środa, 28 stycznia 2009

dancing in the street

Powoli kończymy całą rodziną chorować na grypę. Dziś po raz pierwszy od dwóch tygodni wyszłam na dwór. Po tak długim czasie nawet najbliższa okolica robi na mnie wrażenie. Szkoda tylko, że nie było widać gwiazd.

Zresztą ja w ogóle bardzo rzadko wychodzę, a jeśli już to w pobliże domu - z dziećmi na spacer bądź na zakupy. Czasem czuję się jakbym uczestniczyła w sesshin. Tylko, że to odosobnienie trwa już ponad półtora roku - zamiast standardowych kilku czy kilkudziesięciu dni. I zamiast jednego wymagającego i kapryśnego mistrza - mam dwóch, którzy na dodatek często wymagają ode mnie sprzecznych rzeczy. Nie wspominając już o tym, że odosobnienia, wbrew ich nazwie, były dla mnie zawsze również okazją do spotkania mnóstwa przyjaciół. A obecnie, jeśli spotkam się z kimś spoza rodziny raz w miesiącu, uważam to za bujne życie towarzyskie. Dziwne jest takie życie, zwłaszcza w zestawieniu z życiem, które prowadziłam kiedyś.

Niemniej jednak w obecnej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak tylko dziękować wszystkim buddom i bodisatwom za web 2.0 i marzyć o tym, że w końcu zamieszkam w ciepłym kraju, gdzie ludzie tańczą nocami na ulicach. A w międzyczasie czekać na nadejście wiosny, bo zima, jak mawia moja przyjaciółka, to dla mnie osobiste piekło.

niedziela, 18 stycznia 2009

don't miss your chance to swim in mystery

Chyba wracam do normalnego życia, cokolwiek miałoby to oznaczać. Dobitnie wskazuje na to fakt, że wczoraj, a właściwie dzisiaj oglądałam stary film SF do czwartej rano - tak bardzo mnie wciągnął. Jeszcze niedawno, gdybym mogła spać o tej porze, to bym spała. Sypiam po 5 - 7 godzin ciągiem, co jeszcze niedawno, wydawało mi się niedostępnym luksusem. Odzyskuję translatorską i kulinarną wenę twórczą. Dzięki temu, że mąż zajmował się chłopcami przez weekend, popełniłam kolejne tłumaczenie, ucząc się przy okazji angielskich odpowiedników tak przydatnych słów jak "szyfrogram" czy "binaria". Zaś do wyczynów kulinarnych zmusza mnie, jak co roku, deficyt sezonowych warzyw i owoców, dzięki któremu odkryłam na nowo smak i aromat świeżych ananasów i zmobilizowałam się do przyrządzenia kilograma (sic!) szpinaku po katalońsku oraz udoskonalenia swoich przepisów na domowe pasztety oraz tażine z kiszonymi cytrynami. Przy okazji powrotu do zdrowego, to jest, nocnego trybu życia, dorobiłam się kolejnego nałogu. Obecnie dzień najchętniej rozpoczynam od coli Red Bulla, która nie tylko zawiera kofeinę w przyswajalnej dla mojego organizmu postaci, ale ma również naprawdę ciekawy skład i walory smakowe. Ponownie odkryłam również urok japońskich kadzideł mojej ulubionej firmy Nippon Kodo. Polecam nowy zapach Yuzu - czyli dziki jaśmin. Do kupienia w: Zen Style. Kolejne rewelacje w moim życiu to: czas na smarowanie całego ciała kokosowym balsamem oraz odkrywanie nowych (dla mnie rzecz jasna) autorów SF, cyberpunk i fantasy: Bena Bovy, Richarda Morgana i Tada Williamsa. A może najdobitniej wskazuje na to fakt, że nie piszę w tym poście o dzieciach?

piątek, 16 stycznia 2009

winter's so cold this year

Bobasy nie przestają mnie zaskakiwać. Onegdaj kupiłam im plastikowe sanki - w niczym nie przypominające tradycyjnych - taka wściekle zielona tacka ze sznurkiem. Znaleźli je na ławie w korytarzu, ściągnęli na podłogę, usadowili się w nich i kazali ciągnąć się po mieszkaniu. Kolejny przykład, kiedy Olaf wściekł się i strasznie płakał, Igorek podniósł z podłogi smoczek i przybiegł podać go braciszkowi. A dzisiaj udałam, że nie widzę, że Igorek, jak zwykle korzystając z mojej nieuwagi, przysunął sobie krzesło do parapetu i zaczął eksplorację. Olaf, który słabiej się wspina, stał przy krześle, a Igor pokazywał mu kolejne przedmioty pytając, czy go interesują i w zależności od otrzymanej odpowiedzi podawał mu je, bądź odkładał z powrotem. Nie muszę chyba dodawać, że porozumiewali się w trakcie tej tajnej operacji kodem pomrukiwań i ruchów głową. Igorek rozwija swoją artystyczną duszę - rano gra mi na cymbałkach i podśpiewuje własne kompozycje, coraz ładniej też wypełnia kartki rysunkami. Olafek ćwiczy kaskaderską jazdę wszystkimi trzema autkami, które ma do swojej dyspozycji. Jeździ na nich jak na motorze - zakręcając o 180 stopni i podnosząc przednie koła. Obaj bardzo uważnie, w skupieniu, które objawia się zmarszczeniem brwi, czytają swoje ulubione książeczki o zwierzątkach, pojazdach i jedzeniu.

Ponieważ temperatury są nadal ujemne, a na naszym tarasie zalega przyzwoita warstwa śniegu oraz temu, że dzięki coraz dłuższym dniom, mamy tamże słońce w godzinach wczesnopopołudniowych, tam właśnie wychodzimy na spacery. Ludowa mądrość głosi, że "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma". Więc wychodzimy na te spacery z pełnym zestawem zabawek do piaskownicy i robimy babki ze śniegu.

czwartek, 8 stycznia 2009

words are very unnecessary

Mimo, iż chłopcy śpią coraz lepiej, paradoksalnie, mam coraz mniej czasu. A jeśli nie prześpią w miarę przyzwoicie 2 nocy pod rząd, chodzę nieprzytomna. Widocznie organizm dopomina się zaległego odpoczynku z ostatnich 2 lat. Ale powoli wychodzę na prostą i odzyskuję siły mimo, iż nadal nie mamy opiekunki. Umówiona z nami dziewczyna zadzwoniła na dzień przed rozpoczęciem pracy mówiąc, iż otrzymała lepszą propozycję. I tak podobno mieliśmy dużo szczęścia, że w ogóle zadzwoniła, bo takie sytuacje zdarzają się nagminnie w naszym pięknym mieście słynącym z chronicznego deficytu opiekunek do dzieci.

Metodą na to, by nie wstawać do bobasów w nocy okazało się... niewstawanie do bobasów w nocy. Ponieważ wszelkie książkowe metody z przytulaniem, siedzeniem po cichu obok, układaniem z powrotem w łóżeczku itp. nie pomogły, metodą prób i błędów wypracowaliśmy swój własny system, który polega przede wszystkim na jak najmniejszej ilości interwencji. I to, że synkowie, przespali sylwestrową noc od 22. do 7. rano nie zważając na petardy i sztuczne ognie uważam za dobrą wróżbę. A propos Sylwestra - jestem chorobliwie wręcz przesądna. Jeśli wierzyć wróżbom, kolejny rok zapowiada się dość ciekawie, a to dzięki mojej mamie, która została w tę noc z chłopcami.

Co ciekawe, bobasy wróciły do drzemki w dzień, ale jedynie po spacerze. Co zmusza mnie do przebywania w tych skrajnych temperaturach, do których mój organizm jest nieprzystosowany. Czy wspominałam już, że nienawidzę zimy? Na dodatek na spacery chodzimy już bez wózka, bo w wózku jest zbyt nudno. Ma to swoje plusy i minusy. Nie muszę go pchać, ale za to często muszę nosić wijącego się Igorka pod pachą, a drugą ręką trzymać Olafka. Na szczęście ten ostatni o wiele lepiej niż brat radzi sobie z chodzeniem po wszelkiego rodzaju nawierzchniach i wolniej się męczy.

Igorek natomiast jest mistrzem wspinaczki - wchodzi dosłownie na wszystko. Ostatnio opatentował metodę przysuwania stołka lub krzesła do trudno dostępnych miejsc, co ułatwia mu rozpoczęcie wyprawy. Przewyższa brata również zdolnościami lingwistycznymi, choć nie komunikacyjnymi. Potrafi wyartykułować o wiele więcej dźwięków i ma bogatszy zasób słownictwa. O ile w ogóle możemy mówić tu o zasobie słownictwa - jego leksykologia obejmuje wyrazy: mama, mniam-mniam, nio-nio (zakaz), miau, wu-wu (samolot, odkurzacz i inne urządzenia wydające tego typu dźwięki). Okazjonalnie jest również w stanie nauczyć się jak robi wąż, lew lub pociąg. Niestety wszystkich tych wyrazów używa jedynie w obliczu najwyższej konieczności. W codziennych sytuacjach, podobnie jak brat, woli posługiwać się nieartykułowanymi pomrukiwaniami, jękami i okrzykami. Słyszałam, że niektórzy mężczyźni preferują ten sposób komunikacji z otoczeniem do czterdziestki albo i dłużej, ale mam nadzieję, że w przypadku moich synków będzie inaczej.