czwartek, 25 czerwca 2009

you pay my rent

Dzisiejszy dzień dobitnie pokazał jak ulotne i subiektywne są moje stany... Przed południem po raz drugi w tym roku było naprawdę ciepło i świeciło słońce.

Wysłałam maila do wybranej firmy w sprawie przeprowadzki do Barcelony, mówiąc, że zdecydowaliśmy się skorzystać z ich usług i prosząc o informacje o dalszej procedurze.

Zainteresowani wynajęciem naszego mieszkania studenci zjawili się po raz drugi i po dokładnych oględzinach obiecali, że dziś wieczór poinformują mnie o swojej decyzji.

Potem zadzwoniła córka prosząc, żebym zalogowała się na jej konto i sprawdziła, czy dostała się do wymarzonego liceum. Niestety nie pamiętała loginu. Ale na szczęście mama jej przyjaciółki z klasy osobiście sprawdziła listę przyjętych i zadzwoniła do mnie mówiąc, że dostały się obie! Oczywiście bardzo się ucieszyłam.

Następnie zamieściłam ogłoszenie o sprzedaży naszego auta na serwisie motoryzacyjnym i po pół godzinie zadzwonił pierwszy zainteresowany. Umówiliśmy się na oglądanie auta za 2 godziny. W tym czasie zdążyłam pojechać na myjnię i zrobić zakupy.

A w międzyczasie zrobiło się zimno, ciemno i rozpętała się burza. Wróciłam przemoczona do domu, gdzie zastałam moją teściową. Była, jak zwykle tak spięta, że trudno się z nią rozmawiało.

Zaraz potem zjawił się potencjalny kupiec. Obejrzał auto, stwierdził, że ma nie takie nadwozie jak myślał i zaproponował mi 2/3 ceny. Oczywiście nie zgodziłam się, bo za taką cenę w ogóle nie opłaca mi się sprzedawać samochodu.

Studenci nie odezwali się. Mało tego, nie dostałam nawet odpowiedzi w sprawie przeprowadzki. Że nie wspomnę już o barcelońskich agentach nieruchomości, którzy od ponad miesiąca ignorują moje zapytania.

Mój euforyczny, poranny nastrój poszedł w diabły. Chociaż tak naprawdę nic się przecież od rana nie zmieniło, oprócz tego, że wiem, iż Weronika dostała się do liceum pierwszego wyboru.

Nic to, jak mawia mój mistrz "trzeba robić z tym, co się ma". Mieszkanie cieszy się ogromnym zainteresowaniem. A jeśli nawet nie znajdzie się na nie żaden chętny, możemy je wynająć ciut taniej, ważne, żebyśmy mieli na jego czynsz. A auta najwyżej nie sprzedamy i pojadę nim do Hiszpanii. A zimowe opony wystawię na Allegro.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

la rumba de Barcelona

Decyzja zapadła - emigrujemy!. Marzenie o zamieszkaniu nad Morzem Śródziemnym zakiełkowało w mojej głowie już dawno - już nawet nie pamiętam kiedy i gdzie, ale na pewno całe lata temu - może podczas wakacji w ciepłym kraju, a może podczas odosobnień na południu Francji. Tylko zawsze myślałam o tym w abstrakcyjnych kategoriach, takich jak spędzanie tam starości. A tymczasem dzieje się to tu i teraz (sic!). Sama jeszcze nie mogę w to uwierzyć, choć to już postanowione. Czasem wydaje mi się, że po prostu obudzę się pewnego dnia i wszystko będzie takie jak dawniej - okaże się, że w moim życiu nic specjalnego (poza patrzeniem na rosnące dzieci) się nie dzieje, a to był tylko bardzo przyjemny sen. Zresztą poniekąd żyję teraz trochę jak we śnie - cokolwiekrobię i gdziekolwiek jestem pojawiają się myśli o tym, że już niedługo mnie tu nie będzie, że to wszystko takie ulotne. Cóż, po raz kolejny potwierdza się, że jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana. Ten stan jest całkiem przyjemny, bo dzięki niemu łatwiej mi znosić naburmuszone ekspedientki i zniesmaczone miny tych, którym nie podobają się moje kolorowe włosy, albo to, że moje dzieci nie noszą czapek. Wiele osób pyta mnie, na ile się tam wybieramy. A skąd ja to mogę wiedzieć?

Całe przedsięwzięcie stało się możliwe dzięki mojemu ukochanemu mężowi, który dostał pracę w Barcelonie. On z kolei twierdzi, że gdyby nie ja, nigdy nawet nie pomyślałby o szukaniu tam pracy. Tak, czy siak, nasze marzenia po raz kolejny się spotkały. (Wychodzi na to, że opłaciło się narzekać na zimno i brak słońca przez te wszystkie zimy). Dla mojego męża ten wyjazd jest o wiele
bardziej realny - on już tam był, rozmawiał ze swoimi nowymi pracodawcami, przechodził przez kolejne stopnie rekrutacji i omawiał warunki zatrudnienia.

Żadne z nas nie zna hiszpańskiego. Ja nawet nigdy nie byłam w Hiszpanii, (bo chyba śródlądowanie na Gran Canaria się nie liczy?), a Barcelonę znam tylko z filmów i książek. Niektórzy sądzą, że jesteśmy szaleni porywając się na to przedsięwzięcie i ironizują, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma." Może mają rację. Może wrócimy z podkulonymi ogonami, ale żeby się o tym przekonać
musimy spróbować. Ja wolę powiedzenie "kto nie wsiada, ten nie jedzie."

Na razie oprócz wielkiej ekscytacji, czuję się przytłoczona mnóstwem spraw, które trzeba załatwić przed wyjazdem. Najpilniejsze z nich to wynajęcie naszego mieszkania tutaj oraz zorganizowanie przeprowadzki. Poza tym oczywiście pozałatwianie papierów związanych z wyjazdem, takich jak
paszporty dla chłopców. W międzyczasie przydałoby się przerobić jakiś podstawowy kurs hiszpańskiego (znam francuski i jako dziecko dobrze znałam włoski, więc nie powinno mi to sprawić większej trudności). Mąż poleci pierwszy, bo praca już tam na niego czeka i rozejrzy się za jakimś lokum dla nas. Potem przylecę do niego z dziećmi. Niewykluczone, że będę jeszcze musiała wrócić do Polski po samochód - na szczęście trasę za wyjątkiem ostatnich 400 km znam prawie na pamięć. Moja najstarsza córka zarzeka się, że zostanie tam tylko do końca wakacji, a potem chce wrócić do Warszawy i mieszkać ze swoim tatą. Oczywiście wszystko już ustaliliśmy, ale a nuż Barcelona ją zauroczy?

poniedziałek, 8 czerwca 2009

someone to hear your prayers, someone who cares

Dziś będzie o sieci. Tak naprawdę, nie wyobrażam sobie bez niej życia. Zagościła w moim życiu na dobre, kiedy zimą 2006 r. usłyszałam, że mam leżeć, bo ciąża bliźniacza, to ciąża patologiczna, a na dodatek mam skurcze macicy, niską wyjściową masę ciała i w ogóle mam się oszczędzać... Więc leżałam... Byłam na bieżąco z całym ambitnym repertuarem kablówki, przeczytałam wszystkie zaległe książki i znalazłam w sieci kilka forów dla kobiet w ciąży. Na dwóch z nich udzielam się do tej pory i często łapię się na tym, że współforumowiczki wiedzą o moich codziennych radościach i troskach więcej niż bezdzietne przyjaciółki.

Kiedyś, za czasów moich rodziców i mojej młodości, przyjaźń czy bycie czyimś dobrym znajomym znaczyły zupełnie co innego. Pamiętam czasy, kiedy przyjaźń znaczyła: załatwić komuś pracę, przydział na mieszkanie/samochód, zająć się czyimś dzieckiem, zrobić komuś zakupy, podwieźć gdzieś kogoś samochodem, pozwolić skorzystać z telefonu, odwiedzić bez zapowiedzi, pamiętać o urodzinach/imieninach, pożyczyć pieniądze, spotkać się na kawie i zwierzyć, kiedy mamy problem i tych zwierzeń wysłuchać, doradzić, poradzić, pogadać o ciuchach czy innych pierdołach.

Teraz wszyscy mają komórki i samochody. Dziećmi zajmują się wynajęte nianie. Zakupy można zamówić przez Internet. O urodzinach,imieninach i innych okazjach przypominają serwisy społecznościowe. Życzenia świąteczne wysyła się "do wszystkich" smsem, poza tym w sieci można też zamówić i wysłać komuś prezent albo kwiaty z "osobistą" dedykacją.

I niby nic w tym złego... Taki Facebook na przykład, oferuje użytkownikowi co najmniej kilkadziesiąt sposobów na podtrzymanie kontaktu. Ale wg mnie to często złudzenie pozostawania w kontakcie - nie pytamy innych, co u nich słychać, tylko czytamy ich statusy i oglądamy najnowsze zdjęcia w ich galeriach. Nie mówimy im, co o tym sądzimy, tylko te zdjęcia i statusy komentujemy.

Kiedy jako nastolatka borykałam się z problemami, spotykałam się z przyjaciółmi i prosiłam ich o radę. Byliśmy dla siebie dostępni dosłownie o każdej porze dnia i nocy - nie było pilnych projektów na wczoraj, służbowych wyjazdów ani dzieci płaczących po nocach. Teraz z reguły jesteśmy tak zajęci, że zanim zgramy nasze terminarze mija kilka tygodni. A kiedy już się spotkamy, większość czasu zajmuje nam streszczanie tego, co się wydarzyło od naszego poprzedniego spotkania. Czasem udaje nam się w pilnej sprawie porozmawiać przez telefon, komunikator bądź wymienić kilka maili wieczorową porą. Carrie Bradshaw zapytałaby pewnie: "Czy bycie przyjacielem w dzisiejszych czasach jest równoznaczne z byciem on-line?"

O pilną poradę często łatwiej zapytać na forum tematycznym - w końcu tam użytkownicy borykają się z podobnymi problemami, no i nie musimy długo czekać na odpowiedź. Zawsze znajdzie się wielu chętnych do udzielania dobrych rad. (Zainteresowanych odsyłam do ostatniego numeru "Charakterów") I dlatego właśnie, paradoksalnie, często obcy ludzie wiedzą o nas więcej niż ci "bliscy", których znamy od dawna. To tak jak w tym starym kawale - Spotyka się dwóch mężczyzn w parku i rozmawiają o Bogu. Zresztą czasem łatwiej zwierzyć się z osobistych problemów komuś, kogo nie spotka się nazajutrz na ulicy... Bo jeśli, na przykład, opowiemy o okropnej kłótni z mężem przyjaciółce lub, nie daj Buddho, komuś z rodziny, przy następnym spotkaniu możemy narazić się na współczujące i zaniepokojone spojrzenia i pytania w stylu "no, i jak tam u Was?". A u nas jest już od dawna dobrze i o całej sprawie zapomnieliśmy, ale ta sytuacja budzi w nas dyskomfort, bo przywołuje przykre wspomnienia. Chociaż, o czym często przypomina mi mój mąż - programista, na forach - nawet tych zamkniętych, gdzie jesteśmy na pozór anonimowi i bezpieczni, również wszystko, co powiemy, może zostać użyte przeciwko nam. I to nie tylko przez współużytkowników, ale również przez nie powołanych użytkowników lub prokuraturę czy inne organy ścigania.

Korzystam z poczty elektronicznej, serwisów aukcyjnych i społecznościowych, forów internetowych, wyszukiwarki oraz komunikatora, ale najgenialniejszym wynalazkiem sieci pozostaje, według mnie, serwis YouTube, który pozwala w ciągu kilkudziesięciu sekund odnaleźć majaczącą natrętnie na skraju świadomości frazę lub motyw i zmienić stan świadomości lub wręcz przenieść się do innej epoki...

I na koniec akcent humorystyczny. Dwa dni temu grzebiąc przy moim profilu na jednym z ulubionych forów natrafiłam na taką oto apel: "Prosimy skontaktować się z administratorem jeśli Twoja data urodzenia uległa zmianie."

piątek, 5 czerwca 2009

two of us

Kiedy 2 lata temu chłopcy pojawili się na świecie, wszyscy pytali nas jak ich odróżniamy, "bo są identyczni". Teraz ludzie zaczepiają mnie pytając, "jaka jest różnica wieku między nimi?". Olafek jest o kilka centymetrów wyższy od Igorka i wydaje się dużo cięższy, mimo iż obaj są szczupli. Igorek sprawia wrażenie młodszego także dlatego, że nadal ma niemowlęce proporcje ciała - nieproporcjonalnie dużą głowę, a w niej ogromne oczy. Olafek natomiast już od dawna wygląda jak miniaturka dorosłego i na dodatek ma długie, wijące się włosy (fryzura a la delfin Francji - kto widział "Marię Antoninę" ten wie). Nie muszę chyba dodawać, że my cały czas odróżnialiśmy ich bez problemu.

Chłopcy mają również coraz wyraźniejsze charaktery i temperamenty. Olafek jest bardzo ekspresyjny, wręcz porywczy, a przy tym naturalny i dobroduszny; w przeciwieństwie do bardziej skrytego, refleksyjnego Igorka, obdarzonego bez wątpienia bardzo złożoną osobowością.

Olafka interesują wszelkie maszyny - uwielbia zwłaszcza pojazdy - im większe, bardziej świecące i hałasujące, tym lepiej. Jego ulubioną rozrywką jest obserwowanie ruchu ulicznego, robót drogowych, maszyn pracujących na budowie, samochodów na myjni lub śmieciarce opróżniającej nasz osiedlowy śmietnik. Refleksyjna strona jego natury ujawnia się, kiedy w skupieniu i samotności "czyta" książeczki. Igorek ma artystyczną duszę - kocha muzykę - tańczy do wszystkich rytmów - do każdego w innym stylu. Lubi też rysować. Z zapałem testuje na sobie wszelkie nowości kosmetyczne - wącha perfumy i smaruje się kremami oraz mierzy opaski, bransoletki, korale i inne ozdoby, które wpadną mu w ręce.

Na spacerach Olafek trzyma się blisko mnie - najchętniej chodzi za rączkę. Czasem dla odmiany szaleje na zjeżdżalni czy innych, wymagających sprawności fizycznej urządzeniach. Ale kiedy się zmęczy, chce na rączki skąd może obserwować pobliskie garaże i przelatujące samoloty. Igorek jest o wiele bardziej niezależny - spaceruje zwykle w pewnej odległości - badając świat na własną rękę. Chętnie wchodzi też w interakcje z innymi dziećmi bądź dorosłymi. Lubi bawić się w piasku, ale najbardziej kocha kołysać się na huśtawce lub kręcić na karuzeli.

Ostatnio obaj chłopcy szybko wzbogacają swój zasób biernego słownictwa - namiętnie wskazują na rozmaite przedmioty i osoby i domagają się, żebym je nazywała. Zwykle jest to wskazywanie paluszkiem i pytające "mhm?", ale jeśli coś budzi większe emocje, pytanie brzmi "uhu?". Bardzo cieszą się również, kiedy ja ich pytam "gdzie jest niebo?", "gdzie jest śrubka?", "gdzie jest piesek?" itp. i mogą daną rzecz wskazać palcem. Igorek ma również coraz bogatszy zasób słownictwa czynnego. Na razie są to w większości niemowlęce, dwusylabowe "słowa" (może ktoś wie jak to się fachowo nazywa?), takie jak: "pa-pa", "wu-wu" (samolot), "nio-nio" (nie wolno), "aa-aa" (jedzenie/jeść), "hop-hop" czy nawet "śli-śli" (ślimak) i oczywiście onomatopeiczne "nazwy" zwierząt. Chociaż zdarzają mu się przebłyski geniuszu - np. kiedy na "dobranoc, Igorku!" odpowiada "dobra!". Olafek nadal posługuje się głównie gestami, mową ciała i nieartykułowanymi pokrzykiwaniami, co oczywiście jest bardzo efektywne, biorąc pod uwagę jego ekspresyjność.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

we race down to the sea

Dzisiaj chłopcy skończyli dwa lata. Impreza urodzinowa odbyła się wczoraj w naszym salonie i na tarasie. Oprócz naszej pięcioosobowej rodziny uczestniczyły w niej: moja siostra cioteczna z 5-letnim Jasiem, moja przyjaciółka z roczną Łucją, super niania chłopców oraz kolega męża z żoną i 4-letnią córką - Dominiką. Gwoździem programu były 2 wegańskie torty czekoladowe, upieczone przez Weronikę. Ja poszłam na kulinarną łatwiznę serwując gościom domowy hummus i 2 słonecznikowe dipy oraz pieczywo i sezonowe warzywa. Zdjęcia z imprezy można obejrzeć:
2. urodziny chłopców
Bobasy dostały mnóstwo prezentów m.in.: samochodziki, samoloty, łodzie, książeczki i poduszki-rybki.

Zmieniając temat, mój ukochany od dziś jest oficjalnie bezrobotny. Już od miesiąca odbywa kolejne rozmowy kwalifikacyjne - zawsze z powodzeniem, aczkolwiek ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła. Niemniej przymierzamy się do emigracji w cieplejsze rejony Europy. Było to naszym marzeniem od dawna i wiele czynników oraz sytuacji wskazuje na to, iż jest to słuszna decyzja. Z oczywistych wymienię pogodę w stolicy oraz fakt, iż nikt z naszych rodzin (oprócz moje wyżej wymienionej siostry ciotecznej) nawet nie zadzwonił, żeby złożyć życzenia chłopcom z okazji ich urodzin czy Dnia Dziecka. Natomiast bardzo pozytywnie zaskoczyła nas pani, która u nas sprząta, bo nie tylko pamiętała, ale również obdarowała chłopców plecaczkami-pieskami.