środa, 29 kwietnia 2009

play for today

Typową reakcją na wieść o tym, że jestem mamą bliźniąt jest stwierdzenie "ale fajnie, będą się razem bawić". Pomijając niezliczone przypadki walk o zabawki, uwagę rodziców i inne atrakcje, z posiadania bliźniaczego rodzeństwa rzeczywiście płyną nie tylko wyzwania, ale również liczne korzyści - zarówno dla samych zainteresowanych, jak i dla ich opiekunów.

Chłopcy są bardziej samodzielni od rówieśników. Ponieważ nie jestem w stanie upilnować obu na raz - na przykład na placu zabaw - szybciej opanowali wiele umiejętności, takich jak korzystanie ze zjeżdżalni, piaskownicy czy huśtawki. Kiedy jesteśmy na placu zabaw, niezmiennie słyszę "ale ty jesteś jeszcze za mały, żeby sam tu wchodzić/sam stąd zjeżdżać", na co niezmiennie wołam z drugiego końca placu "proszę się nie martwić, on sobie poradzi!". Bobasy samodzielnie korzystają ze zjeżdżalni - wchodzą na nie na czworakach, bądź na dwóch nogach i zjeżdżają na pupie lub na brzuszku. Równie sprawnie korzystają z huśtawek równoważni i jednoosobowych huśtawek na sprężynie.

Wczoraj na placu zabaw rozegrał się wielki dramat małego człowieka. Jest tam dużo miejscowych zabawek i Olafek upatrzył sobie jedną z nich - taczkę, którą ciągał, bardzo zadowolony, w tę i z powrotem. W pewnej chwili usłyszałam jego płacz (byłam na drugim końcu placu z Igorkiem). Podbiegłam i zobaczyłam, że Olafek płaczący łzami jak groch siłuje się z dużo większym i starszym chłopcem (na oko 4-5-letnim), który mu tę taczkę wyrywa. Oczywiście w pierwszym odruchu miałam ochotę stanąć w obronie synka; ale ponieważ wiem, jak mnie samą denerwują próby wychowywania moich dzieci przez inne osoby, postanowiłam zachować zimną krew. Opanowałam się więc i powiedziałam bardzo głośno "ojej, Olafku, tak się ładnie bawiłeś, a chłopiec Ci tę taczkę zabiera?". Oczywiście na te słowa natychmiast pojawiła się mama napastnika, która zaczęła go przekonywać, żeby zostawił taczkę młodszemu dziecku. Kiedy ich starcie osiągnęło apogeum, Igorek przybiegł na miejsce i widać było, że bardzo zastanawia się co zrobić. Na szczęście chłopiec został odciągnięty od zabawki przez mamę.

Często jednak zdarza się, że Igorek przechodzi od myśli do czynów. Kiedy Olafkowi podczas choroby zdarzały się napady histerii, podbiegał do niego przynosząc smoczek - czasem wyjmował go nawet ze swojej buzi. Kilkakrotnie widząc, że brat płacze podawał mu również książeczki i zabawki. Olafek jest mniej opiekuńczy, ale trzeba mu przyznać, że często zaprasza brata do wspólnej zabawy - zaczepiając go i pokazując nowe sposoby spędzania czasu.

Kiedyś miałam duży problem z konfliktami między nimi. Moją odruchową reakcją było skarcenie winowajcy, ewentualne odebranie mu zrabowanej zabawki i pocieszanie poszkodowanego. Z reguły to sprawniejszy ruchowo i impulsywniejszy Olafek atakował Igorka. Szybko zdałam sobie jednak sprawę, że w ten sposób jedynie ugruntowuję u obydwu ten schemat zachowań i wpisuję ich w role napastnika i ofiary. Nieingerowanie niekiedy dużo mnie kosztuje, ale widzę jak zachowanie chłopców zmienia się na lepsze - Igorek umie się skutecznie bronić i sam również inicjuje bardziej "męskie" zabawy, a Olafek wprawdzie nadal jest szalenie impulsywny, ale coraz częściej liczy się z potrzebami brata.

Oczywiście nadal staram się dawać chłopcom wzmocnienia pozytywne - chwalić, kiedy się czymś razem bawią lub dzielą. A, wzorem innych bliźniaczych mam, kiedy jeden z chłopców o coś prosi, na przykład o picie czy przekąskę, daję mu 2 porcje i proponuję, żeby poczęstował brata.

wtorek, 21 kwietnia 2009

choose a career

Dzisiejszy odcinek będzie krótki i poświęcony w całości mojej córce - Weronice. Przez trzy kolejne dni zdaje egzaminy gimnazjalne - to jest te na koniec gimnazjum, których wyniki zadecydują o tym, do jakiego liceum będzie mogła się dostać. Oczywiście, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, ja denerwuję się o wiele bardziej niż ona. Weronika nadal ma czas na mierzenie rozlicznych, fantazyjnych opasek do włosów i chodzi po domu ozdobiona łańcuchami niczym duch ojca Hamleta. Odbywa również długie rozmowy telefoniczne. Od nałogowego spotykania się ze znajomymi powstrzymuje ją jedynie szlaban, który dostała od taty. Zresztą sama przyznała, że dobrze, że się tak stało, bo dzięki temu może się trochę pouczy... Dopiero dziś nabyła drogą kupna podręczniki do powtórki z fizyki i chemii... A zapytana, czemu się nie stresuje, zastrzeliła mnie moją własną maksymą sprzed kilu lat: "Co ma być, to będzie. Misia biorę wszędzie". Mam nadzieję, że wyżej wymieniony miś przyniesie jej szczęście w czasie wyżej wymienionych egzaminów...

wtorek, 14 kwietnia 2009

people are strange

Dzisiejszy odcinek będzie poświęcony ludziom, z którymi los regularnie styka mnie wbrew mojej woli, a mianowicie, moim sąsiadom. Głównymi bohaterami dzisiejszego odcinka będą starsza sąsiadka-blondynka z naprzeciwka oraz młody, łysy sąsiad z góry. Tę panią do pewnego czasu uważałam za bardzo gadatliwą, acz nieszkodliwą maniaczkę sprzątania i pielęgnacji roślin - na własnym tarasie i całym osiedlu. Tak było do momentu, kiedy zaczepiła naszą ówczesną opiekunkę proponując jej lepsze warunki pracy u swojej córki. Tego pana od początku nie lubiłam. Mieszkam w naszym bloku od prawie 6 lat. On wraz z żoną i dwójką dzieci wprowadził się jakieś 3 lata temu. Nasze pierwsze spotkanie wyglądało w ten sposób, iż nie chciał wpuścić mnie na klatkę dopytując się do kogo idę. Mimo, iż wyjaśniłam mu, iż mieszkam w tym bloku od dawna, nie wydawał się przekonany, czemu daje wyraz do tej pory ostentacyjnie mijając mnie na klatce i nigdy, ale to nigdy nie mówiąc "dzień dobry".

Moje dzisiejsze interakcje z wyżej wymienionymi sąsiadami zapoczątkowało spotkanie sąsiadki w drodze na nasz skromny plac zabaw. Pani jak zwykle szczebiotała bez ładu i składu, a ja jak zwykle starałam się być uprzejma. Ale, kiedy doszła do stwierdzenia "ale teraz to już coraz lepiej?" (mając oczywiście na myśli opiekę nad chłopcami), nie wytrzymałam i z uśmiechem odpowiedziałam "nie, wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej".

O tym, jak bardzo prawdziwe były moje słowa, niebawem miała się przekonać nie tylko ona, ale wszyscy obecni w domach sąsiedzi. Po około 20 minutach spaceru Olafek wpadł w histerię. Darł się na całe podwórko. Przyniosłam go wierzgającego do domu i tam darł się dalej. Ponieważ wiedziałam, że obaj chłopcy są zmęczeni i śpiący, w pośpiechu przygotowywałam im mleczka, które codziennie piją zasypiając. I oczywiście stała się rzecz najmniej pożądana w takiej sytuacji, a mianowicie, zadzwonił dzwonek do drzwi. Bojąc się, że kolejny dzwonek zakłóci ich planowaną drzemkę, poszłam otworzyć.

Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że w drzwiach stoi mój ulubiony sąsiad z córką na rękach. Stał z uśmiechem na ustach i tradycyjnie nie mówiąc "dzień dobry" odezwał się w te słowa:
on: Tak sobie właśnie schodziłem, to pomyślałem, że zapytam czy u Pani wszystko w porządku?
ja: Tak. A czemu Pan pyta?
on: No bo słyszę, że dzieci Pani płaczą.
ja: Aaa, to Pana dzieci nie płaczą?
on: No, jak będą tak płakały, to mam nadzieję, że Pani do mnie też zajrzy?
I szczerze mówiąc, Drogi Czytelniku, w tym momencie mnie zatkało. Oczywiście esprit d'escalier podpowiedział mi, że trzeba było poinformować go o kilkudziesięciu przypadkach, w których jego dzieci wyjące na klatce schodowej, budziły moich synków z popołudniowej drzemki; ale w tej sytuacji stać mnie było jedynie na:
ja: Nie! Dziękuję!
I trzaśnięcie drzwiami.
Swoją drogą ciekawe, co by zrobił, gdybym poprosiła go o pomoc np. przy przewijaniu albo żeby zaśpiewał chłopakom kołysankę? Może powinnam następnym razem spróbować? Żartuję, lepiej nie, zwłaszcza pamiętając, że kilkakrotnie pytała nas o niego policja.

Kiedy chłopcy w końcu usnęli, przemiła skądinąd, pani Bożena, która dba o czystość naszego domu, powiedziała, mi, że widziała ciekawy program o bliźniętach; z którego płynęły następujące wnioski - matki bliźniąt często zapadają na depresję i często rozpadają się ich małżeństwa!

I choć przez resztę dnia starałam się efektywnie i w miłej atmosferze załatwiać rozliczne sprawy urzędowe oraz kultywować dobry nastój; dowiedziałam się jeszcze, że Igorek ma próchnicę co najmniej 5 (!) ząbków, a starsza (16. letnia) córka piła wczoraj alkohol!

Na pocieszenie (siebie samej) mogę tylko dodać, że patologiczna rodzina sąsiadów z naprzeciwka przygarnęła ostatnio kotka. A jej najmłodszy członek, który do niedawna zajmował się jedynie ślęczeniem przed komputerem i pluciem (sic!) przez okno z pierwszego piętra, nie tylko regularnie wychodzi z owym kotkiem na spacer, ale nawet, uprawia z nim jogging!

niedziela, 12 kwietnia 2009

Easter Sunday, we were walking. Easter Sunday, we were talking

Długo nie pisałam, bo sił nie miałam. Ale tak na poważnie, przeżyłam operację przepukliny - dość ciężko i kolejne urodziny - o dziwo, dość lekko - może dlatego, że ich nie obchodziłam? Idę na łatwiznę - obniżony nastrój składam na karb pogody i poprawiam sobie materialnymi gratyfikacjami w postaci prezentów urodzinowych które dostałam od najbliższych i od siebie samej, a mianowicie: super kosmetyków, używanych i nowych ciuchów oraz płyt Mass Kotek.

Mimo niesprzyjającej (9 st.) aury udajemy, że naprawdę jest wiosna. Dziś całą piątką byliśmy u mojej mamy na świątecznej, wegańskiej wyżerce. Przy okazji wywieźliśmy do niej atrybuty zimy: sztuczną choinkę i sanki, a przywieźliśmy basen (tak, na wszelki wypadek). Chyba wszyscy się dobrze bawili. Zmartwiło mnie jedynie, że chłopcy nie wchodzili już tak ochoczo jak kiedyś w interakcję z psem babci. (Może wcześniej nie zauważali, jaki jest szalony?) Na szczęście zachowanie chłopców wobec Iry (w/w psa) nie było nacechowane panicznym lękiem, a jedynie lekką rezerwą, która jednak nie przeszkodziła Igorkowi ułożyć się w jej posłaniu.

Mama mieszka tuż obok lasu, więc zabrała tam chłopców na spacer. A kiedy wrócili, stwierdziła, że "to miejskie dzieci". Podobno zdziwieni patrzyli na drzewa, nie chcieli zejść ze ścieżki i brzydzili się chodzić po suchych liściach. Za to z upodobaniem obserwowali samochody i autobusy przejeżdżające pod jej domem. Szczerze mówiąc, specjalnie mnie to nie zdziwiło. Na naszych spacerach, chłopcy zawsze ciągną mnie do miejscowej arterii tj. KEN; a jak już tam dotrzemy - na stację metra. Kiedy ostatnio odmówiłam im zwiedzania peronu, obaj położyli się na ziemi i gorzko płakali... A kiedy jesteśmy na placu zabaw, Olaf większość czasu spędza wisząc na ogrodzeniu i obserwując pobliskie garaże, a Igor wypatruje na niebie samolotów. Poza tym chłopcy są tam jednymi z najbardziej ruchliwych dzieci - samodzielnie korzystają ze zjeżdżalni, huśtawki-równoważni i piaskownicy. To pewnie dlatego, że nie nadążam z pilnowaniem obu naraz...

A na jutro planujemy dolce far niente. Jedzenia nam nie zabraknie, bo z okazji świąt przygotowałam: żurek, sałatkę warzywną, galaretkę z agaru-agaru z seitanem i warzywami oraz pasztet z czerwonej fasoli; a do tego przywieźliśmy wałówkę od mojej mamy. Może tylko w międzyczasie uda mi się poprzybijać listwy podłogowe wyrwane przez chłopców i wymienić szybę w drzwiach ich sypialni na pleksi, zanim ją stłuką...