poniedziałek, 15 czerwca 2009

la rumba de Barcelona

Decyzja zapadła - emigrujemy!. Marzenie o zamieszkaniu nad Morzem Śródziemnym zakiełkowało w mojej głowie już dawno - już nawet nie pamiętam kiedy i gdzie, ale na pewno całe lata temu - może podczas wakacji w ciepłym kraju, a może podczas odosobnień na południu Francji. Tylko zawsze myślałam o tym w abstrakcyjnych kategoriach, takich jak spędzanie tam starości. A tymczasem dzieje się to tu i teraz (sic!). Sama jeszcze nie mogę w to uwierzyć, choć to już postanowione. Czasem wydaje mi się, że po prostu obudzę się pewnego dnia i wszystko będzie takie jak dawniej - okaże się, że w moim życiu nic specjalnego (poza patrzeniem na rosnące dzieci) się nie dzieje, a to był tylko bardzo przyjemny sen. Zresztą poniekąd żyję teraz trochę jak we śnie - cokolwiekrobię i gdziekolwiek jestem pojawiają się myśli o tym, że już niedługo mnie tu nie będzie, że to wszystko takie ulotne. Cóż, po raz kolejny potwierdza się, że jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana. Ten stan jest całkiem przyjemny, bo dzięki niemu łatwiej mi znosić naburmuszone ekspedientki i zniesmaczone miny tych, którym nie podobają się moje kolorowe włosy, albo to, że moje dzieci nie noszą czapek. Wiele osób pyta mnie, na ile się tam wybieramy. A skąd ja to mogę wiedzieć?

Całe przedsięwzięcie stało się możliwe dzięki mojemu ukochanemu mężowi, który dostał pracę w Barcelonie. On z kolei twierdzi, że gdyby nie ja, nigdy nawet nie pomyślałby o szukaniu tam pracy. Tak, czy siak, nasze marzenia po raz kolejny się spotkały. (Wychodzi na to, że opłaciło się narzekać na zimno i brak słońca przez te wszystkie zimy). Dla mojego męża ten wyjazd jest o wiele
bardziej realny - on już tam był, rozmawiał ze swoimi nowymi pracodawcami, przechodził przez kolejne stopnie rekrutacji i omawiał warunki zatrudnienia.

Żadne z nas nie zna hiszpańskiego. Ja nawet nigdy nie byłam w Hiszpanii, (bo chyba śródlądowanie na Gran Canaria się nie liczy?), a Barcelonę znam tylko z filmów i książek. Niektórzy sądzą, że jesteśmy szaleni porywając się na to przedsięwzięcie i ironizują, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma." Może mają rację. Może wrócimy z podkulonymi ogonami, ale żeby się o tym przekonać
musimy spróbować. Ja wolę powiedzenie "kto nie wsiada, ten nie jedzie."

Na razie oprócz wielkiej ekscytacji, czuję się przytłoczona mnóstwem spraw, które trzeba załatwić przed wyjazdem. Najpilniejsze z nich to wynajęcie naszego mieszkania tutaj oraz zorganizowanie przeprowadzki. Poza tym oczywiście pozałatwianie papierów związanych z wyjazdem, takich jak
paszporty dla chłopców. W międzyczasie przydałoby się przerobić jakiś podstawowy kurs hiszpańskiego (znam francuski i jako dziecko dobrze znałam włoski, więc nie powinno mi to sprawić większej trudności). Mąż poleci pierwszy, bo praca już tam na niego czeka i rozejrzy się za jakimś lokum dla nas. Potem przylecę do niego z dziećmi. Niewykluczone, że będę jeszcze musiała wrócić do Polski po samochód - na szczęście trasę za wyjątkiem ostatnich 400 km znam prawie na pamięć. Moja najstarsza córka zarzeka się, że zostanie tam tylko do końca wakacji, a potem chce wrócić do Warszawy i mieszkać ze swoim tatą. Oczywiście wszystko już ustaliliśmy, ale a nuż Barcelona ją zauroczy?

1 komentarz:

euridice pisze...

Ah, wspaniale! :D
Czy w zamian za pomoc w przeprowadzce mogłaby zamieszkać z Wami? ;))
Żartuję, ale zielonam z zazdrości :)
Oczywiście nie przeprowadzałam się nigdy z kraju do kraju z dwójką dzieci, a jedynie z jednym w brzuchu, ale to i tak było niezłe przedsięwzięcie. Miły pan na edynburskim lotnisku przymknął oko na moje 20 kilo nadbagażu, hehe, miło z jego strony, bo w tej walizce miałam cały swój dobytek :) Także chylę przed Wami czoła, logistycznie rzecz biorąc nie będzie to łatwe :) Ale jak już dacie radę i się zadomowicie, to wpadę do Was, dobrze? ;)
To małe pocieszenie, ale pomyśl, że wy zmieniacie "tylko" kraj, moja ciotka przeprowadziła się z mężem i dwójką dzieci z uk do... nowej zelandii :D Ich meble płynęły statkiem i czekali na nie kilka miesięcy, bo zaginęły :P A podczas przesiadki na lotnisku w Hongkongu zu=gubiła się moja kuzynka (wtedy 8-letnia), na szczęście obsługa lotniska szybko wypatrzyla dziecko bez opiekuna i po 20 minutach kuzynka była już odnaleziona ;)
To tak gwoli pocieszenia ;)

Pozdrowienia dla Was :))

Kasia

ps. nie mają tam jeszcze jakichś wolnych stanowisk w tej pracy? ;) heh, zartuje tylko, wydaje mi się, że moj A. i Twój mąż mają nieco inne specjalizacje, pomimo że obaj są informatykami :) Twój małżonek, to programista, jeśli się nie mylę? Eh, powiem A., że musi się przekwalifikować i jedziemy do Espanii ;))