czwartek, 6 listopada 2008

there's always the sun

Generalnie rzecz biorąc powietrzna podróż z bobasami zaskoczyła mnie pozytywnie. Przed wyjazdem tyle się naczytałam o tym jak dzieci płaczą podczas startu i lądowania, że przygotowałam im na drogę ogromne ilości mleka i oczywiście smoczki i smoczki zapasowe, bo jak powszechnie wiadomo ssanie i przełykanie śliny niweluje dolegliwości wywołane gwałtowną zmianą ciśnienia.

Niezorientowanym przypomnę, że w drodze na Cypr znaleźliśmy się na krakowskim lotnisku w Balicach o 4 rano po bezsennej dla nas i prawie bezsennej dla bobasów nocy spędzonej w autokarze. Igorek zasnął szybko włożony do wózka, a Olafek był w świetnej formie. Śmiał się na głos, kiedy posadziłam go na górnej półce wózka bagażowego (nawet nie wiedziałam, że idealnie nadaje się ona do przewozu siedzących dzieci) i biegałam z nim po całym, pustym o tej barbarzyńskiej porze lotnisku. Celnicy na odprawie bagażowej byli bardzo mili i przymknęli oko na nasze kilkanaście kilo (sic!) nadbagażu. Niestety, jak to często w polskich warunkach bywa, odprawa paszportowa wyglądała kuriozalnie. Podjechaliśmy do bramki ze Igorkiem, który bogu ducha winny, spał spokojnie w wózku i z Olafkiem uśmiechającym się do wszystkich z wysokości górnej półki wózka bagażowego obładowanego naszym bagażem podręcznym. Na wstępie usłyszeliśmy, że ponieważ nasz bliźniaczy wózek nie zmieści się w bramce, nie mówiąc już o taśmie, musimy wyjąć z niego śpiące dziecko i przejść z nim przez bramkę, a wózek zostawić z boku, żeby celnicy mogli go sprawdzić. (Ciekawa jestem, czy inwalidom proponują przejście przez bramkę na piechotę, bo skądinąd wiem, że wózek chłopców ma bardzo podobne wymiary). Próbowałam oczywiście protestować, mówiąc, żeby obmacali wózek z leżącym w nim dzieckiem, ale służbiści się nie zgodzili. Kiedy znalazłam się po drugiej stronie bramki (na szczęście nie miałam na sobie paska z klamrą ani niczego metalowego, bo pewnie kazaliby mi odłożyć gdzieś śpiące dziecko i opróżniać kieszenie), musiałam poczekać dobrych dziesięć minut, aż wózek zostanie przeszukany. W międzyczasie mąż zażartował na temat próbowania mleka, które mieliśmy przygotowane dla chłopców w butelkach ze smoczkami. Celniczka, zajmująca się prześwietlaniem bagażu podręcznego, stwierdziła, że nie będzie to potrzebne, na co jej kolega natychmiast zaprotestował kategorycznie żądając, by mąż jednak napił się tego mleka. Ponieważ przeżył, przepuszczono nas wszystkich na drugą stronę. Jednak w bagażu podręcznym mieliśmy dodatkowo nierozpieczętowany karton mleka dla chłopców. Kolejny celnik bardzo długo czytał jego etykietki nie zwracając uwagi na moje tłumaczenia. W końcu zawołał "komendanta", który powtórzył tę procedurę, a kiedy wyjaśniałam mu, że to mleko ryżowe, bo nasze dzieci innego nie piją i że to to samo mleko, które mamy w butelkach spoglądał na mnie wzrokiem bez wyrazu. W końcu westchnął, wzruszył ramionami i odłożył to nieszczęsne mleko z powrotem do naszej torby. Na koniec pobytu w Balicach spotkała nas jednak bardzo miła niespodzianka - okazało się, że jest tam świetnie wyposażony kącik zabaw dla dzieci, w którym Olafek spędził kilkadziesiąt minut świetnie się bawiąc - głównie w otwieranie i zamykanie drzwi do plastikowego domku.

Na pokładzie samolotu spotkała nas kolejna, niemiła niespodzianka, a mianowicie okazało się, że przydzielono nam miejsca na początku samolotu, które były zarezerwowane dla drugiej załogi powracającej na Cypr i to w dwu różnych rzędach. Jednak cypryjska załoga była tak miła, że momentalnie pozamieniała się z nami miejscami, w rezultacie czego siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, gdzie jest mnóstwo miejsca na nogi, a na dodatek koło siebie i przy oknie. Od strony korytarza siedziała obok nas powracająca do domu przemiła, cypryjska stewardesa, która zapałała ogromną sympatią do Igorka. Bo tuż po starcie Olafek usnął wyglądając przez okno w ramionach taty, a Igorek obudził się rześki i wypoczęty. Ta sympatyczna dziewczyna nie tylko brała naszego pierworodnego na kolana, ale również spacerowała z nim po całym samolocie i przedstawiała pozostałym członkom obu załóg, dzięki czemu Igorek zniósł dzielnie cały lot i wyczerpany wrażeniami usnął dosłownie na chwilę przed lądowaniem.

Kiedy w Larnace wysiedliśmy z samolotu spotkało nas kolejne, niemiłe zaskoczenie - wózek na nas nie czekał. A ponieważ miałam śpiącego Igorka na rękach i pogoda była piękna, usiadłam, trzymając go w ramionach, na płycie lotniska tuż koło samolotu i wózek zaraz się znalazł.

W drodze powrotnej mieliśmy po raz kolejny okazję przekonać się, jak bardzo różni się nasza mentalność od mentalności mieszkańców południowej Europy. Kolejny raz nie zapłaciliśmy za nadbagaż (choć innym osobom skrupulatnie naliczano dopłaty), celnicy poprzesuwali barierki, żebym mogła przejechać z wózkiem, w którym tradycyjnie spał Igorek, (oczywiście nikt poza nami nawet tego wózka nie dotknął), a odpowiedzią na moje pytanie o to, czy możemy w bagażu podręcznym mieć: mleko w butelkach ze smoczkami, soczek pomarańczowy w kartonie i wodę mineralną, były szerokie uśmiechy i potakiwania. Kiedy przechodziliśmy przez odprawę celną, przy bramce zgromadzili się chyba wszyscy celnicy (również ci z odprawy bagażowej) wypytując nas o wiek i imiona chłopców i machając na pożegnanie roześmianemu Olafkowi. Z tego wszystkiego przez roztargnienie przemyciłam w bagażu podręcznym surowo zakazane narzędzie terrorystów, jakim, jak powszechnie wiadomo, jest obcinacz do paznokci dla niemowląt.

Kiedy wchodziliśmy na pokład samolotu, przemknęło mi przez myśl, że miło byłoby znów zobaczyć stewardesę, która poprzednio tak fajnie opiekowała się Igorkiem. I oczywiście była tam - tym razem na służbie i w pełnej gali - od razu nas poznała i stwierdziła, że chłopcy bardzo urośli przez te 2 tygodnie. Tym razem dostaliśmy miejsca koło siebie, a uczynna współpasażerka (jak się później okazało żona jednego z pilotów) zamieniła się z nami tak, żebyśmy mogli siedzieć przy oknie. O dziwo, chłopcy, chociaż tym razem byli bardziej wypoczęci, podróż powrotną znieśli gorzej. W dalszych rzędach jest jednak bardzo mało miejsca i o ile Olafek, który uwielbia się przytulać, szybko zasnął, to Igorek po początkowej fascynacji wnętrzem maszyny i widokami za oknem, zawodził na pół samolotu. Nasza sąsiadka próbowała wziąć go na ręce i na spacer między rzędami, ale był zbyt zmęczony i odmawiał jakiejkolwiek współpracy. W końcu ta dobra kobieta odstąpiła nam swoje miejsce, żebym mogła go ułożyć do snu i oddaliła się do męża. Igorek ułożony na pustym siedzeniu szybko usnął i oba bobasy twardo przespały resztę lotu wraz z lądowaniem.

Niestety na Okęciu sytuacja się powtórzyła - znów brak wózka, a tym razem obaj chłopcy smacznie spali. W tych okolicznościach mąż poszedł do personelu lotniska i oświadczył, że zostaniemy w samolocie, dokąd nie dostarczą pod drzwi wózka, bo chyba nie wyobrażają sobie, że weźmiemy bagaż podręczny i dwójkę śpiących dzieci i będziemy pokonywać z nimi kilometry dzielące nas od odprawy paszportowej, nie mówiąc już o odbiorze bagażu. Wprawdzie obsługa warszawskiego lotniska dała nam odczuć, że jest wściekła i wspominała coś o opóźnieniach lotu z naszej winy, ale wózek natychmiast się znalazł. (Niestety inni pasażerowie, którzy nie byli tak asertywni, dźwigali swoje dzieci aż do odbioru bagażu - dobrze, że mieli pojedyncze).

Po raz pierwszy miałam okazję odwiedzić nowy terminal na warszawskim Okęciu. Zaskoczył mnie pozytywnie za wyjątkiem pokoju dla matki z dzieckiem, w którym nie było miejsca, żeby usiąść i nie zamykały się drzwi (a co z matkami karmiącymi piersią?). Jak na każdym przyzwoitym lotnisku trzeba pokonać w nim niekończący się labirynt bezosobowych korytarzy - w tym przypadku skleconych na prętce z drucianej siatki i blaszanych paneli, co niewątpliwie ma swój postmodernistyczny urok.

A tytuł posta stąd, że zarówno, kiedy wylatywaliśmy z Polski, jak i kiedy do niej wracaliśmy, nasz piękny kraj okrywała nieprzenikniona warstwa chmur... i właśnie lecąc samolotem zawsze sobie o tym przypominam.

Brak komentarzy: