poniedziałek, 9 marca 2009

forever 18

I jak tu wiecznie mieć 17 lat? Na najbardziej podstawowym poziomie chodzi o ciało. O to moje ciało, które w wieku 17. lat miałam powabne i wytrzymałe. Całonocne imprezy dzień po dniu? Proszę bardzo. Wszelkiego rodzaju używki na pusty żołądek? Czemu nie. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że kiedy byłam piękna i młoda, nie czułam się taka. Czułam się nieatrakcyjna, właśnie wtedy, kiedy byłam najpiękniejsza. Nie uprawiałam seksu, właśnie wtedy, kiedy miałam do tego najlepszą kondycję i warunki. I robiłam wszystko, żeby poczuć się starsza niż byłam. Imprezowałam bez umiaru, to prawda. Ale zamiast cieszyć się tymi imprezami, młodością, witalnością i wolnością, odurzałam się i bezustannie leczyłam złamane serce...

A jak żyć z duszą i sercem wypełnionymi ideałami siedemnastolatki w świecie dorosłych? Jak sobie w nim radzić wiedząc, że tym światem rządzą pieniądze, władza i seks (pojmowany jako forma władzy)? Można próbować uciekać tak jak ja: nie oglądać telewizji, nie słuchać radia, nie głosować, ostatnio nawet nie pracować, ubierać się jak małolata, mieć fioletowe włosy, chodzić na offowe imprezy i nie ulegać konsumeryzmowi. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że doroślejemy...

Jedną z najsmutniejszych rzeczy w życiu usłyszałam od pewnej kobiety tuż przed sześćdziesiątką - nieatrakcyjnej, z ogromną nadwagą, schorowanej i nieszczęśliwej w małżeństwie - już wówczas babci czworga wnuków. Kiedyś, przy nocnym papierosie, powiedziała mi coś takiego: "To moje ciało i to moje życie wyglądają, jak wyglądają; ale w sercu nadal czuję się jakbym miała 17 lat." Na takie słowa, nawet ja, samozwańcza pocieszycielka strapionych, nie znalazłam żadnej odpowiedzi...

I właśnie w ramach mojego buntu, mojego bycia wieczną siedemnastką i chodzenia na offowe imprezy, świetnie się bawiłam w przededniu dnia kobiet, głównie w towarzystwie osób innych orientacji seksualnych. Nawet zatańczyłam z transseksualistą w ramach walki ze wszystkimi schematami. Muzyka puszczana przez djejki była boska, koncert Mass Kotek też. Znów na chwilę poczułam się piękna, wolna i młoda. (Najbardziej niepokoi mnie, że pewnie mając lat 60, będę myślała, że teraz naprawdę taka byłam...).

Cóż, powoli zostaję starą rock'n'rollówą a la Patti Smith. Chyba za dużo Łukasza Gołębiewskiego ostatnio czytałam... Wiem, wiem, że mój blog staje się coraz smutniejszy. Ale jak wreszcie przyjdzie wiosna, albo jak w końcu zamieszkam nad basenem Morza Śródziemnego, poprawię się - obiecuję.

czwartek, 5 marca 2009

come on and lie to me

To, że bycie matką zmienia stosunki kobiety z własną matką jest truizmem. Oczekując pierwszego dziecka przypominałam sobie własne dzieciństwo, rzecz jasna ze szczególnym uwzględnieniem krzywd i zaniedbań, których moi rodzice się dopuścili i obiecywałam sobie, że ja takich błędów nie popełnię. Ale abstrahując od wymiaru psychologicznego czy wręcz duchowego, macierzyństwo z reguły powoduje co najmniej konfrontację pomiędzy starą i aktualnie obowiązującą szkołą wychowania. Miałam to szczęście, że kiedy pojawiła się na świecie moja córka, znałam wychowanie i opiekę nad dzieckiem nie tylko w teorii, ale również w praktyce. Więc o nic nie musiałam mojej mamy pytać, choć oczywiście i tak dużo rad słyszałam.

Im jestem starsza tym mniej mnie te rady irytują. Przy pierwszym dziecku wszystko wiedziałam lepiej i starałam się o nic nie pytać mojej mamy, by nie narazić się na zarzut niekompetencji i nie dać jej powodu do wtrącania się w wychowanie wnuczki. (Swoją drogą jakie to chore i smutne w porównaniu ze stosunkami rodzinnymi panującymi w większości społeczeństw, które lubimy nazywać "prymitywnymi"). Przy drugim i trzecim dziecku, jestem trochę bardziej wyluzowana w roli matki, dzięki czemu zdarza mi się czasem pytać mamę o radę. Zdarza mi się też bez negatywnych emocji wysłuchiwać często nieproszonych i absurdalnych (z mojego punktu widzenia) rad oraz pomysłów na wychowanie dzieci.

Jednak, jak się ostatnio przekonałam, mój luz i psychiczna niezależność dalekie są od ideału. Poprosiłam mamę, żeby przyjechała do nas ok. 9 rano tak, żebym mogła pójść na czczo na pobranie krwi. Wpadła około w pół do dziesiątej i od progu zaczęła zgorszona zadawać pytania. Dlaczego dzieci jeszcze w piżamach? Dlaczego Igor ma pełną pieluchę? Dlaczego tu tak ciemno - część rolet nie odsłonięta? Dlaczego ja jeszcze śpię? Dlaczego chłopcy rozrzucili chusteczki higieniczne po całym salonie? Tych pytań padło o wiele więcej i z każdym kolejnym czułam się gorzej. O tym, że w końcu cofnęłam się w rozmowie z moją mamą do etapu bycia małym, strofowanym dzieckiem przekonałam się, kiedy spytała "I pewnie chłopcy nie jedli jeszcze śniadania?". Nie jedli, a ja w przypływie paniki skłamałam jej w żywe oczy mówiąc "Nie, nie, już zjedli". Zrobiło się strasznie i śmiesznie zarazem. Idąc do przychodni upominałam się prawie na głos "Kobieto, masz prawie 40 lat. Przestań zachowywać się jak mała dziewczynka, która boi się swojej mamy".

Do tej pory trudno mi ocenić, na ile winien jest tu anankastyczny sposób bycia mojej mamy, a na ile moja neurotyczność i takiż perfekcjonizm. Ale jedno jest pewne, mimo, iż mama postrzega mnie jako bezkompromisową buntowniczkę, która wszystko zawsze robi po swojemu i nie przejmuje się opinią innych, zdarza mi się w kontaktach z nią kłamać, by nie musieć sobie radzić z jej reakcjami. Zresztą, gdybym zdobyła się na szczerość w pewnych kwestiach, jej reakcje pewnie nie były takie straszne. Bo to wszystko jest w mojej głowie... Czy wspominałam już, że znów chodzę na terapię?