niedziela, 12 kwietnia 2009

Easter Sunday, we were walking. Easter Sunday, we were talking

Długo nie pisałam, bo sił nie miałam. Ale tak na poważnie, przeżyłam operację przepukliny - dość ciężko i kolejne urodziny - o dziwo, dość lekko - może dlatego, że ich nie obchodziłam? Idę na łatwiznę - obniżony nastrój składam na karb pogody i poprawiam sobie materialnymi gratyfikacjami w postaci prezentów urodzinowych które dostałam od najbliższych i od siebie samej, a mianowicie: super kosmetyków, używanych i nowych ciuchów oraz płyt Mass Kotek.

Mimo niesprzyjającej (9 st.) aury udajemy, że naprawdę jest wiosna. Dziś całą piątką byliśmy u mojej mamy na świątecznej, wegańskiej wyżerce. Przy okazji wywieźliśmy do niej atrybuty zimy: sztuczną choinkę i sanki, a przywieźliśmy basen (tak, na wszelki wypadek). Chyba wszyscy się dobrze bawili. Zmartwiło mnie jedynie, że chłopcy nie wchodzili już tak ochoczo jak kiedyś w interakcję z psem babci. (Może wcześniej nie zauważali, jaki jest szalony?) Na szczęście zachowanie chłopców wobec Iry (w/w psa) nie było nacechowane panicznym lękiem, a jedynie lekką rezerwą, która jednak nie przeszkodziła Igorkowi ułożyć się w jej posłaniu.

Mama mieszka tuż obok lasu, więc zabrała tam chłopców na spacer. A kiedy wrócili, stwierdziła, że "to miejskie dzieci". Podobno zdziwieni patrzyli na drzewa, nie chcieli zejść ze ścieżki i brzydzili się chodzić po suchych liściach. Za to z upodobaniem obserwowali samochody i autobusy przejeżdżające pod jej domem. Szczerze mówiąc, specjalnie mnie to nie zdziwiło. Na naszych spacerach, chłopcy zawsze ciągną mnie do miejscowej arterii tj. KEN; a jak już tam dotrzemy - na stację metra. Kiedy ostatnio odmówiłam im zwiedzania peronu, obaj położyli się na ziemi i gorzko płakali... A kiedy jesteśmy na placu zabaw, Olaf większość czasu spędza wisząc na ogrodzeniu i obserwując pobliskie garaże, a Igor wypatruje na niebie samolotów. Poza tym chłopcy są tam jednymi z najbardziej ruchliwych dzieci - samodzielnie korzystają ze zjeżdżalni, huśtawki-równoważni i piaskownicy. To pewnie dlatego, że nie nadążam z pilnowaniem obu naraz...

A na jutro planujemy dolce far niente. Jedzenia nam nie zabraknie, bo z okazji świąt przygotowałam: żurek, sałatkę warzywną, galaretkę z agaru-agaru z seitanem i warzywami oraz pasztet z czerwonej fasoli; a do tego przywieźliśmy wałówkę od mojej mamy. Może tylko w międzyczasie uda mi się poprzybijać listwy podłogowe wyrwane przez chłopców i wymienić szybę w drzwiach ich sypialni na pleksi, zanim ją stłuką...

Brak komentarzy: