sobota, 19 grudnia 2009

we're on the road to nowhere

No i stało się... Po konsultacji z 3 lekarzami zaczęłam brać antydepresant. Całe życie broniłam się przed psychotropami, ale teraz całe życie mnie przerosło. Oczywiście dostałam lek najnowszej generacji, bezpieczny, skuteczny itp. Powinien zacząć działać po 2 - 3 tygodniach. Zobaczymy... Mam nadzieję, że nie stanę się przez to szczęśliwą kurą domową podającą codziennie z uśmiechem obiad z trzech dań i łykającą garściami antydepresanty oraz valium. Mam nadzieję, że znajdę w sobie siłę, by wyjść z roli kury domowej (obecnie nieszczęśliwej) i przeorganizować swoje życie. Bo czekanie na zmiany, aż się przeprowadzimy, aż chłopcy pójdą do przedszkola, aż będziemy mieć więcej pieniędzy daleko nas nie zaprowadzi...

Oczywiście wolałabym terapię, ale tutejsza służba zdrowia jest w stanie zapewnić mi ją jedynie po katalońsku, w najlepszym wypadku po hiszpańsku. Terapia po angielsku jest oczywiście dostępna prywatnie za jedyne 100 euro za godzinę.

Wstyd mi, bo wiem, że ludzie mają prawdziwe problemy - nie to co ja... Ale pocieszające jest to, że wszyscy moi konsultanci powiedzieli, że mam prawo tak na swoją sytuację reagować. Zresztą co mieli powiedzieć? Przecież to ich zawodowy obowiązek. Naprawdę dobrą stroną stroną tej sytuacji jest to, że otworzyłam się przed ludźmi. Przez ostatnie parę lat chętnie słuchałam o problemach innych, natomiast sama zwierzałam się bardzo rzadko. A teraz, kiedy zaczęłam "wywalać bebechy" okazało się, że dookoła jest mnóstwo przyjaznych, współczujących i ciepłych ludzi, którzy bezinteresownie chcą mi pomóc, choć większości z nich nigdy nie widziałam na oczy. Internet is for help.

Dziś na święta przyleciała moja córka. Niestety przeziębiona i przemęczona, więc prawie w ogóle nie miałyśmy okazji pogadać. Ale jeszcze to nadrobimy. Bobasy bez problemu poznały po 4 miesiącach niewidzenia. I cieszę się, bo widziałam, że zarówno w nich jak i w niej to spotkanie wywołało wielkie emocje.

niedziela, 6 grudnia 2009

to co czujesz, to co wiesz

Dzisiejszy odcinek będzie poświęcony globalizacji. Szczerze mówiąc, dziękuję wszystkim Buddhom, że żyję w epoce globalnej wioski. Dzięki niej bobasy mogą oglądać bajki, które znają z Polski (po hiszpańsku lub po angielsku), ja mogę robić zakupy w tutejszych supermarketach (czasem nawet trafia się produkt opisany po polsku - wiem, że to głupie, ale cieszę się z tego), a poza tym globalizacja/Internet pozwala nam utrzymywać kontakty ze znajomymi i rodziną, oglądać te same filmy, słuchać tej samej muzyki i komentować te same wydarzenia...

Cieszę się, że mieszkam tylko 3 tysiące km od mojej ojczyzny i na dodatek w tej samej strefie czasowej. Ostatnio rozmawiałam na tarasie przez Skype'a oczywiście z moją ulubioną siostrą cioteczną i opowiadałyśmy sobie jak wygląda księżyc, który widzimy i konkluzja mojej kuzynki była taka "czyli to jest ten sam księżyc".

Za dwa tygodnie moja córka przylatuje do nas na święta, z czego niezmiernie się cieszę, bo strasznie się już za nią stęskniłam.

Bobasy; które dziś zdążyły rozsmarować pudełko margaryny po stole, tapicerowanym krześle i podłodze oraz rozkruszyć bochenek chleba po całej kuchni; są poza tym mega słodziakami i przytulają się do mnie przy każdej okazji. Oczywiście nie oznacza to, że nie bawią się zakazanymi roletami, kasetami VHS i płytami CD oraz, że nie nastawiają pustej zmywarki i pralki...

Wiele osób pytało mnie ostatnio, co robimy w święta i gdzie je spędzamy. Z braku lepszych pomysłów (kto chciałby przygarnąć na kilka dni czteroosobową rodzinę?) spędzamy je w naszym domu w Terrassie... I wszystko wskazuje na to, że nie będzie ani uszek, ani barszczu, ani kutii, za to będzie gazpacho, guacamole i może tacos... Zresztą moim marzeniem zawsze były święta spędzone po australijsku - na plaży...

Ludzie mówią mi, że bardzo szybko się tutaj zaaklimatyzowałam... Nie wiem, czy to kwestia aklimatyzacji, często wydaje mi się, że to raczej kwestia braku korzeni... Od kiedy pamiętam byłam outsiderem... i nadal nim jestem, a czy to będzie na Mazowszu, czy w Katalonii... Choć muszę przyznać, że ostatnio bardzo doceniłam uroki mieszkania w Terrassie - widok z naszego tarasu na czwartym piętrze naprawdę zapiera dech w piersiach - w pobliżu nie ma równie wysokich budynków i dosłownie codziennie podziwiam z chłopcami przepiękne zachody słońca.

niedziela, 22 listopada 2009

coraz rzadziej się śmieję, tęsknię za czymś ogromnie

Ten blog miał być pamiętnikiem szczęśliwej gospodyni domowej. Pełnym apetycznych przepisów i trafnych uwag na temat wychowywania dzieci. Jednak mój neurotyzm przeważył szalę - coraz mniej w nim o dzieciach, a coraz więcej o mnie... mam nadzieję, że jako następny nie dojdzie do głosu mój ekshibicjonizm i nie zacznę tu odsłaniać mrocznych zakamarków mej duszy.

Czuję się coraz dziwniej. Pamiętam czasy licealne, kiedy nie potrafiłam znieść "normalnego" stanu świadomości i ciągle starałam się go zmienić na różne sposoby. Teraz za nim tęsknię. Sama nie wiem czemu, może to zmęczenie materiału, może deprywacja snu i innych potrzeb, może tęsknota za pozostawionym w kraju dzieckiem, może stres, który skutkuje większą niż zwykle labilnością emocjonalną, a może po prostu samotność i izolacja, a najpewniej splot tych wszystkich czynników - w każdym razie, mój stan rzadko kiedy można nazwać normalnym...

Wracając do rzeczywistości - nie umiem wychować moich synów, co dosłownie spędza mi sen z powiek. Kiedy przypominam sobie jak naturalnie prosto było opiekować się córką w ich wieku, chce mi się płakać z bezsilności. Synkowie potrafią być słodcy i kochani. Jednak przez większość czasu wykazują całkowitą obojętność wobec moich próśb czy poleceń. Nie wiem, czy to kwestia mojego wieku, różnicy płci, ich charakterów, czy wadliwego systemu, ale wiem, że zupełnie sobie nie radzę.

Poza tym byliśmy w weekend w Tarragonie i wprawdzie nie doszliśmy na plażę, ale widzieliśmy rosnące wzdłuż tamtejszej rambli drzewa obsypane mandarynkami. W takich chwilach czuję się dobrze.

piątek, 13 listopada 2009

soyons zen

Kolejny długi dzień się kończy. A ja, o dziwo, jestem z siebie zadowolona. Dziś po raz pierwszy odbyłam samodzielną wyprawę z chłopcami do Barcelony. Już wcześniej tam z nimi jeździłam, ale zawsze wracałam z mężem. Co prawda na miejscu spotkałam się z koleżanką, która pomagała mi w zakupach, pchaniu wózka i w ogóle okiełznaniu wycieczki (raz tylko przeżyła chwilę załamania, kiedy chłopcy nie chcieli usiąść w wózku i zaczęła tłumaczyć przechodniom, że to nie jej dzieci i dlatego tak się zachowują). W każdym razie czuję się coraz mniej uziemiona i coraz bardziej samodzielna. Po prawdzie prawie wszystko da się z bobasami zrobić - razem (cokolwiek to "razem" miałoby to oznaczać) robimy codzienne i hipermarketowe zakupy, sprzątamy mieszkanie, gotujemy, wyrzucamy śmieci (oczywiście uprzednio je segregując), nastawiamy i wieszamy pranie, ładujemy i rozładowujemy zmywarkę, wykonujemy drobne naprawy domowe i spotykamy się ze znajomymi, ba, ostatnio nawet byliśmy razem u fryzjera.

To mój sposób na poradzenie sobie z kryzysem macierzyństwa, który boleśnie odczułam po przeprowadzce do Hiszpanii. Czułam się totalnie uziemiona i odizolowana od wszystkich i wszystkiego. Moim pierwszym odruchem było zamknięcie się w sobie i w domu oraz unikanie wszelkich trudnych sytuacji, takich jak pchanie wózka lub jazda samochodem po stromych i wąskich uliczkach, przedzieranie się z wózkiem po nieprzystosowanych do tego sklepowych alejkach, parkowanie w wąskich podziemnych i naziemnych garażach i parkingach, jazda metrem bądź pociągiem (nas wózek prawie nigdy nie mieści się do windy), puszczanie bobasów luzem na otwartej przestrzeni, spotkania towarzyskie w asyście rozmarudzonej progenitury i długo jeszcze można by wymieniać...Dzięki takiej polityce stworzyłam błędne koło - izolowałam się, więc czułam się coraz bardziej wyizolowana, nie wychodziłam, więc czułam się coraz bardziej uziemiona i nieszczęśliwa.

Dobrze, że mając 19 lat przez trzy miesiące pracowałam jako au pair u pewnej francuskiej rodziny. Moja pracodawczyni, która miała wówczas zaledwie 28 lat, miała również 4 dzieci w wieku od 5 miesięcy do 8 lat i cały dom na swojej głowie. W dni robocze rola jej męża ograniczała się z konieczności głównie do zarabiania pieniędzy. Ta kobieta już wtedy została moją idolką - radziła sobie z tym wszystkim z uśmiechem na ustach. Przypomniałam sobie nasze cotygodniowe wyprawy do supermarketu - robiłyśmy zakupy w asyście trójki młodszych dzieci (jej najstarszy syn był w szkole). Każda z nas wiozła w koszyku jedno dziecko, a najmłodszy siedział w nosidle. I to były naprawdę fajne wyprawy. I choć w domu moich pracodawców panował straszny bałagan, a posiłki składały się głównie z mrożonek odgrzewanych w mikrofalówce, była to bardzo szczęśliwa rodzina.

Ta i inne refleksje, na przykład słowa mojego mistrza zen, które powinnam chyba sobie wytatuować w widocznym miejscu "trzeba robić z tym, co mamy", doprowadziły mnie do chwili obecnej. Do chwili większego luzu. W naszym domu rzadko jest tak czysto, jakbym chciała. Coraz częściej wychodzę z bobasami bez wózka. A na spacerach pozwalam im tarzać się po ziemi. Angażuję ich do domowych zajęć. I coraz częściej spotykam się ze znajomymi. A kiedy mam po temu okazję staram się wychodzić, choćby na chwilkę, tylko z jednym bobasem i wtedy czuję się... jakbym w ogóle nie miała ze sobą dziecka. Ciekawe, czy mamy czworaczków czują się tak wychodząc z dwójką pociech?

środa, 4 listopada 2009

stay up late

Moje życie w Katalonii zaczyna nabierać rumieńców. Miło i kolorowo jest już nie tylko w weekendy. Odbieram coraz więcej telefonów i e-maili od nowych znajomych. Przełamałam swój językowy impas i mimo, iż nadal nie rozpoczęłam formalnie nauki, klecę nieporadne zdania po kastylijsku posiłkując się kieszonkowym słownikiem i odmianą czasowników hiszpańskich. Kataloński nadal pozostaje terra incognita, bo, choć rozumiem wiele widząc tekst, w żaden sposób nie mogę dopasować go do dźwięków, które wydają autochtoni.

Wczorajszy dzień należał do naprawdę udanych. Koło południa poszłam na spacer z chłopcami (uwaga, bez wózka - sic!) i było tak ciepło, że dało się chodzić jedynie w krótkim rękawku. Wracając zrobiliśmy małe zakupy.

Po lunchu, Igorek przysnął na kanapie, a ja, niezrażona tym faktem, udałam się do łazienki, by naszykować się do wyjścia. Kiedy wróciłam, zastałam oba bobasy wtulone w siebie i śpiące na kanapie. W związku z czym nie pozostało mi nic innego, jak dać im pospać i zrezygnować z zaplanowanych zakupów w Barcelonie. Obudziłam chłopców po około 3 kwadransach, mówiąc, że musimy iść do pociągu.

Wjechaliśmy na peron w ostatniej chwili. W drodze do stolicy Katalonii bobasy zdążyły skonsumować 2 banany i 2 sojowe jogurty. Po czym, Igorek zrobił kupkę i rozpłakał się tak głośno, że musiałam przewinąć go w przedziale (w naszych podmiejskich pociągach nie ma toalet). Na plaza Catalunya wpadliśmy spóźnieni równo o 5 minut - tak jak przyjaciółka, z którą byliśmy umówieni.

Około pół godziny błąkałyśmy się po zatłoczonym centrum, ale na szczęście, to ona pchała wózek z chłopcami... (Kiedy usiłowałam jej go odebrać zaczęła krzyczeć "Don't touch my children!". Uwielbiam brytyjskie poczucie humoru).

W końcu dotarłyśmy do jej znajomych, którzy prowadzą we własnym domu wegański salon fryzjerski - używają wyłącznie produktów nie zawierających składników pochodzenia zwierzęcego ani testowanych na zwierzętach. Oprócz rozjaśniania, dwukrotnego farbowania i strzyżenia wypiłam również mnóstwo wegańskiej czekolady i objadłam się takimiż domowej roboty ciastkami. Mój małżonek dołączył do nas po pracy i również się załapał - nie na czekoladę wprawdzie, ale na strzyżenie oraz pielęgnację dredów.

W sumie spędziliśmy tam siedem godzin, w czasie których chłopcy byli zadziwiająco grzeczni. Na koniec gospodarze wraz z psem odprowadzili nas na stację. Wróciliśmy do domu o północy - w takich chwilach doceniam, że firma mojego ukochanego zaczyna pracę o 9. rano

piątek, 23 października 2009

you'll ride my rainbow in the sky

Dokonałam rzeczy niemożliwej - posprzątałam blisko 100 m kw z dwoma szwędającymi się pod nogami bobasami. Sama nie wiem, jak to zrobiłam - zaczęłam około 13. i skończyłam ok. 21. - odkurzyłam i umyłam podłogi, blaty, sanitariaty, zmieniłam 3 komplety pościeli, poukładałam ubrania w szafkach, a w międzyczasie jeszcze nastawiłam i rozładowałam zmywarkę, ugotowałam obiad i bawiłam się z chłopcami (sic!). Chyba jestem jakimś robotem... Prawie cały dzień padało. Dopiero wieczorem przejaśniło się i zobaczyliśmy na niebie 2 piękne tęcze.

Potem spotkałam się ze znajomą na wymianę językową. Nie wiem, czy dużo się na niej uczę, ale na pewno jest to jakaś forma rozrywki. I pomyśleć, że kilka lat temu byłam zmęczona intensywnym życiem towarzyskim i zawodowym, i że dobrowolnie zrezygnowałam z obu, i wycofałam się w domowe zacisze, i zaszłam w ciążę... Teraz częściej rozmawiam z innymi "siedzącymi" z dziećmi mamami niż w Polsce. W ogóle mam większe ciśnienie na międzyludzkie kontakty. A to dlatego, że w Warszawie pozostawały one w zasięgu ręki. Dlaczego doceniamy, to co mieliśmy, dopiero wtedy, gdy to stracimy?

Wracając przed północą z Barcelony popatrzyłam po raz nie wiem który na plan metra i uświadomiłam sobie, czym to miasto różni się od wszystkich innych, które znam. Otóż ma kształt wachlarza rozwiniętego nad morzem. Na rączce tego wachlarza, to jest na molo pracuje mój mąż, a mieszkamy w jego górnej części mniej więcej po środku. Zresztą latem rzeczywiście wszyscy bez wyjątku używają tu wachlarzy...

środa, 21 października 2009

here comes the rain again

Weekend spędziliśmy wspaniale. W sobotę spotkaliśmy z polską rodzinę mieszkającą od kilku lat w Barcelonie. Fajnie było usiąść pod regałem wypełnionym dobrymi, polskimi książkami. No, i oczywiście okazali się bezcennym źródłem wiedzy.

W niedzielę, wybraliśmy się na wegański piknik do parku Ciutadella. Objedliśmy się strasznie i poznaliśmy mnóstwo ludzi - w większości wegan oczywiście. Byliśmy dla nich ciekawymi okazami, bo wprawdzie wegan jest w Barcelonie relatywnie dużo (kilkaset osób), ale wegańskie dzieci należą tu do rzadkości. Niemniej jednak pracujemy nad poznaniem tych kilku okazów, o których usłyszeliśmy.

Bobasy chyba również świetnie bawiły się na pikniku. Biegały, boso po trawie wśród ludzi i psów rozłożonych w okolicy. Jak zwykle Igorek wiódł prym w kontaktach towarzyskich - zaczepiał naszych nowych znajomych chodząc od jednego do drugiego z kartonem soku i każąc go sobie nalewać do kubeczka oraz dopominając się jedzenia. Raz nawet zniknął nam z oczu - okazało się, że przyłączył się do grających na gitarach sąsiadów.

Niestety we wtorek pogoda popsuła się - zaczęło padać i pada z małymi przerwami aż do dziś. W taką pogodę naprawdę cieszę się, że chłopcy nie chodzą jeszcze do przedszkola. Po deszczu jest nawet przyjemnie - z łatwością mogę sobie wyobrazić, że to wiosna. Niemniej jednak pogoda zmusiła mnie wreszcie do wyprawy po 60 autek i adidasy dla Olafka. Zakupy przebiegły sprawnie, pomijając, to, że w Decathlonie chłopcy wrzucili swoje smoczki do dużego pojemnika z piłkami, a w Carrefourze, Olafek zasnął w koszyku na zakupy ściskając tubę wypełnioną samochodzikami. Niestety nie udało nam się kupić folii na wózek, bo nawet manager nie mówił po angielsku ani francusku. Nic to, morał z tego taki, że trzeba się uczyć języków i to mam zamiar zrobić.

piątek, 16 października 2009

baby, you can drive my car

W Katalonii nastała jesień - właśnie dziś. Poznałam to po tym, że pomimo oślepiającego słońca o 10. rano było 12 stopni i wiał zimny, przenikliwy wiatr. I po tym, że na rambli pojawiła się pani sprzedająca kasztany - ich zapach jest taki jesienny i przypomina mi Paryż... Akurat byłam z chłopcami na spacerze, więc szybko kupiłam im ciepłe czapki. A po powrocie do domu posegregowałam ich garderobę.

Właśnie, dawno nie pisałam o bobasach. Dramatyczne zmiany w ich garderobie wskazują na to, że bardzo szybko rosną. Są również o wiele bardziej sprawni fizycznie - skaczą i wspinają się na wszelkie urządzenia na placach zabaw. Niestety czasem ich powstrzymuję, bo sama się boję... Ćwiczą również regularnie zapasy - wygrywa ten, który odpowiednio długo będzie siedział na głowie brata. Poza tym znacznie rozwinęli swoje zdolności manualne - dopiero pisząc to uświadomiłam sobie, że przed wyjazdem z Polski zdarzało mi się ich karmić - teraz nie pamiętam, kiedy karmiłam ich po raz ostatni. Dość dużo również rysują kredą i flamastrami Crayoli, których zakręcanie i odkręcanie dostarcza małym łapkom okazji do dodatkowej gimnastyki. Ich ulubione zabawy to budowanie wież z papieru toaletowego, słuchanie bajek, kółko graniaste, zabawy autkami i pociągiem oraz rysowanie właśnie.

Oczywiście najbardziej jednak cieszą ich spacery - zwłaszcza wyprawy pociągiem podmiejskim do Barcelony oraz autem po okolicy. Oprócz niewątpliwych uroków tych środków komunikacji, nie bez znaczenia jest fakt, że te wyprawy są dla nich zawsze okazją, by zobaczyć i spróbować czegoś nowego. Bo niestety bobasy bardzo szybko się nudzą. Oczywiście znają już na pamięć wszelkie place zabaw i parki w naszej najbliższej okolicy - niestety nie ma ich tu zbyt wiele. A ja nieustannie staram się wynajdować nowe atrakcyjne miejsca i rozsądnie je im dawkować - tak, by starczyło ich do lata. Podobnie jest z zabawkami - stosujemy system rotacyjny i dodatkowo niektóre zabawki są dostępne tylko na specjalne życzenie i przy spełnieniu określonych warunków, takich jak, przykładowo, uprzątnięcie pozostałych zabawek. Na szczęście nowe zabawki, w przeciwieństwie do nowych miejsc, można kupić. Dziś planujemy wyprawę do Carrefoura, by nabyć, między innymi, tubę z 60 autkami za jedyne 20 euro.

czwartek, 15 października 2009

baby, life's what you make it

Wczoraj wszyscy znajomi z Polski zaskoczyli mnie doniesieniami o śniegu. U nas cały czas około 25 stopni i dużo słońca, więc takie doniesienia przypominają mi, czemu tu przyjechałam. Ta tutejsza jesień jest zupełnie inna niż w Warszawie - pozbawiona deszczu czy chociażby wilgoci, ale czuć ją w powietrzu - zwłaszcza wieczorami, no i na drzewach pojawiają się pierwsze, żółte liście.

Właśnie znalazłam całkiem darmowe kursy językowe w Barcelonie i w Terrassie: katalońskiego, hiszpańskiego, angielskiego i innych języków (włączając w to chiński, baskijski i arabski (sic!)). Szkoda, że tak późno, ale kto wie - może zapiszę się na nie w przyszłym roku szkolnym? W ogóle dużo rzeczy zaczęłam na ten przyszły rok odkładać... Wierzę, że w tym szaleństwie jest metoda. W kraju, gdzie nikt się niczym nie przejmuje, przejmowanie się czymkolwiek, to psychiczne samobójstwo. Więc, staram się jak najmniej przejmować i co jest dla mnie wielkim wyzwaniem, bo od dziecka przejmowałam się wszystkim dookoła i do tego za bardzo...

Więc stosuję proste psychotechniki zen typu być tu i teraz, skupiać się na kolejnym kroku i tym podobne, co pozwala mi utrzymać względną równowagę psychiczną i nie poddawać się zniechęceniu. Zresztą nie tylko na emigracji - właściwie w każdej sytuacji - myślenie i planowanie następnego kroku, zamiast myślenia i planowania w perspektywie nieokreślonej przyszłości jest dużo mniej stresujące i w efekcie skuteczniejsze. Gdybym była tu na wakacjach - pewnie uznałabym je za jedne z bardziej udanych; dlatego więc będąc tu w życiu codziennym - nie miałabym go uznać za jedno z bardziej udanych?

piątek, 9 października 2009

unhappy girl playing solitaire

Kolejne dni mijają - raz jest lepiej, raz gorzej... A ja edytuję kolejne posty na tym blogu, ale jakoś nigdy nie jestem w nastroju do ich publikacji...

Teraz akurat jesteśmy chorzy, a to nigdy nie nastraja optymistycznie, nawet kiedy na dworze jest blisko 30 st. Martwi mnie, że nadal nie mamy ubezpieczenia, a w aptekach w ogóle nie ma leków, które bez problemu można dostać w Polsce (kiedy szukaliśmy Pulmex baby, próbowano nam wcisnąć krem na podrażnienia skóry). Moich domowych sposobów leczenia nie mogę tu stosować, ponieważ w tutejszych sklepach nikt nie słyszał o kaszy jaglanej (sic!). Zresztą co ja mówię o kaszy jaglanej, tutaj nie można dostać nawet dobrej czarnej herbaty (sic!). Właśnie poprosiłam przyjaciółkę, żeby przesłała mi paczkę Dilmah.

Mój plan uczęszczania na kurs hiszpańskiego w Barcelonie upadł, ponieważ szef męża nie zgodził się na jego przychodzenie do pracy 2 razy w tygodniu na dziewiątą i wcześniejsze (o godzinę) wychodzenie z pracy. Wot korporacja! Co do katalońskiego, nadal pozostaję na ławce rezerwowych, a kurs trwa od początku września...

Bardzo długo niewidziana przyjaciółka z lat szkolnych, która zjadła zęby na emigracji, napisała mi: "Piękne krajobrazy i uczciwi, uśmiechający się do ciebie ludzie to wszystko fajnie, ale potrzeba przyjaciół i rodziny"... I tak się właśnie zastanawiam, czego mi potrzeba? Z przyjaciółmi mogę rozmawiać przez Skype'a - nawet ostatnio uruchomiłam rozmowy z polskimi telefonami stacjonarnymi (dzięki czemu odbyłam ponad godzinną rozmowę z moją ulubioną siostrą cioteczną). Bez rodziny nauczyłam się żyć już jakiś czas temu. Mamy tu piękną pogodę, piękne krajobrazy i piękne mieszkanie... Czegóż chcieć więcej?

piątek, 2 października 2009

hey jude

Po wrześniowym załamaniu, październik zaczął się nad wyraz dobrze... Osiągnęłam względną równowagę psychiczną stosując proste psychotechniki zen typu być tu i teraz, skupiać się na kolejnym kroku i tym podobne. Co sprawiło, iż spojrzałam na moje życie tutaj z całkiem nowej perspektywy i rozluźniłam się, co z kolei zaowocowało pozytywnymi wydarzeniami. Takimi jak: nadejście e-maili, których się już przestałam spodziewać (m.in. od mojej mamy i od dziewczyny, którą poznałam na spacerze z dziećmi); uruchomieniem rozmów z polskimi telefonami stacjonarnymi przez skype'a (dzięki czemu odbyłam ponad godzinną rozmowę z moją ulubioną siostrą cioteczną); szansą na odnowienie po 2 latach kontaktów z moim ojcem; znalezieniem wieczorowego kursu hiszpańskiego w Barcelonie (którego cena nie przekracza naszych możliwości finansowych); a może nawet powrotem bobasów do dziennej drzemki. Tego ostatniego nie jestem jeszcze pewna, więc nie chcę zapeszać.

Dziś spędziłam naprawdę miły dzień. Mimo, iż brud i bałagan panujące w naszym mieszkaniu już dawno przekroczyły wszystkie przyjęte przeze mnie normy, po raz pierwszy od dłuższego czasu czułam, że ogarniam sytuację. Dzięki olbrzymiej porcji niedobrego risotta, którą przygotowałam wczoraj, nie musiałam prawie w ogóle gotować. Przedpołudnie spędziłam z chłopcami w domu na codziennych, prozaicznych czynnościach takich jak: kąpiel, rozładowywanie i ładowanie zmywarki, zdejmowanie i nastawianie prania, zabawy, rozmowy i oczywiście jedzenie (które nadal pozostaje w centrum ich zainteresowań). Nie obyło się oczywiście bez drobnych konfliktów - Olafek ugryzł Igorka w pupkę, kiedy po kąpieli biegali bez pieluszek. Najdziwniejsze jest to, że zrobił to całkiem nieświadomie, bo często ma problem z odróżnianiem całowania i gryzienia... Sama nie wiem, który z nich bardziej się tym przejął. Po dwunastej znalazłam Igorka śpiącego w łóżeczku, a Olafek wkrótce do niego dołączył, co pozwoliło mi obdzwonić kolejne szkoły językowe w Barcelonie.

Po drzemce, ponieważ zaczął padać deszcz, wyruszyliśmy do dziecięcej przechowalni na naszej ulicy, którą na potrzeby chłopców szumnie nazywam "przedszkolem". Zostawiłam tam bobasy po raz drugi. Pierwsza, godzinna próba, skończyła się godzinnym (sic!) płaczem Olafka i świetną zabawą Igorka. Dziś było inaczej, co nie oznacza, że dużo lepiej... Mimo, że obaj chłopcy po poprzedniej wizycie dużo mówili o "niani", kiedy wychodziłam Olafek uderzył w płacz. Więc wyszłam z ciężkim sercem... Kiedy wróciłam po godzinie, usłyszałam, że Olafek dąsał się i płakał przez pół godziny, a potem dobrze się bawił. I rzeczywiście - kiedy weszłam zobaczył go pędzącego samochodzikiem z rozwianymi włosami i szerokim uśmiechem; ale niestety płacz Igorka było słychać już na ulicy... Opiekunka powiedziała mi, że po pół godzinie role się odwróciły i kiedy tylko Olafek zaczął się bawić, Igorek zaczął płakać... Pocieszam się tym, że obaj potrafią się dobrze bawić w tym miejscu...

Zostawiwszy chłopców w przechowalni, udałam się na zakupy. Nabyłam bardzo szerokie spodnie, które noszą wszystkie Katalonki oraz mniej i bardziej egzotyczne owoce i warzywa. Było mi miło, kiedy sprzedawca z warzywniaka zapytał gdzie mam dzieci...

poniedziałek, 21 września 2009

'cause it's a bittersweet symphony, this life

Ten post będzie gorzki. Wczoraj miałam serdecznie dość. Wczorajszy dzień pozwolił mi przetrwać jedynie widok mojego auta, (zaparkowanego na ulicy, bo do garażu nadal nie mam odwagi wjechać). Po prostu co jakiś czas zaryczana wyglądałam przez okno i upewniałam się, że ono nadal tam stoi i że mam w portfelu kartę kredytową i że wiem, gdzie leżą paszporty moje i dzieci i że w najgorszym razie, jak już naprawdę będę miała dość... mogę w ciągu kilku godzin spakować siebie i chłopców i wyruszyć do Warszawy... co prawda nie mam tam, ani mieszkania, ani pracy, ale mam przyjaciół i może ktoś by nas na jakiś czas przygarnął...

