środa, 28 stycznia 2009

dancing in the street

Powoli kończymy całą rodziną chorować na grypę. Dziś po raz pierwszy od dwóch tygodni wyszłam na dwór. Po tak długim czasie nawet najbliższa okolica robi na mnie wrażenie. Szkoda tylko, że nie było widać gwiazd.

Zresztą ja w ogóle bardzo rzadko wychodzę, a jeśli już to w pobliże domu - z dziećmi na spacer bądź na zakupy. Czasem czuję się jakbym uczestniczyła w sesshin. Tylko, że to odosobnienie trwa już ponad półtora roku - zamiast standardowych kilku czy kilkudziesięciu dni. I zamiast jednego wymagającego i kapryśnego mistrza - mam dwóch, którzy na dodatek często wymagają ode mnie sprzecznych rzeczy. Nie wspominając już o tym, że odosobnienia, wbrew ich nazwie, były dla mnie zawsze również okazją do spotkania mnóstwa przyjaciół. A obecnie, jeśli spotkam się z kimś spoza rodziny raz w miesiącu, uważam to za bujne życie towarzyskie. Dziwne jest takie życie, zwłaszcza w zestawieniu z życiem, które prowadziłam kiedyś.

Niemniej jednak w obecnej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak tylko dziękować wszystkim buddom i bodisatwom za web 2.0 i marzyć o tym, że w końcu zamieszkam w ciepłym kraju, gdzie ludzie tańczą nocami na ulicach. A w międzyczasie czekać na nadejście wiosny, bo zima, jak mawia moja przyjaciółka, to dla mnie osobiste piekło.

2 komentarze:

magda pisze...

zima dla mnie tez stala sie pieklem odkąd na swiecie pojawila sie Lena, nudy straszne.Wiem ze jestem upierdliwa ale chcialabym zostac tlumaczem angielskiego, nie przysieglym ( poki co) ale zwyklym, wiem ze sie tym zajmujesz, wiec mam pytanko: co musze zrobic, czy potzrebuje jakies kursy szkole itd. Pytajac w urzedach nie dowiedzialam sie nic bo oni nie sa pewni, a ja kocham angielski(jak i Anglie zresztą- 2 lata bylam) dlatego tak mnie to korci.. pozdrawiam

dkf pisze...

musisz po prostu walczyć o zlecenia - jak będziesz dobra, to klienci będą do Ciebie wracać :)