żądając, by mąż jednak napił się tego mleka. Ponieważ przeżył, przepuszczono nas wszystkich na drugą stronę. Jednak w bagażu podręcznym mieliśmy dodatkowo nierozpieczętowany karton mleka dla chłopców. Kolejny celnik bardzo długo czytał jego etykietki nie zwracając uwagi na moje tłumaczenia. W końcu zawołał "komendanta", który powtórzył tę procedurę, a kiedy wyjaśniałam mu, że to mleko ryżowe, bo nasze dzieci innego nie piją i że to to samo mleko, które mamy w butelkach spoglądał na mnie wzrokiem bez wyrazu. W końcu westchnął, wzruszył ramionami i odłożył to nieszczęsne mleko z powrotem do naszej torby. Na koniec pobytu w Balicach spotkała nas jednak bardzo miła niespodzianka - okazało się, że jest tam świetnie wyposażony kącik zabaw dla dzieci, w którym Olafek spędził kilkadziesiąt minut świetnie się bawiąc - głównie w otwieranie i zamykanie drzwi do plastikowego domku.

Na pokładzie samolotu spotkała nas kolejna, niemiła niespodzianka, a mianowicie okazało się, że przydzielono nam miejsca na początku samolotu, które były zarezerwowane dla drugiej załogi powracającej na Cypr i to w dwu różnych rzędach. Jednak cypryjska załoga była tak miła, że momentalnie pozamieniała się z nami miejscami, w rezultacie czego siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, gdzie jest mnóstwo miejsca na nogi, a na dodatek koło siebie i przy oknie. Od strony korytarza siedziała obok nas powracająca do domu przemiła, cypryjska stewardesa, która zapałała ogromną sympatią do Igorka. Bo tuż po starcie Olafek usnął wyglądając przez okno w ramionach taty, a Igorek obudził się rześki i wypoczęty. Ta sympatyczna dziewczyna nie tylko brała naszego pierworodnego na kolana, ale również spacerowała z nim po całym samolocie i przedstawiała pozostałym członkom obu załóg, dzięki czemu Igorek zniósł dzielnie cały lot i wyczerpany wrażeniami usnął dosłownie na chwilę przed lądowaniem.

Kiedy w Larnace wysiedliśmy z samolotu spotkało nas kolejne, niemiłe zaskoczenie - wózek na nas nie czekał. A ponieważ miałam śpiącego Igorka na rękach i pogoda była piękna, usiadłam, trzymając go w ramionach, na płycie lotniska tuż koło samolotu i wózek zaraz się znalazł.

W drodze powrotnej mieliśmy po raz kolejny okazję przekonać się, jak bardzo różni się nasza mentalność od mentalności mieszkańców południowej Europy. Kolejny raz nie zapłaciliśmy za nadbagaż (choć innym osobom skrupulatnie naliczano dopłaty), celnicy poprzesuwali barierki, żebym mogła przejechać z wózkiem, w którym tradycyjnie spał Igorek, (oczywiście nikt poza nami nawet tego wózka nie dotknął), a odpowiedzią na moje pytanie o to, czy możemy w bagażu podręcznym mieć: mleko w butelkach ze smoczkami, soczek pomarańczowy w kartonie i wodę mineralną, były szerokie uśmiechy i potakiwania. Kiedy przechodziliśmy przez odprawę celną, przy bramce zgromadzili się chyba wszyscy celnicy (również ci z odprawy bagażowej) wypytując nas o wiek i imiona chłopców i machając na pożegnanie roześmianemu Olafkowi. Z tego wszystkiego przez roztargnienie przemyciłam w bagażu podręcznym surowo zakazane narzędzie terrorystów, jakim, jak powszechnie wiadomo, jest obcinacz do paznokci dla niemowląt.

Kiedy wchodziliśmy na pokład samolotu, przemknęło mi przez myśl, że miło byłoby znów zobaczyć stewardesę, która poprzednio tak fajnie opiekowała się Igorkiem. I oczywiście była tam - tym razem na służbie i w pełnej gali - od razu nas poznała i stwierdziła, że chłopcy bardzo urośli przez te 2 tygodnie. Tym razem dostaliśmy miejsca koło siebie, a uczynna współpasażerka (jak się później okazało żona jednego z pilotów) zamieniła się z nami tak, żebyśmy mogli siedzieć przy oknie. O dziwo, chłopcy, chociaż tym razem byli bardziej wypoczęci, podróż powrotną znieśli gorzej. W dalszych rzędach jest jednak bardzo mało miejsca i o ile Olafek, który uwielbia się przytulać, szybko zasnął, to Igorek po początkowej fascynacji wnętrzem maszyny i widokami za oknem, zawodził na pół samolotu. Nasza sąsiadka próbowała wziąć go na ręce i na spacer między rzędami, ale był zbyt zmęczony i odmawiał jakiejkolwiek współpracy. W końcu ta dobra kobieta odstąpiła nam swoje miejsce, żebym mogła go ułożyć do snu i oddaliła się do męża. Igorek ułożony na pustym siedzeniu szybko usnął i oba bobasy twardo przespały resztę lotu wraz z lądowaniem.

Niestety na Okęciu sytuacja się powtórzyła - znów brak wózka, a tym razem obaj chłopcy smacznie spali. W tych okolicznościach mąż poszedł do personelu lotniska i oświadczył, że zostaniemy w samolocie, dokąd nie dostarczą pod drzwi wózka, bo chyba nie wyobrażają sobie, że weźmiemy bagaż podręczny i dwójkę śpiących dzieci i będziemy pokonywać z nimi kilometry dzielące nas od odprawy paszportowej, nie mówiąc już o odbiorze bagażu. Wprawdzie obsługa warszawskiego lotniska dała nam odczuć, że jest wściekła i wspominała coś o opóźnieniach lotu z naszej winy, ale wózek natychmiast się znalazł. (Niestety inni pasażerowie, którzy nie byli tak asertywni, dźwigali swoje dzieci aż do odbioru bagażu - dobrze, że mieli pojedyncze).

Po raz pierwszy miałam okazję odwiedzić nowy terminal na warszawskim Okęciu. Zaskoczył mnie pozytywnie za wyjątkiem pokoju dla matki z dzieckiem, w którym nie było miejsca, żeby usiąść i nie zamykały się drzwi (a co z matkami karmiącymi piersią?). Jak na każdym przyzwoitym lotnisku trzeba pokonać w nim niekończący się labirynt bezosobowych korytarzy - w tym przypadku skleconych na prętce z drucianej siatki i blaszanych paneli, co niewątpliwie ma swój postmodernistyczny urok.

A tytuł posta stąd, że zarówno, kiedy wylatywaliśmy z Polski, jak i kiedy do niej wracaliśmy, nasz piękny kraj okrywała nieprzenikniona warstwa chmur... i właśnie lecąc samolotem zawsze sobie o tym przypominam.