Poczucie bezsilności mnie dobija. Na początku, kiedy okazało się, że kupienie chleba czy biletu na metro urasta tutaj do rangi problemu, pocieszałam się, że przynajmniej nie dostanę Alzheimera, bo gimnastykuję umysł. Teraz mam już jednak dość tej codziennej gimnastyki. Angielski nie jest w Hiszpanii lingua franca, niestety. A mój zmęczony umysł ciągle projektuje i zniekształca dźwięki. Kilka razy dziennie wydaje mi się, że ktoś mówi po angielsku, francusku lub nawet po polsku. Oczywiście w końcu zawsze okazuje się, że był to kataloński... To jak z testem plam atramentowych Rorschacha - umysł łapie się czegokolwiek, co wydaje mu się znajome...

Dlatego taką wielką radość sprawiła mi znaleziona na dnie walizki książka "Nocny pociąg do Lizbony" - pożegnalny prezent od przyjaciółki. Czytam ją powoli, rozkoszując się słowami (zresztą ta książka jest o słowach właśnie). Dziś znalazłam takie oto zdanie: "Czy mógłby tutaj żyć? Żyć i pracować, zostać kimkolwiek zechce?" To pytanie zadaję sobie kilka razy dziennie. Jednego jestem pewna, żeby tu żyć, muszę poznać co najmniej jeden z dwóch miejscowych języków, bo na razie pozostaję poza nawiasem społeczeństwa. Przeszkodą są jedynie brak czasu i pieniędzy, ale jakoś się z tym uporamy. Na razie jestem pierwsza na liście oczekujących na darmowy, sobotni kurs katalońskiego w Terrassie i szukamy dla mnie taniego, weekendowego kursu hiszpańskiego w Barcelonie.

Ale są też miłe chwile. Spotykam ludzi, którzy mnie rozpoznają - dobrze, że mam blond bliźniaków i turkusowe włosy. Rozkoszuję się przyjazną aurą i florą, a w mojej głowie plan Terrassy powoli układa się w spójną całość. Fajne są spacery po okolicy - te zdjęcia zrobiłam w pobliskim parku i na placu zabaw:
spacery w Terrassie
a te, kiedy wybraliśmy się do Girony w poprzedni weekend:
Girona

środa, 2 września 2009

guess that this must be the place

Jestem tu już prawie miesiąc i tyle wystarczyło, żebym zaczęła myśleć o tym miejscu jako o domu - złapałam się na tym kilka dni temu, kiedy wracałam z bobasami ze spaceru. Oczywiście od razu zaczęłam przypominać sobie nasze warszawskie mieszkanie, ale nie wycisnęło mi to łez z oczu. W ogóle na razie nic mi łez tęsknoty z oczu nie wyciska, no poza moją córką oczywiście... Ciekawe ile potrwa taki stan? Na razie brakuje mi tylko rozmów z ludźmi i czegokolwiek do czytania. O to pierwsze jeszcze długo będzie mi tu trudno. W niedzielę w nocy pożegnaliśmy jedynych (i do tego bardzo fajnych) znajomych, których tu mieliśmy - wrócili do Polski. I tym sposobem jedyną osobą, z którą mogę pogadać pozostał mój ukochany, który, nie da się ukryć, wraca do domu najwcześniej przed 21. Dobrze, że szykują się nam w tym miesiącu dwa długie, czterodniowe weekendy. Moje kontakty z autochtonami właściwie uniemożliwia bariera językowa. A mój doskonały angielski i francuski, paradoksalnie, bardzo mi w nich przeszkadza. Katalończycy nawet jeśli mówią w którymś z tych języków, to mówią bardzo słabo, a ja ucieszona, że wreszcie ktoś mnie "rozumie" zaczynam mówić dużo i szybko, czego skutkiem jest skonfundowanie potencjalnego rozmówcy. Jedyna kobieta, która wraz ze swoją córką spędziła z nami jakąś godzinkę na placu zabaw, mówiła do mnie głównie po hiszpańsku, a ja odpowiadałam jej po angielsku. Więc na razie taki "Ghostdog"...

A jeśli już przy filmach jesteśmy, to w zeszły weekend był grany Michałkow ("Spaleni słońcem") i może nie "Stalker", ale jego literacki pierwowzór "Piknik na skraju drogi". Wybraliśmy się również nad morze. Chociaż niebo było zachmurzone, temperatura bardzo mi odpowiadała, bo morze było prawie tak ciepłe jak powietrze. No i na dzień dobry powitało mnie egzotyczną muszelką i kawałkiem wypolerowanego szkiełka do mojej kolekcji, oraz plastikowym tygrysem i hipopotamem dla bobasów. Choć plaża była wąska, a parking drogi, miasteczko Sitges z nadmorską promenadą, obsadzoną po obu stronach palmami, skojarzyło mi się li tylko z Cannes.

Kilka osób zadało mi już pytanie, czy jestem tu szczęśliwa? Pytanie niby proste, ale nie mam na nie prostej odpowiedzi... Ogromnym minusem jest totalna alienacja. Jako urodzona outsiderka w sumie lubię ten stan, ale nie posunięty do granic absurdu i bezterminowy tak, jak tu... Po ponad dwóch latach spędzonych w domu w Warszawie z chłopcami, jestem zwyczajnie zmęczona. Psychicznie - bo w Polsce miałam od czasu do czasu jakąś odskocznię - wyjścia z mężem, kiedy chłopcami zajmowała się niania, albo spotkania z przyjaciółkami, wizyty u kosmetyczki i fryzjerki, książki i długie, wieczorne rozmowy telefoniczne. Teraz nie stać mnie na żadną z tych rzeczy. A wieczorne, samotne wyprawy na miasto mniejsze czy większe, jakoś nie wydają mi się kuszące, zwłaszcza, że szanse na to, iż poznam kogoś z kim się dogadam, są praktycznie żadne. I fizycznie, bo całe dnie spędzam z bobasami, a żeby wybrać się z nimi gdziekolwiek, muszę pchać ciężki wózek stromymi uliczkami - jazda samochodem nie wchodzi w grę ze względu na koszty parkowania. Poza tym, ponieważ dosłownie wszystkie sklepy zamykają tu o 21. spada na mnie funkcja zaopatrzeniowca. Nasz wózek ma udźwig do 30 kg, a chłopcy ważą na oko po około 13 kg. Więc, żeby zrobić zakupy dla naszej rodziny, nie ryzykując rozwalenia wózka, udaję się do oddalonego o dwie przecznice supermarketu bez niego, prowadząc chłopców za rączki. Na początku jest to nawet zabawne - bobasy ze śmiechem ciągną mały koszyk na kółkach (genialny wynalazek) po całym sklepie i wrzucają do niego co popadnie. Im cięższy jednak staje się koszyk i im więcej w nim budzących ich apetyt produktów, tym trudniej mi opanować sytuację. Kiedy wychodzimy ze sklepu mam zwykle w wielkiej torbie na ramię około 10 kg (sic!) zakupów i 6,5-litrowy baniak wody w ręce oraz dwóch niesfornych chłopców, którzy ani myślą iść z mamą za rączkę po tutejszych, bardzo wąskich chodnikach.

Ogromnym plusem jest dla mnie oczywiście klimat i nocne życie. Kiedy w piątek wieczorem - około 23. - siedzieliśmy ukochanym w kafejce nasi chłopcy bawili się na pobliskim placu zabaw wraz z piętnaściorgiem (sic!) dzieci w swoim wieku. Fajnie jest też kupować tu jedzenie - w każdym sklepie kupuję tanio produkty, które w Polsce były bardzo drogie - takie jak egzotyczne owoce i warzywa, oliwki, tapenady, oliwę czy dobre wino oraz takie, o których mogłam tylko pomarzyć - takie jak jogurty sojowe w wielu smakach i jeszcze bardziej egzotyczne owoce i warzywa. W parku, do którego najczęściej chodzę z synkami na spacery, rosną platany, palmy i inne egzotyczne drzewa, których nazw oczywiście nie znam, a w ich koronach skrzeczą kolorowe papugi... I to są właśnie te momenty, kiedy przecieram oczy i pytam się samej siebie, jak to się stało, że naprawdę tu jestem i to nie na wakacjach, tylko tak normalnie, po prostu sobie tutaj mieszkam...

środa, 26 sierpnia 2009

speak my language

Dziś jest specjalny dzień, a mianowicie urodziny mojego kochanego męża. Z tej okazji chciałam mu upiec pierwszy raz w życiu domowy chleb. Maszynę do tegoż marki Moulinex przywiozłam z Polski, mąkę również. Poprosiłam zaawansowaną w pieczeniu znajomą o prosty przepis i błyskawicznie mi pomogła. Chlebek miał być drożdżowy, bom nieobeznana w temacie. Drożdże po poprzednich lokatorach znalazłam w naszej kuchni, ale kiedy sprawdzałam ich datę ważności przeczytałam na opakowaniu, że są to "drożdże chemiczne", które nie zawierają drożdży tylko proszek do pieczenia. Czym prędzej pobiegłam do pobliskiego sklepu, gdzie zapytałam o drożdże - na półce stały 3 rodzaje - wszystkie "chemiczne" (!). Więc z chleba nici... Nastawiłam natomiast zakwas żytni według wskazówek mojej znajomej i czekam do jutra.

Dziś również zalegalizowaliśmy pobyt mój i chłopców w Hiszpanii wyrabiając nam numery NIE, będące odpowiednikiem polskiego PESEL i NIP dla obcokrajowców. Numery te dostaliśmy właściwie od ręki - cała procedura trwała może 40 minut, bo w trakcie trzeba było wyjść z komisariatu policji do banku, żeby za nie zapłacić. Jak skwitował to mój ukochany "Hiszpanie są mistrzami w tworzeniu biurokracji, ale całkiem nieźle sobie z nią radzą". Oczywiście przemiły, słuchający w pracy Manu Chao policjant, który te numery obcokrajowcom wydaje, zapytany przez nas, czy mówi po angielsku, odpowiedział "a bit" i to było jedyne, co od niego po angielsku usłyszeliśmy... Cały czas mówił po katalońsku z hiszpańskimi wstawkami.

Natomiast urzędniczka w banku, pobierająca opłaty za wydanie numerów NIE, poprosiła o numery NIE wpłacających (!). Zresztą wszystko tutaj działa na podobnej zasadzie - obsługa klienta firmy Telefonica (największego dostawcy Internetu, telefonii i telewizji kablowej) rozwiązuje na problemy z Internetem jedynie na chacie, a problemy z telefonem tylko i wyłącznie przez telefon. Ciekawe, co robią, jeśli komuś zepsuje się telewizja?

Hiszpanie, a właściwie Katalończycy, naprawdę nie znają żadnych języków obcych nawet w stopniu podstawowym, mimo, iż teoretycznie uczą się ich już od przedszkola. Już dwukrotnie zdarzyło mi się, że odebrałam nasz domowy telefon i kiedy na zalew hiszpańskiej mowy, odpowiedziałam, że mówię jedynie po angielsku i francusku, osoba po drugiej stronie rozłączyła się bez słowa (!). W jednym przypadku był to, jak się później okazało, telefon z urzędu miasta. Po około dwóch godzinach zadzwoniono do mnie ponownie i tym razem była to osoba płynnie mówiąca po francusku. Byłam w szoku, bo po raz pierwszy usłyszałam tutaj kogoś takiego. Ona również była w szoku, kiedy dowiedziała się, że mimo, iż rozmawiam z nią po francusku nie jestem Francuzką tylko Polką. Podobny tok myślenia zaprezentowała rodzina, którą spotykam w sąsiedztwie - ponieważ rozmawiałam z nimi dwukrotnie po angielsku, byli święcie przekonani, że jestem Angielką. Może powinnam zacząć mówić do wszystkich po polsku?

Na skutek takich i im podobnych wydarzeń zaczynamy z mężem zachowywać się jak typowi, polscy emigranci - a mianowicie - narzekać na autochtonów i obyczaje panujące w goszczącym nas kraju. A jest to zachowanie, które zawsze bardzo krytykowałam...

shiny, happy people

Dziś będzie o bobasach w Hiszpanii. Bobasy chyba bardzo dobrze się tu czują, ponieważ ich życie kręci wokół spacerów i jedzenia.

Kiedy przybyłam na miejsce byli już uzależnieni od gazpacho, które kupuje się tu w kartonach (!) w niezliczonej ilości wariantów smakowych, regionalnych itp. Uwielbiają również oliwki, które im reglamentuję, ze względu na zawartość soli. Chcieliby również na okrągło jeść jogurty sojowe, które nie dość, że znacznie tańsze niż w Polsce, są tutaj dostępne w każdym supermarkecie w wielu smakach (nawet firmy Danone). Z dostaniem mleka ryżowego i sojowego także nie ma tu problemu. Poza tym testujemy mnogość miejscowych owoców - dziś na podwieczorek zjedli pół świeżego ananasa i 2 paraguayo (nie wiem jeszcze jak nazywa się ten owoc po polsku, ale wygląda jak spłaszczona brzoskwinia z białym miąższem i jest bardzo smaczny). O wyborze tutejszych warzyw nie wspominam, bo sama nie wiem, jak większość z nich przyrządzić... Na razie kupuję tylko te, które znam z Polski.

Jeśli chodzi o spacery, to bobasy są przeszczęśliwe, a ja trochę mniej... Każdy spacer oznacza tutaj po pierwsze, składanie wózka tak, by zmieścił się do windy (i nie mówię tu tylko o naszym bloku, ale również o stacji kolejowej, sklepach itd.), a po drugie, bezustanne lawirowanie owym wózkiem w dół i w górę po stromych uliczkach Terrassy. Powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać, jak również do faktu, że wiele sklepów i urzędów po prostu nie ma podjazdów, albo je ma, ale są one zakończone obrotowymi drzwiami, w których bliźniaczy wózek nie ma szans się zmieścić. Natomiast place zabaw są tutaj nieodmiennie otwarte ze wszystkich, możliwych stron - na kawiarnie, sklepy i ulice (sic!). Zwykle składają się z kilku huśtawek i przy odrobinie szczęścia - zjeżdżalni (nie widziałam jeszcze żadnej piaskownicy). Ponieważ roślinność (a co za tym idzie cień) jest na nich śladowy, rodzice z dziećmi okupują je głownie w godzinach przedpołudniowych, albo od osiemnastej do wczesnych godzin nocnych.

Wiem, że to truizm, ale Hiszpanie są o wiele bardziej wyluzowani od Polaków. Siedzą sobie w knajpkach popijąc wino, a ich dzieci grzecznie czekają w tym czasie w wózkach, czasem podjadając chipsy (autochtoni wydają się nie przejmować zasadami zdrowego żywienia). Nasi chłopcy na tle hiszpańskich dzieci wydają się bardzo głośni i ekspansywni. Nie usiedzą w "zaparkowanym" wózku ani chwili i wszędzie ich pełno - wbiegają z impetem do okolicznych sklepów i kafejek, moczą się cali (zwłaszcza Igorek) w fontannach. Na szczęście Hiszpanie bardzo lubią dzieci i wszędzie słyszę tylko "guapo/guapos" ("ładny/ładni")...

W naszym, nowym domu bobasy nieustannie kuszą przełączniki światła, dzwonki, włączniki rolet, klamki itp. zamontowane dokładnie na ich poziomie, ale pracujemy nad tym... Jeśli zaś chodzi o spanie, to pierwszych 6. spędzonych na materacu zrobiło swoje - bobasy grzecznie śpią w swoich, "dorosłych", otwartych łóżeczkach. Jedynym problemem było to, iż Olafek w środku nocy przetaczał się na łóżeczko braciszka i obejmował go czule - może nawet zbyt czule, bo zwykle kończyło się to płaczem Igorka... Od dwóch dni ich łóżeczka są odsunięte od siebie i chłopcy śpią lepiej.

środa, 19 sierpnia 2009

in this strange land

Może zacznę od tego, że tego posta piszę leżąc na leżaku (jak sama nazwa wskazuje) na dużym tarasie w Terrassie (jak sama nazwa wskazuje) na ostatnim piętrze 4-piętrowego nowego domu. Komputer wpięty do gniazdka na tarasie, mamy tu też lampy oraz zlew z zimną i ciepłą wodą oraz takiż prysznic (oba z bateriami ładniejszymi niż w warszawskim mieszkaniu). Do tego komplet nowoczesnych mebli tarasowych - 2 leżaki, mały stolik, duży stół i 4 krzesła oraz oczywiście parasol przeciwsłoneczny.

Całe nasze nowe mieszkanie jest tak wypasione, że choć wcześniej widziałam jego zdjęcia w sieci, szczęka mi opadła... Z tego, co zdążyłam się zorientować oglądając sklepowe wystawy, odzwierciedla ono najnowsze trendy hiszpańskiego designu: białe i szare ściany, a do tego minimalistyczne białe i czarne dodatki plus jasne drewno, takież kafelki, lastryko i terakota oraz inoks. W podobnym stylu utrzymana jest również klatka schodowa, utrzymywana w nienagannej czystości - wręcz pachnąca - wczoraj spotkałam pod naszymi drzwiami dziewczynę, która myła podłogę pod naszą wycieraczką (sic!). Właściciele musieli być nastawieni na seks, bo z sypialni prowadzi troje drzwi: jedne - do przechodniej pracowni i dalej na schody w dół, drugie - na taras, trzecie do łazienki z dużą wanną, nastrojowym światłem, świecznikami i kompletem świec zapachowych, a poza tym w sypialni, w której króluje ogromne łoże, jest dosłownie kilkanaście (!) wariantów oświetlenia. Nie ukrywam, że bardzo mi się to wszystko podoba. Na dolnym piętrze mamy: kuchnię - fajnie wyposażoną, choć mniejszą niż na Ursynowie, ale za to zamykaną przesuwnymi drzwiami; pokój chłopców, łazienkę z prysznicem oraz salon z dużym oknem i drzwiami balkonowymi, za którymi jednak nie ma balkonu tylko metalowa barierka, co nie przeszkadza oczywiście bobasom zamykać się na zewnątrz, bo spokojnie mieszczą się między ową barierką, a przeszklonymi drzwiami. Te minimalistyczne i modne wnętrza chwilowo zostały zepsute ogromną ilością worków i kartonów, które przywiozła nasza firma przeprowadzkowa. Mam nadzieję rozpakować się do końca w najbliższym czasie, choć przyznaję, że wielu rzeczy powinnam była pozbyć się jeszcze w Warszawie...

Kolejnym, wielkim plusem z mojego punktu widzenia jest pogoda - temperatura w ciągu dnia nie przekracza 40. stopni, a w nocy waha się około 20. i przy tym powietrze nie jest takie suche, jak na przykład w krajach arabskich - często wieje wiatr, więc jest czym oddychać. Nie używamy klimatyzacji, ale ponieważ mieszkanie jest zwrócone na południe zasłaniamy częściowo rolety w ciągu dnia. Kilka razy zdarzyło mi się spacerować w ciągu sjesty - było gorąco, ale w cieniu całkiem przyjemnie. Dzięki temu klimatowi tutejsza flora jest naprawdę imponująca - wiele roślin (których nazw oczywiście nie znam), a które w Polsce są roślinami doniczkowymi, tutaj osiąga rozmiary drzew (np. te o owalnych, sztywnych, błyszczących z jednej strony liściach (?)); poza tym rosną tu palmy. Jeśli zaś chodzi o faunę - z moich ulubionych jej przedstawicieli spotkałam tu już naprawdę dużą jaszczurkę, chodzącą wieczorem po ścianie pobliskiej kamienicy oraz nietoperze. Kotów brak - szczerze mówiąc - nie spotkałam jeszcze ani jednego (?!).

Nasza miejscowość - Terrassa, okazała się być całkiem duża - ma własne wyższe uczelnie, teatry, muzea itp. Mieszkamy tuż przy rambli (tzn. głównej ulicy, której środkiem biegnie chodnik oddzielony z obu stron drzewami od jezdni). Niedaleko bije serce miasta - stary rynek i sieć wąskich, głównie pieszych uliczek oraz placów i placyków, a wszystko to położone na mniej lub bardziej stromych pagórkach. Jest też dużo fontann, które uwielbiam, a tam gdzie ich nie ma, są pompy, pod którymi mamy myją swoje umorusane pociechy. Moje pierwsze wrażenie jest takie, że dominuje tu architektura otwarte - nie widziałam jeszcze ani jednego zamkniętego osiedla, ba, nawet ani jednego zamkniętego placu zabaw (!).

Jeśli chodzi o Barcelonę, to byłam tam dotychczas tylko raz - na fieście dzielnicy Gracia. Tłumy ludzi bawiących się, również w nocy, na ulicach, muzyka grana na żywo, dekoracje (urzekła mnie uliczka w stylu "Alicji z Krainy Czarów"), dużo hałasu i sztucznych ogni - jednym słowem - szok kulturowy... Potem przeszliśmy się przed pierwszą w nocy tamtejszą ramblą, na której oczywiście pełno było turystów i miejscowych i miałam okazję zobaczyć m.in. 10. centymetrowego karalucha biegnącego ulicą - brrr, dobrze, że tam nie mieszkamy. Ale muszę przyznać, że Barcelona jest wyjątkowo piękna - pełna secesyjnych kamieniczek - trochę (z braku lepszych porównań) przypomina mi Lizbonę, jednak jest pozbawiona jej głębokiej melancholii...

W Terrassie życie nocne zamiera około 2. w nocy - jest naprawdę cicho i spokojnie. Wszystko płynie spokojnie utartym trybem, który nakazuje w sierpniu wyjechać na wakacje... Za przykład mogę podać moją wizytę w sklepie ze zdrową żywnością. Po obejrzeniu całego asortymentu spytałam przemiłą sprzedawczynię, czemu nie mają tofu, albo innych rzeczy na kanapki. Odpowiedziała, że oczywiście zwykle je mają, ale właśnie zepsuła się lodówka. Zapytana, kiedy lodówka zostanie naprawiona i uzupełnią asortyment, odpowiedziała z uśmiechem, że za jakieś 2 - 3 tygodnie (sic!). Początkowo nie chciałam jej uwierzyć i pomyślałam, że pomyliła angielskie tygodnie z dniami, ale z uśmiechem zapewniła mnie, że naprawdę chodzi o tygodnie, bo przecież jest sierpień i wszyscy są na wakacjach...

czwartek, 13 sierpnia 2009

drive, driven

Moja samotna podróż przez Europę trwała zaledwie 2 doby. Okazało się, że Terrassa nie jest znowu aż tak daleko od Warszawy - około 2 tysięcy 400 km, co oznacza niecałą dobę jazdy. Jednak ze względów bezpieczeństwa oraz dlatego, iż wiedziałam, że po przyjeździe nie będzie mi dane odpocząć, rozplanowałam tę podróż bardzo ostrożnie.

Pierwszego dnia wyjechałam po południu z Warszawy do Janek, gdzie zrobiłam ostatnie zakupy i zjadłam pożegnalny obiad z dwiema przyjaciółkami. I dopiero, kiedy mi pomachały i wyruszyłam trasą katowicką w kierunku Wrocławia (było przed 17.), poczułam, że zaczynam podróż. Tego dnia prowadziłam zaledwie niecałe 6 godzin, ponieważ bardzo dawno nie jechałam w długą trasę i postanowiłam powoli się przyzwyczajać. Dzięki moim niezastąpionym przyjaciołom miałam zapas gum do żucia, zimnych napojów i płyt oraz rezerwację w luksusowym (choć całkowicie pozbawionym wegańskich dań) hotelu "Niebieski Burak" blisko niemieckiej granicy. Ponieważ jechałam bez GPS-a tuż za Wrocławiem zjechałam z trasy, na szczęście szybko się zorientowałam. I tak naprawdę był to jedyny w całej mojej podróży moment, kiedy się zgubiłam. Do hotelu dotarłam około 23. Przed snem zdążyłam jeszcze skonsumować ogromną porcję frytek i nauczyć się obsługi mojego GPS-a (proszę się nie śmiać, dla mnie takie rzeczy nie są oczywiste, a wręcz przeciwnie - są wielce stresujące).

Następnego dnia, również z godnie z moim nienapiętym planem, wyruszyłam w dalszą trasę około południa. A droga z dnia na dzień stawała się piękniejsza. Pierwszego wieczora oczywiście jak zwykle urzekł mnie przepiękny Wrocław ze swoimi kutymi wiaduktami i brukowanymi ulicami. Drugiego dnia po raz pierwszy w życiu przejeżdżałam przez Bolesławiec i oczywiście miałam ogromną ochotę wstąpić do firmowego sklepu i zaopatrzyć się w tamtejszą ceramikę - dodatkowo zachęcana świetną kampanią reklamową na billboardach. Jednak dzielnie oparłam się pokusie. Po raz pierwszy od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej przekraczałam granicę w tym miejscu - pamiętając jeszcze - jak swego czasu trzeba było zatrzymywać na przejściu samochód i okazywać dokumenty, a czasem nawet otwierać bagażnik. Dziś po budkach celników zostały jedynie pełne śmieci dziury w ziemi... Zaraz za granicą wjechałam w mój ulubiony (bo najdłuższy jaki znam) tunel, a potem już tylko ścigałam się z czasem na kolejnych autostradach. Na auto nie mogę narzekać, bo spisało się nienagannie, jednak okazało się, że po prostu... nie wyciąga więcej niż 193 km na godzinę. Na co dzień nie jest to zauważalne, jednak w takiej długiej trasie przez Niemcy, odrobinę mnie zdenerwowało. Choć tak naprawdę i tak jechałam przez ten kraj średnio 170 km na godzinę, bo autostrada w wielu miejscach była rozkopana, a poza tym przejeżdżałam przez 4 burze (!). W Niemczech wzięłam też jedyną w tej trasie autostopowiczkę, z którą przejechałam jakieś 500 km - niestety rozmowa nam się nie kleiła, bo po pierwsze, dziewczyna nie miała zbyt wiele do powiedzenia, a po drugie, jej angielski (jak na Niemkę) był szokująco ubogi. Na sam zachód słońca, zgodnie z planem, byłam już we Francji. Zresztą, gdybym nie znała tej trasy, pewnie bym się nie zorientowała, bo Alzacja praktycznie nie różni się od Niemiec. Potem jechałam jeszcze do jedenastej wieczór po zupełnie pustych i zamglonych francuskich autostradach. Na nocleg zatrzymałam się 150 km przed Lionem w naprawdę okropnej sieci Auto Grill, gdzie za nocleg w jednogwiazdkowym, śmierdzącym pokoju zapłaciłam prawie tyle samo, co w wypasionym, polskim "Niebieskim Buraku".

Ostatni dzień podróży był najprzyjemniejszy. O dziwo nie bolała mnie ani prawa łydka, ani prawe udo, ani prawy pośladek - jak to zwykle w długich trasach bywa - jedynie okulary przeciwsłoneczne uciskały skronie. Wyruszyłam wcześnie - około 10. rano, bo w tym okropnym miejscu nie dało się dłużej spać. Zatrzymywałam się dwukrotnie - na tankowanie i raz na sałatkę z kuskusem - jednak francuskie menu jest bardziej przyjazne weganom niż niemieckie. Cały dzień prawie podążałam "Autostradą słońca", a następnie "Autostradą śródziemnomorską". Lion, w którym miałam przyjemność tylko raz spędzić kilka godzin, zachwycił mnie tym razem jeszcze bardziej. Nie tylko długim tunelem, ale również szmaragdowymi wodami Rodanu i nie odpicowaną pod turystów architekturą - chcę tam wrócić! Roślinność na moich oczach stopniowo zmieniała się w śródziemnomorską, podziwiałam winnice u stóp Pirenejów i błękit Morza Śródziemnego. Mój GPS sprawował się naprawdę dobrze. Raz tylko spanikował, kiedy zjechałam na stację benzynową zatankować i skorzystać z toalety, mówiąc mi "jeżeli to możliwe, zawróć!". Druga wpadka w nawigacji, była spowodowana przeze mnie. Już na miejscu - w Terrassie - usłyszałam "przed Tobą zjazd" i przyzwyczajona do dużych prędkości na autostradach natychmiast zjechałam na prawo. Oczywiście zjazd był dużo później, ale na szczęście Tom Tom szybko wyprowadził mnie z tej opresji. Pod nasz nowy adres dojechałam za kwadrans dziewiętnasta. Zaparkowałam na jednokierunkowej ulicy i zadzwoniłam do męża. Ten błyskawicznie pojawił się na dole i otworzył mi garaż. I wtedy rozpoczęła się najtrudniejsza część mojej podróży... I nie chodziło już o to, że jestem świetnym kierowcą w trasie, ale kiepsko parkuję... To, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania - zjazd do garażu pod kątem na oko około 90 stopni i jednocześnie z zakrętem o około 270 stopni! W życiu nic takiego nie widziałam - jednym słowem - masakra! Dodam tylko, że po tak długiej jeździe trzęsły mi się ręce i nogi. Ale stwierdziłam, że nie mogę się poddać w ostatniej chwili. Pierwsza próba zjazdu zakończyła się wylądowaniem na ścianie garażu - oparłam się o nią mocno, zarysowując prawy zderzak. Kolejna, druga próba wjechania pod górę na wstecznym szczęśliwie się powiodła i potem wystarczyło jedynie zaparkować na pięć (!). Obecnie moje auto stoi nadal w tym nieszczęsnym garażu i pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdę kogoś, kto je stamtąd wyprowadzi, bo na pewno nie będę to ja...

niedziela, 9 sierpnia 2009

in between days

Wczoraj po południu wszyscy, których kocham wylądowali bezpiecznie na lotnisku w Barcelonie. A ja z pomocą starych przyjaciół przeprowadziłam wielogodzinną przeprowadzkę, a właściwie dwie, bo naszą - do Hiszpanii i Weroniki - do jej taty. Jeszcze w nocy sprzątaliśmy mieszkanie, żeby zostawić je nowym lokatorom w znośnym stanie. Po wszystkim byłam tak wykończona, że stwierdziłam, że muszę resztę życia spędzić w Terrassie, bo drugiego takiego przedsięwzięcia nie przeżyję.

Spałam bardzo niespokojnie i zaledwie 5 godzin, choć w mieszkaniu było absolutnie ciemno, cicho i pusto. Ale właśnie ta pustka nie pozwalała mi usnąć głębokim snem. Ogarnęłam do końca siebie i dom i mimo okropnych mdłości (nerwy, nerwy, nerwy...) wmusiłam w siebie śniadanie.

Teraz czekam na wynajmujących, żeby podpisać protokół przekazania mieszkania i zostawić im klucze. A za około godzinę wyruszam w drogę...

piątek, 7 sierpnia 2009

hello goodbye

Dziś po 38 dniach rozłąki zobaczę mojego męża. Nawet nie będę pisać, że bardzo za nim tęsknię, bo stłumiłam te wszystkie uczucia, żeby jakoś w miarę normalnie funkcjonować. Na początku rozłąki na dźwięk jego głosu lub widok jego twarzy od razu zaczynałam płakać... Stopniowo jednak udało mi się świadomie wytworzyć mechanizmy obronne skuteczne do tego stopnia, że ostatnio udawało nam się nawet pośmiać przez Skypa. Choć oczywiście wszystko ma swoją cenę. W moim przypadku na tle innych klasycznie nerwicowych zaburzeń, takich jak: ataki duszności, zawroty głowy i kołatanie serca, że nie wspomnę o codziennym bólu brzucha; najbardziej rzuca się w oczy brak snu.

Dziś nawet umówiłam się z córką, że rano zajmie się chłopcami, a ja trochę odeśpię. Niestety raz obudzona nie umiałam już zasnąć. Trudno, powitam ukochanego jak moja remarque'owska imienniczka - z podkrążonymi oczami. Ale za to mimo natłoku zajęć udało mi się odwiedzić moją ulubioną kosmetyczkę oraz zrobić sobie manicure i pedicure.

Trochę się obawiam, że to spotkanie i rozstanie prawie zaraz nas emocjonalnie wykończy. Ale w sumie jakoś daliśmy sobie radę z tym ostatnim, bezterminowym rozstaniem. Naprawdę byłam zdziwiona jak mało było wtedy łez i rozpaczy... Ale chyba inteligencja emocjonalna polega, między innymi, na tym właśnie, że coraz łatwiej radzimy sobie w podobnych, obciążających psychikę sytuacjach? Wczoraj rozmawiałam na ten temat z dwoma osobami. Nasza niania sama stwierdziła, że się uczy i że wczorajsze pożegnanie z chłopcami przeżyła dużo mniej stresująco niż poprzednie ponad rok temu, kiedy rezygnowała z pracy u nas. Moja ulubiona kuzynka, której cała rodzina pochodzenia mieszka na stałe we Francji, powiedziała mi, że po latach przywitań i pożegnań, wie już dokładnie jak to załatwiać, żeby bardzo nie bolało.

A propos bólu, to naprawdę boli mnie, że nikt oprócz mojej kuzynki nie próbował nawet pożegnać się z chłopcami, a na pozór obcy ludzie płaczą żegnając się z nimi... Moja mama we wczorajszej rozmowie telefonicznej stwierdziła, że nie może przyjechać się z nimi pożegnać, "bo przecież pracuje". (Dla ułatwienia dodam, że w ciągu ostatnich 2 miesięcy widziała chłopców tylko jeden raz; a pracuje u mojego brata i jego żony opiekując się ich córką) . Następnie zapytała, na ile wyjeżdżamy i kiedy odpowiedziałam, że na rok, a potem zobaczymy, powiedziała: "to przyślij mi czasem jakieś zdjęcia chłopców mailem".

czwartek, 6 sierpnia 2009

strange days have found us

Coraz bardziej zdziwiona jestem. Niby to takie oczywiste, ale ciągle żegnam się z ludźmi i z miejscami, po raz ostatni robię to, czy tamto tutaj... Sama jestem ciekawa, jak to się dalej wszystko potoczy, ale łapię się na tym, że traktuję ten wyjazd jako totalną emigrację i w ogóle nie wyobrażam sobie powrotu. Choć życie tam jeszcze trudniej jest mi sobie wyobrazić...

Dziś pokonałam prawie całą Warszawę, a ona pokonała mnie pokazując mnóstwo miejsc, które kojarzą mi się z moim ukochanym: 2 hotele, w których uprawialiśmy dekadenckie szaleństwa; bar Vega; CDK... i miałam ogromną ochotę pojechać pod jego mieszkanie, gdzie kochaliśmy się po raz pierwszy. Zawsze sobie obiecuję, że kiedyś tam jeszcze wrócimy...

I żeby było jeszcze dziwniej, dziś na mieście zauważyłam wiele plakatów reklamujących książkę "Władca Barcelony" i nowo otwarty sklep koło nas nazywa się "Barcelonetta", a na chodniku koło Vegi znalazłam kartę od tarota "Powściągliwość" - wzięłam to za wróżbę na drogę...

Ostatnio, korzystając z pomocy naszej super niani i mojej córki, praktycznie mieszkam w Ikei oraz sklepach ze sprzętem RTV i AGD. Nie, żebym to lubiła - wręcz przeciwnie po godzinie spędzonej w takim miejscu z klimatyzacją, sztucznym oświetleniem i wdzierającą się w uszy muzyką przeplataną reklamami - mam serdecznie dość. Ale już niedługo. W dwa ostatnie popołudnia zrobiłam ogromne, jak na mnie, zakupy oszczędzając ponad 300 zł (a to dzięki reaserchowi w rozmaitych sklepach, bo targować się nie umiem i nie znoszę) i nabyłam: sofę dwuosobową, rozkładaną wraz z materacem; wypasioną maszynę do pieczenia chleba; 2 suszarki - do naczyń i do ubrań; jakieś drobiazgi do kuchni; telefon bezprzewodowy dwusłuchawkowy oraz znalazłam wreszcie towarzysza podróży (!)- będzie nim GPS Tom Tom XL (w dzisiejszych czasach wszystko można kupić).

Moja córka dokończyła dziś malowanie swojego nowego pokoju u taty. A moi synkowie spędzili kolejne miłe popołudnie z nianią, która wyszła od nas szczęśliwa i obładowana ciuchami z mojego już zamkniętego sklepu. Jutro będzie płakać - pamiętam, jak płakała, kiedy kończyła regularną pracę u nas...

Dziś pożegnałam się też z bardzo bliską znajomą, która również planuje emigrację. Ciekawe, czy się jeszcze spotkamy?

A tak w ogóle to jestem bardzo z siebie dumna, że to wszystko ogarnęłam i że lista spraw do załatwienia przed wyjazdem dramatycznie się skróciła mimo, iż ciągle dodaję do niej nowe zadania. I sama sobie zazdroszczę tej podróży, tego nowego mieszkania i nowego życia.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

we're leaving for Venus

Zaczynają się pożegnania. Dziś po raz ostatni była u nas p. Bożena, która zwykle sprzątała nasze mieszkanie, ale ostatnio głównie zajmowała się bobasami. Kiedy ściskałyśmy się na pożegnanie, miała łzy w oczach i powiedziała, że dziś, jak na złość, chłopcy byli bardzo słodcy i że nie chce się z nimi żegnać... Ja zachowałam zimną krew, dokąd nie wyszła, bo wtedy się rozpłakałam...

I wynajęłam wreszcie nasze mieszkanie, bezpośrednio, choć po raz kolejny zeszłam z ceny. Jestem bardzo dobrej myśli, bo zamieszka tu miła para z 3 córeczkami, która nie mieści się już w swoim dotychczasowym 2-pokojowym mieszkaniu. Kiedy wychodzili, usłyszałam, jak najstarsza, 4-letnia dziewczynka, mówi: "Bardzo miła jest ta pani. Ta z niebieskimi włosami".

Ze złych wiadomości: dzisiaj właśnie para, z którą miałam jechać do Barcelony, rozmyśliła się. Więc najprawdopodobniej czeka mnie samotna podróż... Nic w tym w sumie złego, tylko już cieszyłam się na myśl, że skoro będzie drugi kierowca, to pokonamy trasę bez nocowania, bo jedna osoba może spać na tylnym siedzeniu. Po prostu muszę sobie nagrać więcej płyt na drogę...

Fachowiec, który mnie oszukał, wypiął się na mnie zupełnie... Ponadto 2 sprzedawców z Allegro, chyba nie zamierza mi wysłać towarów, za które zapłaciłam, ani oddać mi za nie pieniędzy... Strasznie jestem naiwna.

Dziś dowiedziałam się również, od mojego kochanego męża, że w salonie nie mamy nic do siedzenia, oprócz krzeseł(!). Wypatrzyłam dziś w Ikei całkiem fajną sofę, ale w końcu jej nie kupiłam, bo nie bardzo wyobrażałam sobie jej przeożenia naszym autem, a nie chciałam za kolejny, ikeowski transport płacić.

Jutro spróbuję zgrać jej przewiezienie z naszą przeprowadzką do Terrassy. Zwłaszcza, że nie wyobrażam sobie, żeby moja córka i jej najlepsza przyjaciółka, (którą również zabieramy do Hiszpanii), spały na karimatach przez 3 tygodnie. Zresztą już i tak zgrywam już tę naszą przeprowadzkę z odbiorem mebelków dla chłopców ze sklepu na Saskiej Kępie, przeprowadzką mojej córki i jej kota do jej taty i odbiorem części moich mebli od mojej mamy. (Mam nadzieję dyplom z logistyki zaocznie odebrać).

Dziś zmieniłam też swój adres do korespondencji w kolejnych 3 instytucjach. Dziwne to wszystko...

niedziela, 2 sierpnia 2009

stay alive but stay the same

Wczoraj, mimo soboty, pracowałam na najwyższych obrotach. Poczułam się jak w moich najlepszych, menedżerskich czasach. Mam tylko nadzieję, że nie wpadnę po raz kolejny w pracoholizm... Choć matka Polka, chyba z założenia jest pracoholiczką?

Byłam świetnie zorganizowana - jeszcze przed 22. dzieci spały, śmieci były wyrzucone, drugie pranie się suszyło i zawartość pierwszej zmywarki też, kanapa zasikana wczoraj przez naszego kochanego kota była odplamiona, chałupa ogarnięta (jak zwykle dała o sobie znać anankastyczna strona mojej osobowości), a zakupy na niedzielę zrobione. (Czemu zawsze tak się składa, że muszę dźwigać opony samochodowe, kartony i inne ciężary w drugim dniu miesiączki, kiedy mam największe krwawienie?). Oczywiście zdążyłam również załatwić parę przedwyjazdowych spraw. mBank mnie zaskoczył - przemiła konsultantka bez problemu zarejestrowała zagraniczny adres do korespondencji (śmiała się tylko, że jest w nim tyle "r" co w słowie "torreador"). W internetowej księgarni nabyłam wielki słownik polsko-hiszpański i hiszpańsko-polski z dostawą w pierwszej połowie przyszłego tygodnia. W sklepie meblowym zamówiłam komodę, stolik i 2 krzesełka dla bobasów. Znalazłam również relatywnie tani transport mebli na przyszłą sobotę - potrzebuję uzupełnić stan mebli w mieszkaniu po wyprowadzce Weroniki, a przed planowanym wynajmem. I oczywiście odbyłam kilka rozmów telefonicznych oraz wysyłałam maile w sprawie wynajmu naszego mieszkania - m. in. negocjowałam kolejną umowę. Zadzwoniłam również do tego "fachowca", który wziął ode mnie 300 zł (sic!) i nie zrobił połowy roboty, na którą był umówiony; po tym, jak odkryłam, że połowę listw od szafy, które miał przykleić, ukrył w tejże szafie(!). Osobnik ów wykorzystał fakt, iż byłam zajęta dziećmi i nie skontrolowałam dokładnie efektów jego pracy, tylko uwierzyłam mu na słowo. (Mimo mojego wieku jestem nadal strasznie naiwna...) Obiecał, że oddzwoni, bo nie może w tej chwili rozmawiać. Jeśli nie oddzwoni do poniedziałku, to chyba go urzędem skarbowym postraszę, bo oczywiście żadnego pokwitowania mi nie dał...

Na koniec dnia przejrzałam jeszcze zawartość naszych szafek w łazience - wyrzucając stare bądź niepotrzebne kosmetyki; znalazłam paragon z Ikei sprzed półtora roku, na podstawie którego, mam zamiar jeszcze przed wyjazdem dokonać reklamacji oraz uaktualniłam moją niekończącą się listę rzeczy do zrobienia przed wyjazdem...

Po tym wszystkim, moje najstarsze dziecko, które pojechało dziś wieczorem nocować u przyjaciółki, zafundowało mi psychojazdę nie dzwoniąc po dotarciu na miejsce i nie odbierając moich telefonów... Na szczęście (mimo moich czarnych wizji), wszystko skończyło się dobrze. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że nie będzie kontynuować owego procederu w Barcelonie, gdzie leci z moim ukochanym i z tą samą przyjaciółką juz za niecały tydzień!

piątek, 31 lipca 2009

lost in the supermarket

Dziś cały, misternie uknuty plan dnia mi się rozpadł... Kilka dni temu oddałam nasz odkurzacz ponownie do naprawy, ponieważ rezultat pierwszej był niezadowalający. A wczoraj, w natłoku zajęć typu pokazywanie mieszkania, podłączanie mojego komputera do sieci w pobliskiej kafejce, zmywanie dziecięcych bazgrołów ze ścian itp., zapomniałam go odebrać. Dziś rano przybyła nasza pani sprzątająca i... nie było odkurzacza. W związku z tym wykonałam telefon do serwisu - "poza zasięgiem"; zdesperowana pojechałam na miejsce i pocałowałam klamkę. Wróciłam więc do domu i ustaliłam z panią Bożeną, że dziś zamiast sprzątać - zajmie się chłopcami. To pozwoliło mi pojechać na Saską Kępę w poszukiwaniu mebelków dla nich oraz w jeszcze kilka miejsc w poszukiwaniu GPSa.

Mebelki mam już upatrzone, nawet wytargowałam rabat za hurtowe zakupy. Co do GPSów, to stwierdzę tylko, że sprzedający je panowie, powinni według mnie wykazywać się większą dozą logicznego myślenia... Dam 2 przykłady. Po pierwsze, pytam w salonie gps, czy są jakieś urządzenia z pionowym wyświetlaczem, oprócz palmtopów i słyszę "nie, nie ma, nikt takich nie produkuje." Na to stwierdzam, że to nielogiczne, bo przecież jedzie się do przodu... Po chwili dostaję gpsa, który mnie interesuje, do ręki - bez problemu przekręcam wyświetlacz o 180 stopni i pytam, czy widok da się ustawić wertykalnie - "tak, oczywiście, bez żadnego problemu" (!). Następnie pytam o zasilanie "pewnie z gniazdka zapalniczki?". "Tak!". Więc mówię, że kupiłam to auto używane, bez zapalniczki... I nie jestem pewna, czy to gniazdko działa, na co słyszę "to niech Pani podłączy kompresor". "A co to jest kompresor?!

Z dobrych wiadomości:

Za tydzień (!) przylatuje mój mąż kochany! Strasznie się z tego cieszę. Miałam nawet plan, żeby porwać go na jakieś ogniste tete-a-tete, ale ponieważ przylatuje wieczorem, a odlatuje następnego dnia rano wraz ze wszystkimi moimi dziećmi, pewnie zawiozę go wprost do domu...

Naszego zdziczałego kota znalazłam dziś pod śmietnikiem...

To nie moje dzieci tak zawodzą o tej porze, to dzieci sąsiadów...

Moja ulubiona siostra cioteczna, wczoraj wróciła znad morza i jutro nas odwiedzi! Mam nadzieję, że zostanie na dłużej...

UPC, które wbrew wcześniejszym ustaleniom, odłączyło mi wczoraj Internet, dziś po 5 (sic!) telefonach, dziś mi go przywróciło...

Chyba znalazłam opcję tańszej przeprowadzki - tzn, takiej, do której nie będziemy musieli dopłacać 500 euro...

Wszystkie moje dzieci wydają się zdrowieć - to znaczy, mniej kaszlą i mają mniejszy katar.

wtorek, 28 lipca 2009

it's a kind of magic

Chłopcy czują się już lepiej, choć obaj nadal mają katar, a Olafek dodatkowo kaszle. Ale mają też o wiele więcej energii i ciągle wymyślają nowe zabawy. Już wcześniej zachwycona podziwiałam ich interakcje, ale teraz przechodzą samych siebie. Olafek, który w dalszym ciągu nie mówi, od jakiegoś czasu, jeśli chce czegoś z innego pomieszczenia podchodzi do dorosłych, bierze ich za rączkę i prowadzi w interesujące go miejsce. Dziś wpadł na pomysł, że za rączkę można prowadzić również brata. I tak się prowadzali po całym mieszkaniu bardzo zadowoleni i dumni, szczególnie, gdy zauważyli, że Weronice i mi bardzo to się podoba. Igorek z kolei coraz częściej próbuje uspokajać brata, który jest furiatem - na przykład przynosząc mu smoczka, którego ten w złości wyrzucił, albo głaszcząc go w trudnych chwilach po głowie. Dziś przed snem, kiedy obaj jak zwykle tarzali się i skakali po dużym materacu w sypialni, Igorek kilkakrotnie podchodził do Olafka i mówił mu coś bardzo szybko i bardzo głośno, oczywiście w swoim języku, zanosząc się przy tym dzikim śmiechem (?). Bobasy mają również nową zabawę... w raczkowanie (!). Raczkują ramię w ramię, albo jeden za drugim skradając się wzdłuż ścian i bardzo się z tego cieszą. Ich interakcje obejmują również wymianę towarową: ponieważ najczęściej zabawka, którą właśnie wybrał brat, okazuje się być tą najbardziej pożądaną, coraz częściej zamiast ją sobie wyrywać, proponują inną na wymianę.

Odzyskali też swoje normalne apetyty. Na spacerze Igorek non-stop powtarzał "am am!". A kiedy po drodze na plac zabaw przechodziliśmy koło stoiska owocowo-warzywnego wpadli w szał i zmusili mnie do kupienia opakowania borówek kanadyjskich. Zjedli je całe na miejscu i tylko 2/3 opakowania zdążyłam przepłukać wodą, którą wzięliśmy z sobą do picia. Kiedy wróciliśmy do domu, zjedli po 3 duże kanapki, a następnie rzucili się na naszego dostawcę zdrowej żywności z dzikim okrzykiem "am am!" oczywiście i wyrwali mu siatki z zakupami. Potem skonsumowali jeszcze tofucznicę z kurkami starannie wybierając z niej tylko tofu.

Sypiają również lepiej, mimo iż już kilka dni temu skończyliśmy butelkę Sedalii, a nowej nie udało mi się kupić. Olafek niestety od jakiegoś czasu robi w nocy kupkę - co oczywiście go budzi, ale po umyciu, założeniu czystej pieluszki i podaniu nowego mleczka, zasypia. Dziś nawet umyłam im obu włosy... Oczywiście nie obyło się bez płaczu przy płukaniu głowy, ale i tak dość mężnie to znieśli. Jutro mam w planach obcięcie 40 paznokietków i będą jak nowi.

A ja właśnie skończyłam kolejny pracowity dzień. Rano spędziłam półtorej godziny (sic!) w Urzędzie Skarbowym, gdzie musiałam przekonać nie tylko panią w okienku, ale również ważną panią kierowniczkę, by łaskawie przyjęły moją deklarację formy opodatkowania za planowany wynajem mieszkania. Problem stanowiło dla nich to, iż nie podałam daty, od której rozpocznie się wynajem. Zdesperowana wytoczyłam ciężkie działa, mówiąc, iż wyjeżdżam za granicę z dwójką małych dzieci, a klucze do mieszkania mam zamiar zostawić agencji nieruchomości, by ta zajęła się wynajmem. Mogłabym postąpić jak większość wynajmujących w naszym, pięknym kraju, a mianowicie ukryć to przed Urzędem Skarbowym i podatku za ten najem nie płacić, ale chcę być w porządku wobec państwa, z którego emigruję, między innymi z powodów ekonomicznych, próbując dobrowolnie i z góry opodatkować się z tego tytułu i że to szkoda, że nikt mojej uczciwości nie docenia. Zapytałam również, czy Urząd Skarbowy pokryje bilety lotnicze moje i dzieci, bym mogła przylecieć do Polski specjalnie po to, by złożyć wyżej wymienioną deklarację, kiedy już znajdzie się najemca. Po takich argumentach, obie panie skwapliwie przyjęły moją deklarację. Szkoda tylko, że wszystkie trzy musiałyśmy stracić sporo czasu i nerwów, żeby osiągnąć ten konsensus (zwłaszcza, iż kilkakrotnie wcześniej upewniałam się, że tak właśnie należy postąpić w informacji podatkowej)...

Następnie udałam się, między innymi, do OBI, gdzie po raz pierwszy w życiu obsłużył mnie ktoś miły i kompetentny, Ów starszy pan chodził ze mną po wszystkich działach (sic!) rozmawiając i służąc pomocą. Stwierdził, iż to, że chłopcy regularnie demolują mieszkanie (wszystko, co kupowałam, służyło naprawie poczynionych przez nich zniszczeń), jest jedynie oznaką ich zdrowia i siły. Wróciłam do domu z nowymi kołkami rozporowymi do wyrwanego przez bobasy po raz n-ty wieszaka w kuchni, puszką do gniazdka telefonicznego, które wyrywają regularnie odkąd skończyli 9 miesięcy, papierem ściernym do wygładzenia zagipsowanej dziury, którą Olafek zrobił w ścianie sypialni i innymi drobiazgami. Jutro muszę tam jeszcze raz pojechać po flamaster do malowania odprysków na meblach, o którym dziś zapomniałam.

W drodze powrotnej odkryłam, że mamy na Ursynowie sklep Rossmanna, gdzie nabyłam (za radą agenta nieruchomości, z którym miałam przyjemność rozmawiać wczoraj) tak zwaną "magiczną gąbkę". Ów wynalazek ma służyć usuwaniu pozornie nieusuwalnych zabrudzeń - m. in. dziecięcych rysunków ze ścian. Oczywiście wypróbowałam to cudo na naszych ścianach już dziś (tzn. wczoraj, kiedy chłopcy poszli spać). Zużyłam dwie sztuki, które znajdowały się w opakowaniu. Efekt wydaje się zadowalający, ale będę pewna, kiedy ujrzę go w świetle dziennym - mam nadzieję, iż nie zmyłam przy okazji farby ze ścian... I od razu poprosiłam córkę, która nocuje dziś u koleżanki przy owym sklepie, by wracając do domu kupiła kolejne 10 sztuk - jeśli nie zużyjemy wszystkich tutaj, na pewno przydadzą się w Terrassie.

Dobre wiadomości (oprócz istnienia magicznej gąbki) są takie, że że mój ukochany już w najbliższy weekend przeprowadza się do nowego, wypasionego lokum, gdzie, wreszcie, będzie miał stałe łącze. Ja z kolei, zadzwoniłam dziś do UPC i dowiedziałam się, że jutro miano nam odłączyć Internet, telewizję i telefon i przesunęłam to na za miesiąc. Wreszcie będziemy mogli "normalnie" tzn. przez komunikator albo przez skype'a porozmawiać. Z kolei Era zaproponowała mi, mimo rozwiązania umowy abonenckiej, zachowanie mojego dotychczasowego numeru w Tak Tak, z czego oczywiście nie omieszkam skorzystać. Umówiłam się również z tatą Weroniki na pożyczkę, która pozwoli mi jeszcze przez chwilę nie debetować konta. A dzięki moim nieocenionym przyjaciołom mam namiary nie tylko na sprawdzonych agentów nieruchomości, ale również na tani transport mebli w obrębie Warszawy, bo oprócz organizacji przeprowadzki Weroniki do taty, czeka mnie również transport moich mebli z domu mojej mamy na Natolin (jeśli wynajmę mieszkanie z meblami lub zostawię je agencji nieruchomości), ewentualnie wywóz moich mebli do piwnic znajomych (jeśli wynajmę mieszkanie bez mebli)... A propos, jutro pokazuję nasze mieszkanie kolejnej agentce nieruchomości oraz rodzinie z trójką dzieci (może przynajmniej im nie będą przeszkadzać rysunki bobasów na ścianach...),

before the storm

Wreszcie wyjrzało słońce. I dosłownie i w przenośni... Niedziela była naprawdę krytyczna... Igorek już od soboty ma katar (pewnie zaraził się od siostry), ale znosi go mężnie i dzielnie wydmuchuje nosek. Olafka zmogło tak naprawdę dopiero w niedzielę rano, ale niestety, jak zwykle, bardzo ciężko znosi chorobę. Nie umie wydmuchiwać noska i w ogóle niewiele z jego kataru pojawia się na zewnątrz, za to zaczął okropnie kaszleć i przez całą niedzielę bardzo gorączkował i praktycznie cały czas chciał spać u mnie na kolanach - każde odłożenie go - nawet, żeby pójść do łazienki, kończyło się wielkim płaczem. Zaaplikowałam chłopcom domową kurację - witaminę C z "Polskiej Róży", "Nasoheeel" i Pulmex Baby - Olafkowi również z oklepywaniem klatki piersiowej z obu stron. (Niestety firma Dagomed chyba upada, bo nigdzie nie mogłam dostać ich świetnego skądinąd syropu "Malia"). Już po jednym dniu takiej kuracji widać było ogromne zmiany - Olafek, wprawdzie nadal marudny, ale bez gorączki i z dużo mniejszym katarem, a Igorek prawie w ogóle bez kataru i w dalszym ciągu bez kaszlu. Dzięki temu mogliśmy dziś pójść na długi spacer - zwiedzaliśmy nowy plac zabaw. Kiedy wracaliśmy do domu na obiad mimo jaskrawego słońca widzieliśmy granatowe chmury gromadzące się na niebie - w tym świetle wszystkie bloki wprost świeciły bielą ścian i złotem okien - za to kocham blokowiska...

Wreszcie udało mi się porozmawiać z moim ukochanym przez komunikator (łącze ma obecnie tylko w pracy) i zaczęła znów działać jego komórka. Jest szansa, że zamieszkamy wreszcie razem pod Barceloną w połowie sierpnia (!). Jutro ma kupić bilety na samolot i jeśli wszystko dobrze pójdzie zobaczymy się za niecałe 2 tygodnie!

Dziś rozmawiałam z kolejnymi agentami nieruchomości i tym razem postanowiłam stawiać sprawę jasno - nasze mieszkanie nie nadaje się do wynajęcia 6. studentom i w przypadku takich propozycji - szkoda mojego czasu i nerwów moich dzieci na jego pokazywanie. Po dwóch wizytach pana "złota rączka" połowa rzeczy, które "zreperował" już się rozpadła, w związku z czym wybieram się jutro do OBI po papier ścierny, puszki, kołki rozporowe, wałek i tackę i tym podobne i mam zamiar naprawić resztę we własnym zakresie. Bardzo się dziś zdenerwowałam słysząc dziś uwagę o "czystym mieszkaniu" - agent, który ją wygłosił, miał na myśli ściany pomalowane przez chłopców kredkami (!). Nie omieszkałam zwrócić mu uwagi, iż nasze mieszkanie jest zapewne czystsze niż większość mieszkań, w których dzieci nie malują na ścianach.

W ogóle postanowiłam być bardziej asertywna, bo odkąd przestałam na codzień użerać się z rozmaitymi osobnikami w biurze, którego byłam menadżerem, stałam się miękka jak plastelina...

Moja fryzura jest świetna, jednak zupełnie nie nadaje się do mojego rodzaju włosów (miękkich i układających się). Pozostaje mi mieć nadzieję, że włosy szybko odrosną.

Nigdzie nie mogę znaleźć GPSa z pionowym wyświetlaczem, a palmtopa nie chcę. Ponieważ potrzebuję TMC, a automapy niekoniecznie, pozostają mi firmy takie jak: Tom Tom czy Mio i będę je musiała kupić nawigację w Polsce (chcę mieć polskiego lektora) bez możliwości serwisowania jej w Hiszpanii.

Z kolejnych, dobrych wiadomości - nasza kotka Yakuza się znalazła! W sobotę moja córka udała się do pobliskiej restauracji, w której zwykła się stołować (nasza kotka, nie córka) i dowiedziała się, że Yakuza pojawia się tam codziennie na posiłki, a raz nawet tam nocowała! Przedwczoraj, ów niewdzięczny kocur pojawił się późnym wieczorem w domu, tylko po to, by opróżnić miskę, ale wczoraj po kolejnym posiłku, zatrzymałam ją w domu i całą noc przespała grzecznie na sofie w salonie.

sobota, 25 lipca 2009

jaki masz plan na dzisiejszy dzień?

Kurcze, piszę posty na tego bloga już codziennie... Może dzięki nim mój mąż, z którym nie mam czasu rozmawiać przez komunikator za dnia i który wieczorami nie ma łącza, dowie się, co dzieje się w moim życiu?

Wczorajszy, pracowity dzień, zakończył się bardzo późno. Chciałam położyć się o pierwszej w nocy, ale wtedy Olafek obudził się po raz kolejny z jakiegoś sennego koszmaru i chciał wyjść z łóżeczka. Stwierdziłam, że wezmę go do siebie, do salonu. Nie mógł zasnąć do w pół do trzeciej mimo mleczka, przytulenia i zmiany pieluszki. Zresztą ja mu się nie dziwię... Jeśli nawet mnie denerwują te tabuny obcych ludzi przewalających się przez nasz dom, to co dopiero jego... W końcu oboje zasnęliśmy (po drugim, nocnym mleczku Olafka) i spaliśmy do kwadrans po ósmej. Wtedy ponownie się obudził i tym razem kategorycznie zażądał bajki - widział, że za oknem jest już jasno. Więc oboje wstaliśmy, obudziliśmy Igorka (niechcący) i rozpoczęliśmy nowy, fajny dzień.

Pani Bożena, która u nas sprząta, przyszła przed 9. zająć się chłopcami do planowanego przybycia ich niani o 18. Była bardzo entuzjastycznie nastawiona do tego zajęcia, choć, kiedy pojawiłam się w porze ich drzemki z zakupami, przyznała, że nie jest już tak łatwo zajmować się nimi jak kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy nie mieli jeszcze własnego (oczywiście każdy innego) zdania na każdy temat.

Korzystając z tej luksusowej sytuacji wybyłam z domu po dziesiątej rano i udałam się do mojej ulubionej fryzjerki, co zaowocowało nową, znacznie krótszą (do ramion). geometryczną fryzurą i oczywiście nowym, wibrującym turkusem na mojej głowie - z obydwu jestem bardzo zadowolona i moja fryzjerka chyba też, bo uwieczniła tę fryzurę na zdjęciu.

Potem pojechałam na pocztę, gdzie przesympatyczna sobowtórka Scarlett Johansson pomogła mi zapakować paczkę (!).

Następnie wizyta w rejonowym Urzędzie Skarbowym - oczywiście nie udało mi się załatwić tego, co planowałam, ale przynajmniej dowiedziałam się, jak to załatwić i moje auto nie zostało zwiezione za nieprzepisowe parkowanie.

Kolejnym punktem w moim planie dnia było odwiedzenie biura księgowości, które obsługiwało firmę mojego kochanego męża.

A potem relaks - umówiłam się z przyjaciółką w "Dzikim Ryżu" - nie dość, że fajnie (jak zwykle) pogadałyśmy, to jeszcze zafundowała mi bardzo suty posiłek, a następnie zgodziła się wybrać ze mną (mimo innych planów) do Ikei w Jankach. I całe szczęście, że tam ze mną pojechała - wspomogła mnie przy zakupach nie tylko merytorycznie, ale również fizycznie - dźwigając ciężkie paczki z łóżeczkami chłopców. Przy kasie najpierw okazałam przemiłemu, młodemu blondynowi za kasą kartę "Ikea Family", a potem moją kartę kredytową. Ów kasjer za moją namową kolejno próbował ściągnąć z wyżej wymienionej karty kwotę ponad 1200 zł. Ponieważ umówiłam się z nim, że będzie próbował co sto złotych trochę to trwało - czułam się jak w kasynie, kiedy wymieniał kolejne kwoty: tysiąc dwieście złotych, tysiąc sto złotych, tysiąc złotych... Kiedy doszedł do dwustu złotych i nadal pojawiał się złowieszczy napis "odmowa transakcji", wyjęłam moją kartę bankomatową , proponując, by ją obciążył całą kwotą i stwierdzając, że to świadczy o tym "jak bardzo nie panuję nad moimi finansami". Co skwitował z uśmiechem: "Jak typowa kobieta". Na szczęście przynajmniej za transport łóżeczek na Ursynów udało mi się zapłacić kartą kredytową. Przy okazji dowiedziałam się, że ewentualne reklamacje powinien rozpatrzyć każdy sklep Ikei- również ten w Barcelonie.

Do domu wróciłam o w pół do jedenastej - w sam raz, by spotkać się w drzwiach z naszą super-nianią, która właśnie wychodziła do domu zmieniona przez Weronikę. Umówiłyśmy się na jutro, bo dziś nawet nie zdążyłam obejrzeć GPSów, a poza tym jutro od rana czekamy na transport łóżeczek chłopców z Ikei i na wizytę pana złotej rączki.

A właśnie, zapomniałam napisać, że w ciągu dnia, jak zwykle odbierałam dziesiątki telefonów, smsów i e-maili m. in, od - od pana "złota rączka"; od 2 młodzieńców, którzy oglądali nasze mieszkanie i jednak nie zdecydowali się na jego wynajęcie, ale "bardzo chętnie się nim zaopiekują"; od agentki nieruchomości, która wydaje mi się coraz bardziej sensowną kandydatką do podpisania umowy na wyłączność; od przemiłych znajomych, których córka właśnie skończyła roczek i od dwóch firm zajmujących się międzynarodowymi przeprowadzkami, których szacunki różniły się o ponad 4 tys. euro (sic!).

I jeszcze jedna refleksja: podczas spotkania z moim rodzeństwem, (które mnie totalnie ignorowało) u notariusza cały czas robiłam zazen, a po dokonaniu wartej 600 tys. zł darowizny na ich rzecz (za którą, rzecz jasna nie usłyszałam nawet "dziękuję!"). poczułam przysłowiowy "kamień z serca" - tego dnia wypiłam 3 litry wody oligoceńskiej (sic!) i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poszłam spać bez homeopatycznych wspomagaczy i spałam ciągiem 6 godzin! Ciało zwykle jest mądrzejsze od głowy...

piątek, 24 lipca 2009

every day's like survival

Mój dzisiejszy dzień wyglądał następująco:
10. rano - przyszła p. Bożena odgruzowywać nasze zapuszczone mieszkanie, a ja dałam chłopcom śniadanie.
10:15 - pojawił się p. złota rączka - sympatyczny, szybki i konkretny - naprawił większość rzeczy, o których naprawienie go poprosiłam, po czym, równie konkretnie, zażądał 150 zł i zapowiedział, że jego kolejna wizyta - w sobotę będzie mnie kosztowała drugie tyle.
11. - przyszła bardzo sympatyczna i profesjonalna p. od międzynarodowych przeprowadzek, żeby zobaczyć ile mamy "mienia".
W międzyczasie odebrałam kilka telefonów od osób zainteresowanych wynajmem oraz od firmy, z którą wcześniej umówiłam się na przeprowadzkę i która przestała odpowiadać na moje maile.
12. - przyszła p. z kolejnej agencji nieruchomości zrobić zdjęcia.
12:20 - położyłam chłopców na drzemkę z mleczkiem oczywiście.
12:40 - okazało się, że obaj chłopcy nie chcą spać, ale za to zrobili kupki, a mleczko się skończyło.
13. - po przewinięciu obydwu panów, zabrałam Olafka na wyprawę do zdrowej żywności po mleczko między innymi. A Igorka zostawiłam pod okiem p. Bożeny i chorej Weroniki. Olafek był bardzo szczęśliwy.
13:45 - ponownie położyłam chłopców na drzemkę ze świeżym mleczkiem. Zasnęli.
14. - zjadłam śniadanie.
14:30 - pojechałam po zakupy do supermarketu i apteki, gdzie przy okazji oddałam do utylizacji stare leki.
16. - wróciłam do domu z zakupami. Ugotowałam obiad dla naszej czwórki. Chłopcy wstali i zauważyłam, że Igorek ma bardzo spuchnięte i zaognione lewe uszko. Zjedliśmy obiad. A potem chłopcy kąpali się w baseniku na tarasie.
17:30 - stwierdziłam, że stan uszka Igorka się nie poprawia. Więc pojechałam z nim do przychodni. Lekarz stwierdził, podobnie jak ja, że to najprawdopodobniej reakcja alergiczna na ukąszenie przez owada. Zalecił wapno, doustny lek antyhistaminowy oraz sterydową maść do smarowania.
Oczywiście w międzyczasie odbierałam kolejne telefony...
18. - wróciliśmy z Igorkiem do domu. Podałam mu wapno i posmarowałam uszko Fenistilem.
18:30 - zjawiła się agentka wraz z zainteresowanym mieszkaniem, którzy mieli się zjawić o 18:15. oboje mieli do mnie żal, że nie zamieściłam w internecie zdjęć mieszkania, bo pan oczywiście wyobrażał sobie, że 4 pokoje oznaczają 4 sypialnie, a nie: 2 sypialnie, 1 pracownię i 1 otwarty, przechodni salon. Oglądający, którzy umówili się ze mną na 18:30 nie pojawili się, ani nie zadzwonili.
19. - przyszli kolejni oglądający - 5 młodych osób, którym od wejścia powiedziałam, że salon jest przechodni, a w pracowni nie da się postawić łóżka. Niezrażeni tym chodzili po naszym mieszkaniu przez ponad 20 minut oglądając wszystko i dyskutując między sobą.
19:30 - podałam chłopcom kolację.
20. - odebrałam kolejne zakupy - na szczęście tym razem z dostawą do domu.
20:30 - zaczęłam kąpiel chłopców.
21:30 - chłopcy zasnęli.
23. - skończyłam gotowanie dla chłopców na jutro, pakowanie paczek na allegro oraz ogarnianie po ich posiłkach i zabawie.

W międzyczasie doszłam do wniosku, że chyba będę jednak zmuszona wyjechać nie wynajmując mieszkania i zostawić je jakiejś agencji nieruchomości na wyłączność. Bo chłopcy są coraz bardziej nerwowi przez te tabuny ludzi, które przewijają się dzień w dzień przez nasz dom... A poza tym, mamy tak napięty grafik, że nie mamy dosłownie kiedy wychodzić na spacer. Poza tym lada chwila zostaniemy odcięci od świata, bo rozwiązałam już umowy na telewizję, Internet i oba telefony.

Na jutro i na pojutrze udało mi się załatwić całodzienną opiekę nad chłopcami. Może zbankrutuję, ale przynajmniej pozałatwiam kilka spraw. W planach mam: zakup mebli do nowego mieszkania dla chłopców, fryzjera, wizytę w Urzędzie Skarbowym i na poczcie, zakup GPSa i nie pamiętam co jeszcze.

A ze smutnych wiadomości - nasza kotka Yakuza nie wraca do domu już od 3 dni...

Poza tym, coraz bardziej martwię się również tym, że pozbyliśmy się wszystkich oszczędności. Po zapłaceniu za przeprowadzkę pozostanie mi już tylko debetować konto - na szczęście mogę zrobić duży debet...

środa, 22 lipca 2009

all I really want's a cup of tea

Z ulgą powitałam koniec wczorajszego dnia. To było istne piekło... Kilkakrotnie płakałam z bezsilności. Wszystko, co mogło pójść nie tak, się spieprzyło. Mój misternie przygotowany plan od rana brał w łeb...

Zacznę od tego, że przedwczoraj o dziesiątej wieczór odwiedziłam moją przyjaciółkę - dawno się nie widziałyśmy i na dodatek niedawno obchodziła okrągłe urodziny, no i nie wiadomo, kiedy się znów spotkamy... Posiedziałam u niej do 3. w nocy, wróciłam do domu, kiedy było już jasno, a chłopcy oczywiście obudzili się o ósmej rano (sic!). Mimo fizycznego wyczerpania wstałam i bohatersko spełniałam codzienne, macierzyńskie powinności.

O dziesiątej miał się u nas pojawić fachowiec tzw. "złota rączka", by naprawić szereg drobnych, acz uciążliwych usterek przed wynajmem mieszkania. Fachowiec ów, nie dość, że się nie pojawił, nie raczył również reagować na moje telefony i smsy. Moja córka się rozchorowała, w związku z czym nie mogłam liczyć na jej pomoc. Firma, z którą byłam umówiona na przeprowadzkę do Barcelony, od niedzieli nie odpowiedziała mi na maila. Zadzwoniłam - wszystkie telefony głuche. Programiści z Krakowa, którzy chcieli wynająć nasze mieszkanie, stwierdzili, bardzo zjadliwym tonem, że chętnie je wynajmą, jednak bez płacenia jakiejkolwiek kaucji (!). Zamiast kolejnych osób, które miały oglądać nasze mieszkanie pod kątem wynajmu, pojawił się... listonosz ze zwrotem przesyłki pobraniowej z mojego sklepu mój sklep, za którą musiałam zapłacić jedyne, kolejne 11 zł (!). Notariusz, u którego miałam stawić się jutro w celu dokonania wymuszonej szantażem emocjonalnym darowizny na rzecz mojego brata i siostry, zadzwonił informując mnie, że mamy się pojawić u niego wszyscy troje o tej samej porze (wcześniej miałam nadzieję, że uda mi się uniknąć spotkania z moim rodzeństwem, które przy byle okazji obrzuca mnie inwektywami...). I na koniec, gwóźdź do trumny, mój ukochany, którego poprosiłam o przylot do Warszawy i pomoc przy przeprowadzce, poinformował mnie, że z kilku, niezależnych od niego, przyczyn nie będzie to możliwe... Na dodatek (a właściwie w wyniku) tego wszystkiego pokłóciłam się jeszcze z córką...

Pierwszym moim odruchem na te wszystkie niepowodzenia był płacz. Potem, wracając do realności przy pomocy świadomego oddechu, skupiłam się na małych, prostych rzeczach, będących w zasięgu ręki: pogodziłam się z córką, ugotowałam obiad, nastawiłam pralkę i zmywarkę, wyniosłam śmieci, posprzątałam i zrobiłam zakupy. A potem przyszła pora na resztę... Znalazłam dwie kolejne firmy zajmujące się międzynarodowymi przeprowadzkami - jedna od razu, przez telefon podała mi kalkulację, a z przedstawicielem drugiej umówiłam się na czwartek. Znalazłam w sieci kolejną "złotą rączkę", z którą, również na czwartek, się umówiłam. (Mam nadzieję, że się zjawi.) Odmówiłam wynajmu mieszkania krakowiakom - równie zjadliwym tonem. Zorganizowałam jutrzejsze spotkanie u notariusza z moim rodzeństwem (kosztem mojej godności, co prawda) ale mam nadzieję, że będzie to cena za mój spokój...

W każdym razie dzień, który zaczął się płaczem, zakończyłam ze śmiechem na ustach. Wszak to wszystko, to tylko stany emocjonalne...

A jutro czeka mnie kolejny, piękny dzień - w planie mam między innymi: odbiór osobisty dwóch sprzedanych na allegro przedmiotów, wyżej wymienionego notariusza, kolejną wizytę Igorka u pedodontki, a wieczorem spotkanie z niewidzianą od kilkunastu lat przyjaciółka. Czwartek również zapowiada się pięknie - do naszego mieszkania przyjdą: pan Złotarączka, pani sprzątająca, Państwo kalkuljący przeprowadzkę oraz dwóch agentów nieruchomości wraz z klientami....

sobota, 18 lipca 2009

when the rain begins to fall

Dziś Warszawa zadziwiła mnie po raz kolejny. Rano było przepięknie, a ponieważ miałam parę rzeczy do załatwienia na mieście, zadzwoniłam do mechanika spytać, czy moje auto jest już gotowe. Miało być za pół godziny, więc postanowiłam dotrzeć po nie komunikacją miejską i spacerkiem - inaczej się nie da, bo mechanik mieszka na skraju Wilanowa prawie pod elektrociepłownią Siekierki. W planie miałam metro i 3 autobusy po kolei.

Kiedy wysiadłam z metra na stacji Służew powitał mnie ten sam, co zwykle od około roku, przewiercający się przez mózg pisk (kto odwiedzał w ciągu ostatnich miesięcy tę stację, wie o czym mówię), a potem tłum ludzi czekających przy wyjściu z metra. Na zewnątrz ulewa. Nie miałam wprawdzie parasola, ale miałam kurtkę ze sztucznej skóry, więc odważnie ruszyłam do autobusu. Jednak, kiedy do niego wsiadłam, zdałam sobie sprawę, że chyba nie był to najlepszy pomysł, przez drzwi otwierające się na kolejnych przystankach widziałam ludzi brnących w płynącej ulicami wodzie, która sięgała im do kolan (sic!) oraz spore bryłki gradu. A autobus wiózł mnie coraz dalej od domu... Na dodatek kierowca strasznie szarpał, a kiedy jedna z przewracających się pasażerek zwróciła mu uwagę, zatrzymał pojazd, wyszedł z szoferki i stwierdził, że wobec tego on nigdzie dalej nie jedzie. Byłam w takim szoku, że wybuchnęłam głośnym śmiechem. Po trwającej kilka minut dyskusji z pasażerami zgodził się jednak kontynuować kurs. Kiedy nadeszła pora mojej drugiej przesiadki przeszłam przez skrzyżowanie i to wystarczyło, żeby moja nieprzemakalna kurtka przemokła na wylot, podobnie jak jeansy, trampki, skarpetki, top, a nawet majtki. Wsiadłam w kolejny autobus, a potem wysiadłam i szłam powoli, bo szybko się nie dało w strugach deszczu i w ciężkim, sztywnym i oblepiającym ciało ubraniu, nie widząc dokąd idę, bo woda dosłownie zalewała mi oczy (pierwszy raz cieszyłam się, że się nie maluję, ani nie nakładam nic na włosy, bo dzięki temu miałam w oczach tylko piekącą mieszaninę kremu z deszczówką).

W końcu schroniłam się w pełnej ludzi sali bankomatowej PKO SA, gdzie wybrałam pieniądze na naprawę i skąd zadzwoniłam zdesperowana do mojego mechanika. Jego syn zjawił się w ciągu kilku minut moim autem, którego siedzenia przewidująco okrył folią. Autko ma 2 nowe tarcze hamulcowe, nowe klocki, nowy filtr oleju, paliwa i 2 filtry klimatyzacji, ale choć chodzi jak marzenie, jechałam nim do domu godzinę, bo: korki, objazdy, zepsuta sygnalizacja, gigantyczne kałuże i unieruchomione przez ulewę auta.

Kiedy w końcu dojechałam na Ursynów okazało się, że mam niecałe 2 godziny, żeby dotrzeć z Igorkiem na Powiśle na lakowanie ząbków, a metro nie działa. Pamiętając o korkach i kałużach postanowiłam wezwać taksówkę i dobrze zrobiłam, bo dotarliśmy na miejsce w 3 kwadranse dzięki temu, że taksówkarz nie tylko wynajdował niesamowite objazdy, wpychał się przed innych kierowców (dlatego właśnie nie lubię taksówkarzy...) i wjeżdżał w bardzo głębokie kałuże, ale również nie unikał chodników, tam, gdzie jezdnia była kompletnie zalana. Sama nigdy nie zdobyłabym się na taką brawurę...

Do domu wróciliśmy z Igorkiem o siódmej. Akurat w porę, żeby położyć oba bobasy spać i objechać 3 pobliskie markety w poszukiwaniu preparatów przeciw komarom. Oczywiście wszystkie przeciwkomarowe wtyczki do kontaktów zostały wykupione. W akcie desperacji nabyłam więc przeciwkomarową świecę ogrodową - na taras, takiż wkład do wtyczki i urządzenie aromatyzujące mieszkanie marki Ambi Pur. W tym ostatnim umieściłam mieszankę, mam nadzieję, że nie wybuchową, zapachu antynikotynowego i preparatu przeciw komarom i podłączyłam. Śmierdzi w całym salonie i na korytarzu, a komarów jakby trochę mniej...

środa, 15 lipca 2009

the sun always shines on tv

Wreszcie czuję, że przyszło lato - na tarasie jest cieplej niż w domu, mimo nocnej pory, i od trzech dni wieczorami słychać świerszcze. Niestety mamy również plagę komarów - aż strach przechodzić koło lasku przy metrze. Ale cieszę się, bo dzięki tej aurze bobasy mogą codziennie pluskać się w swoim baseniku na tarasie. Przez to, że biegają po domu nago, zdarza im się nasiusiać lub (dziś pierwszy raz) zrobić kupkę na podłodze w salonie, o czym niestety informują mnie, wielce skonfundowani, po fakcie, ale najważniejsze, że dobrze się bawią. A trening czystości odkładam na czas po przeprowadzce.

Po obniżeniu ceny już 3 osoby umówiły się ze mną na jutro na oglądanie mieszkania. Mam nadzieję, że coś z tego wyniknie. Odbyłam dziś długą rozmowę telefoniczną w sprawie wynajmu z informacją podatkową i wiem już jaką opcję rozliczania powinnam wybrać, co nie zmienia faktu, że jestem przerażona tym, że sama mam ten podatek wyliczać - do tej pory zawsze robili to za mnie księgowi.

Dziś udało mi się załatwić wszystko, co zaplanowałam. Auto zostawiłam u mechanika (dowiadując się przy okazji, że moje zimowe opony mają 6 mm bieżnika). Wysłałam też list (prawdziwy, na papierze - może dzięki mnie sztuka epistemologii jednak przetrwa?) do męża za jedyne 3 zł - priorytetem, który będzie szedł około tygodnia - gwoli wyjaśnienia dodam tylko, że jedyną szybszą opcją był Pocztex za 130 zł (!). Byłam też na super masażu Lomi Lomi. Pani Lidka - masażystka nie omieszkała mi przy okazji opowiedzieć jaka cudowna jest Barcelona (była tam dwukrotnie) i jacy serdeczni i otwarci są Katalończycy. Mam nadzieję, że już niedługo będę miała okazję sama się o tym przekonać...

Chyba dlatego, że wyjeżdżam, coraz więcej spraw tutaj mnie denerwuje... Dzwoniłam dziś do Wojewódzkiego Centrum Stomatologii, żeby dowiedzieć się, na którą godzinę mam przyjechać tam w piątek z Igorkiem, niesympatyczna asystentka nie raczyła mnie poinformować, bo jak stwierdziła "pracuje z innym lekarzem, a numery się zmieniły". Na całodobowej poczcie koło nas - jak zwykle gigantyczna kolejka - 32 osoby przede mną (sic!). Gorąco, w związku z czym drzwi otwarte na oścież, a że poczta jest rzęsiście oświetlona w środku kłębią się komary. Więc siedziałam tam przez ponad pół godziny w bluzie z długim rękawem. W międzyczasie miałam okazję obserwować dwudziestokilkuletnią pannę z ogromnym krzyżem na szyi - poza krzyżem miała na sobie bardzo wydekoltowaną i bardzo krótką, czarną sukienkę odsłaniającą bardzo pryszczate nogi i na domiar złego wyjęła z torebki tamborek i zaczęła haftować krzyże i lilijki, a kiedy to się jej, najwidoczniej, znudziło, wyjęła z torebki "Frondę" i zaczęła ją czytać demonstracyjnie śmiejąc się i kiwając głową. Swoją drogą - co może być śmiesznego we "Frondzie"? W końcu, wysławszy list, spocona i pogryziona przez komary dotarłam do domu. I co widzę? Na naszej klatce wisi ogromne ogłoszenie o tym, że gmina jednak nie chce wybudować obiecanego placu zabaw i boisk na pustym terenie oddzielającym nasze bloki od metra, bo woli postawić w tym miejscu bloki mieszkalne. Nie rozumiem, po co trzykrotnie podpisywałam petycję w tej sprawie? Teraz zostałam zaproszona, tak jak wszyscy mieszkańcy, na sesję rady gminy, tylko ciekawe jak mam się tam wybrać z dwoma bobasami akurat w porze ich drzemki?

Z dobrych wiadomości - mamy już zaklepane mieszkanie w miasteczku pod Barceloną o wdzięcznej nazwie Terrassa - duże, piękne i z tarasem - jak sama nazwa wskazuje. Na dodatek w bardzo fajnej okolicy - cichej, ale blisko centrum i z kilkoma placami zabaw dookoła. Jeden z tych placów to tak zwany plac "progresywny", co oznacza ni mniej ni więcej, że można zamówić sobie kawę i siedzieć przy niej patrząc, jak dzieci się bawią - czyli to, czego mi zawsze w Warszawie brakowało! Dodam jeszcze tylko, że już od kilku osób słyszałam, że widok dzieci bawiących się na placu zabaw o pierwszej w nocy (sic!) nie jest w okolicach Barcelony niczym dziwnym. Jednym słowem - żyć nie umierać.

Dzisiaj wreszcie dotarło do mnie, że chłopcy mimo, iż właściwie nie mówią, bardzo dużo rozumieją. Paradoksalnie do tej pory łączyłam zdolność wypowiadania się ze zdolnością pojmowania. Do tej pory wydawało mi się również, że skupione "Mhm, mhm!" Igorka padające w odpowiedzi na moje wyjaśnienia są tylko pro forma. Ale dziś przyjrzałam się dokładniej reakcjom chłopców na telewizyjne bajki. Biją brawo za każdym razem, gdy ktoś komuś pomoże, albo gdy bohater dokona jakiegoś bohaterskiego wyczynu. Olafek denerwuje się i krzyczy, kiedy tylko któryś z bohaterów znajdzie się w niebezpieczeństwie. Igorek natomiast podśpiewuje piosenki z bajek; a dziś założył czapeczkę "Noddiego" (z dzwoneczkiem) i śmiejąc się nucił melodię z serialu (!). Wnioski: zwracać baczniejszą uwagę na treści bajek (mimo, iż teoretycznie są przeznaczone dla najmłodszych) i jeszcze więcej tłumaczyć oraz opowiadać bobasom. Zresztą już teraz chłopcy pamiętają, że tata poleciał daleko i przypominają sobie o nim za każdym razem, kiedy słyszą przelatujący samolot...

wtorek, 14 lipca 2009

with a little help from my friends

Właśnie mija północ, a ja zaczynam się relaksować po kolejnym, pracowitym dniu - lepiej późno niż wcale.

Ha, ha, Oczywiście przypomniałam sobie o nastawieniu ogórków na małosolne i odpisaniu na maile i zrobiła się za kwadrans pierwsza. Ale nic to - najważniejsze, że dziś (odpukać) chłopcy śpią spokojnie. Wczorajsza noc była naprawdę masakryczna - Olafek nie spał do w pół do dwunastej i nie tylko nie spał, ale był w totalnej histerii - dwukrotnie wyskoczył górą ze swojego łóżeczka (sic!) na szczęście na nasz materac leżący na podłodze. W końcu uśpiłam go przytrzymując na siłę w pozycji leżącej i opowiadając bardzo długo kto już śpi, bo Olafek niestety nie toleruje ostatnio kołysanek. Te wydarzenia obudziły w końcu Igorka, który wprawdzie nie próbował z łóżeczka uciekać, ale po kolejnych przewijaniach i wypiciu kolejnych butelek mleczka, zaczynał zawodzić. W końcu o drugiej w nocy (sic!), stwierdziłam, że dłużej tego nie zniosę - sama się położyłam i wzięłam go do swojego łóżka w salonie. Trochę to potrwało zanim pogodził się z faktem, że wszystkie światła są wyłączone i mama, siostra, braciszek, kotek oraz telewizorek z bajkami już śpią. Dawno nie czułam się tak bezradna jak zeszłej nocy...

Oczywiście moje nadzieje na to, że dziś bobasy pośpią dłużej okazały się płonne. Chłopcy wstali o 9. w świetnych humorach. Postanowiłam jednak zastosować nową taktykę. Położyłam ich wcześniej niż zwykle na drzemkę - spali już kwadrans przed południem i zamiast wieczornego spaceru dałam im bardzo dużą kolację, którą pochłonęli w całości i domagali się jeszcze dokładek. A zamiast dzikich skoków na materacu po kąpieli było dużo przytulania - ja przytulałam Olafka a Weronika - Igorka. I... zasnęli przed dziewiątą.

Dzisiejszy dzień upłynął mi na pakowaniu i sortowaniu dokumentów oraz kolejnych książek z biblioteczki, a właściwie z jej środkowej części, bo zostały jeszcze dwa skrzydła. Bardzo pomogła mi w tym córka (zresztą w ogóle nie wiem, co bym bez niej zrobiła), dzięki czemu podyskutowałyśmy trochę o naszych gustach literackich. Poza tym udalam się do notariusza w celu uregulowania kwestii majątkowych z moją rodziną pochodzenia, która, delikatnie rzecz ujmując, bardzo na to przed moim wyjazdem naciska... Potem wytaszczyłam z tarasu komplet zimowych opon (przecież nie przydadzą mi się w Hiszpanii) i desperacko próbowałam je sprzedać u pobliskich wulkanizatorów. Lipiec okazał się nie być najlepszą porą na sprzedawanie zimowych opon. Ostatecznie wtaszczyłam je z powrotem do mieszkania (nie mamy piwnicy), sfotografowałam i wystawiłam na allegro jako moją 17. (sic!) i mam nadzieję, ostatnią aukcję. Jakbym nie miała dość odpowiadania na pytania o łączne koszty przesyłki, wypełnienia w Mei Tai'ach itp... Teraz odpowiadam na pytania o głębokość bieżnika...

Ale, jakby nie patrzeć, po kolei skreślam punkty na mojej liście spraw do załatwienia przed wyjazdem. Jutro zawożę auto na przegląd przed moją długą wyprawą. W piątek jadę z Igorkiem na ostatnie lakowanie jego ząbków. Obniżyłam dziś cenę wynajmu mieszkania na dwóch serwisach ogłoszeniowych i próbowałam wypromować je jako ogłoszenia "premium", co udało mi się tylko na jednym. Ponadto udzieliłam wywiadu dziennikarce "Życia Warszawy", co zaowocowało tym oto artykułem:
m. in. o moim secondhandzie

Ponieważ w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że odkąd wyjechał mój ukochany. moje życie stało się nieustającym kieratem obowiązków, postanowiłam zadbać o higienę psychiki oraz ciała i zaczęłam spotykać się z przyjaciółkami oraz odwiedzać kosmetyczkę. Rady moich przyjaciółek okazały się niezwykle cenne, a kosmetyczka pomalowała moje paznokcie na atramentowo, co na kilka dni wprawiło mnie w świetny humor (niestety dzisiejsze noszenie opon i szorowanie garnków, które nie zmieściły się w zmywarce, zniweczyło jej trud). A jutro, korzystając z wieczornej obecności naszej super niani, wybieram się na masaż Lomi-lomi, który już nie raz pomógł mi przetrwać ciężkie chwile.

Właśnie dotarło do mnie, że chyba mój blog staje się nudnym opisem moich obowiązków i tego, jak sobie z nimi radzę...