poniedziałek, 8 czerwca 2009

someone to hear your prayers, someone who cares

Dziś będzie o sieci. Tak naprawdę, nie wyobrażam sobie bez niej życia. Zagościła w moim życiu na dobre, kiedy zimą 2006 r. usłyszałam, że mam leżeć, bo ciąża bliźniacza, to ciąża patologiczna, a na dodatek mam skurcze macicy, niską wyjściową masę ciała i w ogóle mam się oszczędzać... Więc leżałam... Byłam na bieżąco z całym ambitnym repertuarem kablówki, przeczytałam wszystkie zaległe książki i znalazłam w sieci kilka forów dla kobiet w ciąży. Na dwóch z nich udzielam się do tej pory i często łapię się na tym, że współforumowiczki wiedzą o moich codziennych radościach i troskach więcej niż bezdzietne przyjaciółki.

Kiedyś, za czasów moich rodziców i mojej młodości, przyjaźń czy bycie czyimś dobrym znajomym znaczyły zupełnie co innego. Pamiętam czasy, kiedy przyjaźń znaczyła: załatwić komuś pracę, przydział na mieszkanie/samochód, zająć się czyimś dzieckiem, zrobić komuś zakupy, podwieźć gdzieś kogoś samochodem, pozwolić skorzystać z telefonu, odwiedzić bez zapowiedzi, pamiętać o urodzinach/imieninach, pożyczyć pieniądze, spotkać się na kawie i zwierzyć, kiedy mamy problem i tych zwierzeń wysłuchać, doradzić, poradzić, pogadać o ciuchach czy innych pierdołach.

Teraz wszyscy mają komórki i samochody. Dziećmi zajmują się wynajęte nianie. Zakupy można zamówić przez Internet. O urodzinach,imieninach i innych okazjach przypominają serwisy społecznościowe. Życzenia świąteczne wysyła się "do wszystkich" smsem, poza tym w sieci można też zamówić i wysłać komuś prezent albo kwiaty z "osobistą" dedykacją.

I niby nic w tym złego... Taki Facebook na przykład, oferuje użytkownikowi co najmniej kilkadziesiąt sposobów na podtrzymanie kontaktu. Ale wg mnie to często złudzenie pozostawania w kontakcie - nie pytamy innych, co u nich słychać, tylko czytamy ich statusy i oglądamy najnowsze zdjęcia w ich galeriach. Nie mówimy im, co o tym sądzimy, tylko te zdjęcia i statusy komentujemy.

Kiedy jako nastolatka borykałam się z problemami, spotykałam się z przyjaciółmi i prosiłam ich o radę. Byliśmy dla siebie dostępni dosłownie o każdej porze dnia i nocy - nie było pilnych projektów na wczoraj, służbowych wyjazdów ani dzieci płaczących po nocach. Teraz z reguły jesteśmy tak zajęci, że zanim zgramy nasze terminarze mija kilka tygodni. A kiedy już się spotkamy, większość czasu zajmuje nam streszczanie tego, co się wydarzyło od naszego poprzedniego spotkania. Czasem udaje nam się w pilnej sprawie porozmawiać przez telefon, komunikator bądź wymienić kilka maili wieczorową porą. Carrie Bradshaw zapytałaby pewnie: "Czy bycie przyjacielem w dzisiejszych czasach jest równoznaczne z byciem on-line?"

O pilną poradę często łatwiej zapytać na forum tematycznym - w końcu tam użytkownicy borykają się z podobnymi problemami, no i nie musimy długo czekać na odpowiedź. Zawsze znajdzie się wielu chętnych do udzielania dobrych rad. (Zainteresowanych odsyłam do ostatniego numeru "Charakterów") I dlatego właśnie, paradoksalnie, często obcy ludzie wiedzą o nas więcej niż ci "bliscy", których znamy od dawna. To tak jak w tym starym kawale - Spotyka się dwóch mężczyzn w parku i rozmawiają o Bogu. Zresztą czasem łatwiej zwierzyć się z osobistych problemów komuś, kogo nie spotka się nazajutrz na ulicy... Bo jeśli, na przykład, opowiemy o okropnej kłótni z mężem przyjaciółce lub, nie daj Buddho, komuś z rodziny, przy następnym spotkaniu możemy narazić się na współczujące i zaniepokojone spojrzenia i pytania w stylu "no, i jak tam u Was?". A u nas jest już od dawna dobrze i o całej sprawie zapomnieliśmy, ale ta sytuacja budzi w nas dyskomfort, bo przywołuje przykre wspomnienia. Chociaż, o czym często przypomina mi mój mąż - programista, na forach - nawet tych zamkniętych, gdzie jesteśmy na pozór anonimowi i bezpieczni, również wszystko, co powiemy, może zostać użyte przeciwko nam. I to nie tylko przez współużytkowników, ale również przez nie powołanych użytkowników lub prokuraturę czy inne organy ścigania.

Korzystam z poczty elektronicznej, serwisów aukcyjnych i społecznościowych, forów internetowych, wyszukiwarki oraz komunikatora, ale najgenialniejszym wynalazkiem sieci pozostaje, według mnie, serwis YouTube, który pozwala w ciągu kilkudziesięciu sekund odnaleźć majaczącą natrętnie na skraju świadomości frazę lub motyw i zmienić stan świadomości lub wręcz przenieść się do innej epoki...

I na koniec akcent humorystyczny. Dwa dni temu grzebiąc przy moim profilu na jednym z ulubionych forów natrafiłam na taką oto apel: "Prosimy skontaktować się z administratorem jeśli Twoja data urodzenia uległa zmianie."

Brak komentarzy: