piątek, 31 lipca 2009

lost in the supermarket

Dziś cały, misternie uknuty plan dnia mi się rozpadł... Kilka dni temu oddałam nasz odkurzacz ponownie do naprawy, ponieważ rezultat pierwszej był niezadowalający. A wczoraj, w natłoku zajęć typu pokazywanie mieszkania, podłączanie mojego komputera do sieci w pobliskiej kafejce, zmywanie dziecięcych bazgrołów ze ścian itp., zapomniałam go odebrać. Dziś rano przybyła nasza pani sprzątająca i... nie było odkurzacza. W związku z tym wykonałam telefon do serwisu - "poza zasięgiem"; zdesperowana pojechałam na miejsce i pocałowałam klamkę. Wróciłam więc do domu i ustaliłam z panią Bożeną, że dziś zamiast sprzątać - zajmie się chłopcami. To pozwoliło mi pojechać na Saską Kępę w poszukiwaniu mebelków dla nich oraz w jeszcze kilka miejsc w poszukiwaniu GPSa.

Mebelki mam już upatrzone, nawet wytargowałam rabat za hurtowe zakupy. Co do GPSów, to stwierdzę tylko, że sprzedający je panowie, powinni według mnie wykazywać się większą dozą logicznego myślenia... Dam 2 przykłady. Po pierwsze, pytam w salonie gps, czy są jakieś urządzenia z pionowym wyświetlaczem, oprócz palmtopów i słyszę "nie, nie ma, nikt takich nie produkuje." Na to stwierdzam, że to nielogiczne, bo przecież jedzie się do przodu... Po chwili dostaję gpsa, który mnie interesuje, do ręki - bez problemu przekręcam wyświetlacz o 180 stopni i pytam, czy widok da się ustawić wertykalnie - "tak, oczywiście, bez żadnego problemu" (!). Następnie pytam o zasilanie "pewnie z gniazdka zapalniczki?". "Tak!". Więc mówię, że kupiłam to auto używane, bez zapalniczki... I nie jestem pewna, czy to gniazdko działa, na co słyszę "to niech Pani podłączy kompresor". "A co to jest kompresor?!

Z dobrych wiadomości:

Za tydzień (!) przylatuje mój mąż kochany! Strasznie się z tego cieszę. Miałam nawet plan, żeby porwać go na jakieś ogniste tete-a-tete, ale ponieważ przylatuje wieczorem, a odlatuje następnego dnia rano wraz ze wszystkimi moimi dziećmi, pewnie zawiozę go wprost do domu...

Naszego zdziczałego kota znalazłam dziś pod śmietnikiem...

To nie moje dzieci tak zawodzą o tej porze, to dzieci sąsiadów...

Moja ulubiona siostra cioteczna, wczoraj wróciła znad morza i jutro nas odwiedzi! Mam nadzieję, że zostanie na dłużej...

UPC, które wbrew wcześniejszym ustaleniom, odłączyło mi wczoraj Internet, dziś po 5 (sic!) telefonach, dziś mi go przywróciło...

Chyba znalazłam opcję tańszej przeprowadzki - tzn, takiej, do której nie będziemy musieli dopłacać 500 euro...

Wszystkie moje dzieci wydają się zdrowieć - to znaczy, mniej kaszlą i mają mniejszy katar.

wtorek, 28 lipca 2009

it's a kind of magic

Chłopcy czują się już lepiej, choć obaj nadal mają katar, a Olafek dodatkowo kaszle. Ale mają też o wiele więcej energii i ciągle wymyślają nowe zabawy. Już wcześniej zachwycona podziwiałam ich interakcje, ale teraz przechodzą samych siebie. Olafek, który w dalszym ciągu nie mówi, od jakiegoś czasu, jeśli chce czegoś z innego pomieszczenia podchodzi do dorosłych, bierze ich za rączkę i prowadzi w interesujące go miejsce. Dziś wpadł na pomysł, że za rączkę można prowadzić również brata. I tak się prowadzali po całym mieszkaniu bardzo zadowoleni i dumni, szczególnie, gdy zauważyli, że Weronice i mi bardzo to się podoba. Igorek z kolei coraz częściej próbuje uspokajać brata, który jest furiatem - na przykład przynosząc mu smoczka, którego ten w złości wyrzucił, albo głaszcząc go w trudnych chwilach po głowie. Dziś przed snem, kiedy obaj jak zwykle tarzali się i skakali po dużym materacu w sypialni, Igorek kilkakrotnie podchodził do Olafka i mówił mu coś bardzo szybko i bardzo głośno, oczywiście w swoim języku, zanosząc się przy tym dzikim śmiechem (?). Bobasy mają również nową zabawę... w raczkowanie (!). Raczkują ramię w ramię, albo jeden za drugim skradając się wzdłuż ścian i bardzo się z tego cieszą. Ich interakcje obejmują również wymianę towarową: ponieważ najczęściej zabawka, którą właśnie wybrał brat, okazuje się być tą najbardziej pożądaną, coraz częściej zamiast ją sobie wyrywać, proponują inną na wymianę.

Odzyskali też swoje normalne apetyty. Na spacerze Igorek non-stop powtarzał "am am!". A kiedy po drodze na plac zabaw przechodziliśmy koło stoiska owocowo-warzywnego wpadli w szał i zmusili mnie do kupienia opakowania borówek kanadyjskich. Zjedli je całe na miejscu i tylko 2/3 opakowania zdążyłam przepłukać wodą, którą wzięliśmy z sobą do picia. Kiedy wróciliśmy do domu, zjedli po 3 duże kanapki, a następnie rzucili się na naszego dostawcę zdrowej żywności z dzikim okrzykiem "am am!" oczywiście i wyrwali mu siatki z zakupami. Potem skonsumowali jeszcze tofucznicę z kurkami starannie wybierając z niej tylko tofu.

Sypiają również lepiej, mimo iż już kilka dni temu skończyliśmy butelkę Sedalii, a nowej nie udało mi się kupić. Olafek niestety od jakiegoś czasu robi w nocy kupkę - co oczywiście go budzi, ale po umyciu, założeniu czystej pieluszki i podaniu nowego mleczka, zasypia. Dziś nawet umyłam im obu włosy... Oczywiście nie obyło się bez płaczu przy płukaniu głowy, ale i tak dość mężnie to znieśli. Jutro mam w planach obcięcie 40 paznokietków i będą jak nowi.

A ja właśnie skończyłam kolejny pracowity dzień. Rano spędziłam półtorej godziny (sic!) w Urzędzie Skarbowym, gdzie musiałam przekonać nie tylko panią w okienku, ale również ważną panią kierowniczkę, by łaskawie przyjęły moją deklarację formy opodatkowania za planowany wynajem mieszkania. Problem stanowiło dla nich to, iż nie podałam daty, od której rozpocznie się wynajem. Zdesperowana wytoczyłam ciężkie działa, mówiąc, iż wyjeżdżam za granicę z dwójką małych dzieci, a klucze do mieszkania mam zamiar zostawić agencji nieruchomości, by ta zajęła się wynajmem. Mogłabym postąpić jak większość wynajmujących w naszym, pięknym kraju, a mianowicie ukryć to przed Urzędem Skarbowym i podatku za ten najem nie płacić, ale chcę być w porządku wobec państwa, z którego emigruję, między innymi z powodów ekonomicznych, próbując dobrowolnie i z góry opodatkować się z tego tytułu i że to szkoda, że nikt mojej uczciwości nie docenia. Zapytałam również, czy Urząd Skarbowy pokryje bilety lotnicze moje i dzieci, bym mogła przylecieć do Polski specjalnie po to, by złożyć wyżej wymienioną deklarację, kiedy już znajdzie się najemca. Po takich argumentach, obie panie skwapliwie przyjęły moją deklarację. Szkoda tylko, że wszystkie trzy musiałyśmy stracić sporo czasu i nerwów, żeby osiągnąć ten konsensus (zwłaszcza, iż kilkakrotnie wcześniej upewniałam się, że tak właśnie należy postąpić w informacji podatkowej)...

Następnie udałam się, między innymi, do OBI, gdzie po raz pierwszy w życiu obsłużył mnie ktoś miły i kompetentny, Ów starszy pan chodził ze mną po wszystkich działach (sic!) rozmawiając i służąc pomocą. Stwierdził, iż to, że chłopcy regularnie demolują mieszkanie (wszystko, co kupowałam, służyło naprawie poczynionych przez nich zniszczeń), jest jedynie oznaką ich zdrowia i siły. Wróciłam do domu z nowymi kołkami rozporowymi do wyrwanego przez bobasy po raz n-ty wieszaka w kuchni, puszką do gniazdka telefonicznego, które wyrywają regularnie odkąd skończyli 9 miesięcy, papierem ściernym do wygładzenia zagipsowanej dziury, którą Olafek zrobił w ścianie sypialni i innymi drobiazgami. Jutro muszę tam jeszcze raz pojechać po flamaster do malowania odprysków na meblach, o którym dziś zapomniałam.

W drodze powrotnej odkryłam, że mamy na Ursynowie sklep Rossmanna, gdzie nabyłam (za radą agenta nieruchomości, z którym miałam przyjemność rozmawiać wczoraj) tak zwaną "magiczną gąbkę". Ów wynalazek ma służyć usuwaniu pozornie nieusuwalnych zabrudzeń - m. in. dziecięcych rysunków ze ścian. Oczywiście wypróbowałam to cudo na naszych ścianach już dziś (tzn. wczoraj, kiedy chłopcy poszli spać). Zużyłam dwie sztuki, które znajdowały się w opakowaniu. Efekt wydaje się zadowalający, ale będę pewna, kiedy ujrzę go w świetle dziennym - mam nadzieję, iż nie zmyłam przy okazji farby ze ścian... I od razu poprosiłam córkę, która nocuje dziś u koleżanki przy owym sklepie, by wracając do domu kupiła kolejne 10 sztuk - jeśli nie zużyjemy wszystkich tutaj, na pewno przydadzą się w Terrassie.

Dobre wiadomości (oprócz istnienia magicznej gąbki) są takie, że że mój ukochany już w najbliższy weekend przeprowadza się do nowego, wypasionego lokum, gdzie, wreszcie, będzie miał stałe łącze. Ja z kolei, zadzwoniłam dziś do UPC i dowiedziałam się, że jutro miano nam odłączyć Internet, telewizję i telefon i przesunęłam to na za miesiąc. Wreszcie będziemy mogli "normalnie" tzn. przez komunikator albo przez skype'a porozmawiać. Z kolei Era zaproponowała mi, mimo rozwiązania umowy abonenckiej, zachowanie mojego dotychczasowego numeru w Tak Tak, z czego oczywiście nie omieszkam skorzystać. Umówiłam się również z tatą Weroniki na pożyczkę, która pozwoli mi jeszcze przez chwilę nie debetować konta. A dzięki moim nieocenionym przyjaciołom mam namiary nie tylko na sprawdzonych agentów nieruchomości, ale również na tani transport mebli w obrębie Warszawy, bo oprócz organizacji przeprowadzki Weroniki do taty, czeka mnie również transport moich mebli z domu mojej mamy na Natolin (jeśli wynajmę mieszkanie z meblami lub zostawię je agencji nieruchomości), ewentualnie wywóz moich mebli do piwnic znajomych (jeśli wynajmę mieszkanie bez mebli)... A propos, jutro pokazuję nasze mieszkanie kolejnej agentce nieruchomości oraz rodzinie z trójką dzieci (może przynajmniej im nie będą przeszkadzać rysunki bobasów na ścianach...),

before the storm

Wreszcie wyjrzało słońce. I dosłownie i w przenośni... Niedziela była naprawdę krytyczna... Igorek już od soboty ma katar (pewnie zaraził się od siostry), ale znosi go mężnie i dzielnie wydmuchuje nosek. Olafka zmogło tak naprawdę dopiero w niedzielę rano, ale niestety, jak zwykle, bardzo ciężko znosi chorobę. Nie umie wydmuchiwać noska i w ogóle niewiele z jego kataru pojawia się na zewnątrz, za to zaczął okropnie kaszleć i przez całą niedzielę bardzo gorączkował i praktycznie cały czas chciał spać u mnie na kolanach - każde odłożenie go - nawet, żeby pójść do łazienki, kończyło się wielkim płaczem. Zaaplikowałam chłopcom domową kurację - witaminę C z "Polskiej Róży", "Nasoheeel" i Pulmex Baby - Olafkowi również z oklepywaniem klatki piersiowej z obu stron. (Niestety firma Dagomed chyba upada, bo nigdzie nie mogłam dostać ich świetnego skądinąd syropu "Malia"). Już po jednym dniu takiej kuracji widać było ogromne zmiany - Olafek, wprawdzie nadal marudny, ale bez gorączki i z dużo mniejszym katarem, a Igorek prawie w ogóle bez kataru i w dalszym ciągu bez kaszlu. Dzięki temu mogliśmy dziś pójść na długi spacer - zwiedzaliśmy nowy plac zabaw. Kiedy wracaliśmy do domu na obiad mimo jaskrawego słońca widzieliśmy granatowe chmury gromadzące się na niebie - w tym świetle wszystkie bloki wprost świeciły bielą ścian i złotem okien - za to kocham blokowiska...

Wreszcie udało mi się porozmawiać z moim ukochanym przez komunikator (łącze ma obecnie tylko w pracy) i zaczęła znów działać jego komórka. Jest szansa, że zamieszkamy wreszcie razem pod Barceloną w połowie sierpnia (!). Jutro ma kupić bilety na samolot i jeśli wszystko dobrze pójdzie zobaczymy się za niecałe 2 tygodnie!

Dziś rozmawiałam z kolejnymi agentami nieruchomości i tym razem postanowiłam stawiać sprawę jasno - nasze mieszkanie nie nadaje się do wynajęcia 6. studentom i w przypadku takich propozycji - szkoda mojego czasu i nerwów moich dzieci na jego pokazywanie. Po dwóch wizytach pana "złota rączka" połowa rzeczy, które "zreperował" już się rozpadła, w związku z czym wybieram się jutro do OBI po papier ścierny, puszki, kołki rozporowe, wałek i tackę i tym podobne i mam zamiar naprawić resztę we własnym zakresie. Bardzo się dziś zdenerwowałam słysząc dziś uwagę o "czystym mieszkaniu" - agent, który ją wygłosił, miał na myśli ściany pomalowane przez chłopców kredkami (!). Nie omieszkałam zwrócić mu uwagi, iż nasze mieszkanie jest zapewne czystsze niż większość mieszkań, w których dzieci nie malują na ścianach.

W ogóle postanowiłam być bardziej asertywna, bo odkąd przestałam na codzień użerać się z rozmaitymi osobnikami w biurze, którego byłam menadżerem, stałam się miękka jak plastelina...

Moja fryzura jest świetna, jednak zupełnie nie nadaje się do mojego rodzaju włosów (miękkich i układających się). Pozostaje mi mieć nadzieję, że włosy szybko odrosną.

Nigdzie nie mogę znaleźć GPSa z pionowym wyświetlaczem, a palmtopa nie chcę. Ponieważ potrzebuję TMC, a automapy niekoniecznie, pozostają mi firmy takie jak: Tom Tom czy Mio i będę je musiała kupić nawigację w Polsce (chcę mieć polskiego lektora) bez możliwości serwisowania jej w Hiszpanii.

Z kolejnych, dobrych wiadomości - nasza kotka Yakuza się znalazła! W sobotę moja córka udała się do pobliskiej restauracji, w której zwykła się stołować (nasza kotka, nie córka) i dowiedziała się, że Yakuza pojawia się tam codziennie na posiłki, a raz nawet tam nocowała! Przedwczoraj, ów niewdzięczny kocur pojawił się późnym wieczorem w domu, tylko po to, by opróżnić miskę, ale wczoraj po kolejnym posiłku, zatrzymałam ją w domu i całą noc przespała grzecznie na sofie w salonie.

sobota, 25 lipca 2009

jaki masz plan na dzisiejszy dzień?

Kurcze, piszę posty na tego bloga już codziennie... Może dzięki nim mój mąż, z którym nie mam czasu rozmawiać przez komunikator za dnia i który wieczorami nie ma łącza, dowie się, co dzieje się w moim życiu?

Wczorajszy, pracowity dzień, zakończył się bardzo późno. Chciałam położyć się o pierwszej w nocy, ale wtedy Olafek obudził się po raz kolejny z jakiegoś sennego koszmaru i chciał wyjść z łóżeczka. Stwierdziłam, że wezmę go do siebie, do salonu. Nie mógł zasnąć do w pół do trzeciej mimo mleczka, przytulenia i zmiany pieluszki. Zresztą ja mu się nie dziwię... Jeśli nawet mnie denerwują te tabuny obcych ludzi przewalających się przez nasz dom, to co dopiero jego... W końcu oboje zasnęliśmy (po drugim, nocnym mleczku Olafka) i spaliśmy do kwadrans po ósmej. Wtedy ponownie się obudził i tym razem kategorycznie zażądał bajki - widział, że za oknem jest już jasno. Więc oboje wstaliśmy, obudziliśmy Igorka (niechcący) i rozpoczęliśmy nowy, fajny dzień.

Pani Bożena, która u nas sprząta, przyszła przed 9. zająć się chłopcami do planowanego przybycia ich niani o 18. Była bardzo entuzjastycznie nastawiona do tego zajęcia, choć, kiedy pojawiłam się w porze ich drzemki z zakupami, przyznała, że nie jest już tak łatwo zajmować się nimi jak kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy nie mieli jeszcze własnego (oczywiście każdy innego) zdania na każdy temat.

Korzystając z tej luksusowej sytuacji wybyłam z domu po dziesiątej rano i udałam się do mojej ulubionej fryzjerki, co zaowocowało nową, znacznie krótszą (do ramion). geometryczną fryzurą i oczywiście nowym, wibrującym turkusem na mojej głowie - z obydwu jestem bardzo zadowolona i moja fryzjerka chyba też, bo uwieczniła tę fryzurę na zdjęciu.

Potem pojechałam na pocztę, gdzie przesympatyczna sobowtórka Scarlett Johansson pomogła mi zapakować paczkę (!).

Następnie wizyta w rejonowym Urzędzie Skarbowym - oczywiście nie udało mi się załatwić tego, co planowałam, ale przynajmniej dowiedziałam się, jak to załatwić i moje auto nie zostało zwiezione za nieprzepisowe parkowanie.

Kolejnym punktem w moim planie dnia było odwiedzenie biura księgowości, które obsługiwało firmę mojego kochanego męża.

A potem relaks - umówiłam się z przyjaciółką w "Dzikim Ryżu" - nie dość, że fajnie (jak zwykle) pogadałyśmy, to jeszcze zafundowała mi bardzo suty posiłek, a następnie zgodziła się wybrać ze mną (mimo innych planów) do Ikei w Jankach. I całe szczęście, że tam ze mną pojechała - wspomogła mnie przy zakupach nie tylko merytorycznie, ale również fizycznie - dźwigając ciężkie paczki z łóżeczkami chłopców. Przy kasie najpierw okazałam przemiłemu, młodemu blondynowi za kasą kartę "Ikea Family", a potem moją kartę kredytową. Ów kasjer za moją namową kolejno próbował ściągnąć z wyżej wymienionej karty kwotę ponad 1200 zł. Ponieważ umówiłam się z nim, że będzie próbował co sto złotych trochę to trwało - czułam się jak w kasynie, kiedy wymieniał kolejne kwoty: tysiąc dwieście złotych, tysiąc sto złotych, tysiąc złotych... Kiedy doszedł do dwustu złotych i nadal pojawiał się złowieszczy napis "odmowa transakcji", wyjęłam moją kartę bankomatową , proponując, by ją obciążył całą kwotą i stwierdzając, że to świadczy o tym "jak bardzo nie panuję nad moimi finansami". Co skwitował z uśmiechem: "Jak typowa kobieta". Na szczęście przynajmniej za transport łóżeczek na Ursynów udało mi się zapłacić kartą kredytową. Przy okazji dowiedziałam się, że ewentualne reklamacje powinien rozpatrzyć każdy sklep Ikei- również ten w Barcelonie.

Do domu wróciłam o w pół do jedenastej - w sam raz, by spotkać się w drzwiach z naszą super-nianią, która właśnie wychodziła do domu zmieniona przez Weronikę. Umówiłyśmy się na jutro, bo dziś nawet nie zdążyłam obejrzeć GPSów, a poza tym jutro od rana czekamy na transport łóżeczek chłopców z Ikei i na wizytę pana złotej rączki.

A właśnie, zapomniałam napisać, że w ciągu dnia, jak zwykle odbierałam dziesiątki telefonów, smsów i e-maili m. in, od - od pana "złota rączka"; od 2 młodzieńców, którzy oglądali nasze mieszkanie i jednak nie zdecydowali się na jego wynajęcie, ale "bardzo chętnie się nim zaopiekują"; od agentki nieruchomości, która wydaje mi się coraz bardziej sensowną kandydatką do podpisania umowy na wyłączność; od przemiłych znajomych, których córka właśnie skończyła roczek i od dwóch firm zajmujących się międzynarodowymi przeprowadzkami, których szacunki różniły się o ponad 4 tys. euro (sic!).

I jeszcze jedna refleksja: podczas spotkania z moim rodzeństwem, (które mnie totalnie ignorowało) u notariusza cały czas robiłam zazen, a po dokonaniu wartej 600 tys. zł darowizny na ich rzecz (za którą, rzecz jasna nie usłyszałam nawet "dziękuję!"). poczułam przysłowiowy "kamień z serca" - tego dnia wypiłam 3 litry wody oligoceńskiej (sic!) i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poszłam spać bez homeopatycznych wspomagaczy i spałam ciągiem 6 godzin! Ciało zwykle jest mądrzejsze od głowy...

piątek, 24 lipca 2009

every day's like survival

Mój dzisiejszy dzień wyglądał następująco:
10. rano - przyszła p. Bożena odgruzowywać nasze zapuszczone mieszkanie, a ja dałam chłopcom śniadanie.
10:15 - pojawił się p. złota rączka - sympatyczny, szybki i konkretny - naprawił większość rzeczy, o których naprawienie go poprosiłam, po czym, równie konkretnie, zażądał 150 zł i zapowiedział, że jego kolejna wizyta - w sobotę będzie mnie kosztowała drugie tyle.
11. - przyszła bardzo sympatyczna i profesjonalna p. od międzynarodowych przeprowadzek, żeby zobaczyć ile mamy "mienia".
W międzyczasie odebrałam kilka telefonów od osób zainteresowanych wynajmem oraz od firmy, z którą wcześniej umówiłam się na przeprowadzkę i która przestała odpowiadać na moje maile.
12. - przyszła p. z kolejnej agencji nieruchomości zrobić zdjęcia.
12:20 - położyłam chłopców na drzemkę z mleczkiem oczywiście.
12:40 - okazało się, że obaj chłopcy nie chcą spać, ale za to zrobili kupki, a mleczko się skończyło.
13. - po przewinięciu obydwu panów, zabrałam Olafka na wyprawę do zdrowej żywności po mleczko między innymi. A Igorka zostawiłam pod okiem p. Bożeny i chorej Weroniki. Olafek był bardzo szczęśliwy.
13:45 - ponownie położyłam chłopców na drzemkę ze świeżym mleczkiem. Zasnęli.
14. - zjadłam śniadanie.
14:30 - pojechałam po zakupy do supermarketu i apteki, gdzie przy okazji oddałam do utylizacji stare leki.
16. - wróciłam do domu z zakupami. Ugotowałam obiad dla naszej czwórki. Chłopcy wstali i zauważyłam, że Igorek ma bardzo spuchnięte i zaognione lewe uszko. Zjedliśmy obiad. A potem chłopcy kąpali się w baseniku na tarasie.
17:30 - stwierdziłam, że stan uszka Igorka się nie poprawia. Więc pojechałam z nim do przychodni. Lekarz stwierdził, podobnie jak ja, że to najprawdopodobniej reakcja alergiczna na ukąszenie przez owada. Zalecił wapno, doustny lek antyhistaminowy oraz sterydową maść do smarowania.
Oczywiście w międzyczasie odbierałam kolejne telefony...
18. - wróciliśmy z Igorkiem do domu. Podałam mu wapno i posmarowałam uszko Fenistilem.
18:30 - zjawiła się agentka wraz z zainteresowanym mieszkaniem, którzy mieli się zjawić o 18:15. oboje mieli do mnie żal, że nie zamieściłam w internecie zdjęć mieszkania, bo pan oczywiście wyobrażał sobie, że 4 pokoje oznaczają 4 sypialnie, a nie: 2 sypialnie, 1 pracownię i 1 otwarty, przechodni salon. Oglądający, którzy umówili się ze mną na 18:30 nie pojawili się, ani nie zadzwonili.
19. - przyszli kolejni oglądający - 5 młodych osób, którym od wejścia powiedziałam, że salon jest przechodni, a w pracowni nie da się postawić łóżka. Niezrażeni tym chodzili po naszym mieszkaniu przez ponad 20 minut oglądając wszystko i dyskutując między sobą.
19:30 - podałam chłopcom kolację.
20. - odebrałam kolejne zakupy - na szczęście tym razem z dostawą do domu.
20:30 - zaczęłam kąpiel chłopców.
21:30 - chłopcy zasnęli.
23. - skończyłam gotowanie dla chłopców na jutro, pakowanie paczek na allegro oraz ogarnianie po ich posiłkach i zabawie.

W międzyczasie doszłam do wniosku, że chyba będę jednak zmuszona wyjechać nie wynajmując mieszkania i zostawić je jakiejś agencji nieruchomości na wyłączność. Bo chłopcy są coraz bardziej nerwowi przez te tabuny ludzi, które przewijają się dzień w dzień przez nasz dom... A poza tym, mamy tak napięty grafik, że nie mamy dosłownie kiedy wychodzić na spacer. Poza tym lada chwila zostaniemy odcięci od świata, bo rozwiązałam już umowy na telewizję, Internet i oba telefony.

Na jutro i na pojutrze udało mi się załatwić całodzienną opiekę nad chłopcami. Może zbankrutuję, ale przynajmniej pozałatwiam kilka spraw. W planach mam: zakup mebli do nowego mieszkania dla chłopców, fryzjera, wizytę w Urzędzie Skarbowym i na poczcie, zakup GPSa i nie pamiętam co jeszcze.

A ze smutnych wiadomości - nasza kotka Yakuza nie wraca do domu już od 3 dni...

Poza tym, coraz bardziej martwię się również tym, że pozbyliśmy się wszystkich oszczędności. Po zapłaceniu za przeprowadzkę pozostanie mi już tylko debetować konto - na szczęście mogę zrobić duży debet...

środa, 22 lipca 2009

all I really want's a cup of tea

Z ulgą powitałam koniec wczorajszego dnia. To było istne piekło... Kilkakrotnie płakałam z bezsilności. Wszystko, co mogło pójść nie tak, się spieprzyło. Mój misternie przygotowany plan od rana brał w łeb...

Zacznę od tego, że przedwczoraj o dziesiątej wieczór odwiedziłam moją przyjaciółkę - dawno się nie widziałyśmy i na dodatek niedawno obchodziła okrągłe urodziny, no i nie wiadomo, kiedy się znów spotkamy... Posiedziałam u niej do 3. w nocy, wróciłam do domu, kiedy było już jasno, a chłopcy oczywiście obudzili się o ósmej rano (sic!). Mimo fizycznego wyczerpania wstałam i bohatersko spełniałam codzienne, macierzyńskie powinności.

O dziesiątej miał się u nas pojawić fachowiec tzw. "złota rączka", by naprawić szereg drobnych, acz uciążliwych usterek przed wynajmem mieszkania. Fachowiec ów, nie dość, że się nie pojawił, nie raczył również reagować na moje telefony i smsy. Moja córka się rozchorowała, w związku z czym nie mogłam liczyć na jej pomoc. Firma, z którą byłam umówiona na przeprowadzkę do Barcelony, od niedzieli nie odpowiedziała mi na maila. Zadzwoniłam - wszystkie telefony głuche. Programiści z Krakowa, którzy chcieli wynająć nasze mieszkanie, stwierdzili, bardzo zjadliwym tonem, że chętnie je wynajmą, jednak bez płacenia jakiejkolwiek kaucji (!). Zamiast kolejnych osób, które miały oglądać nasze mieszkanie pod kątem wynajmu, pojawił się... listonosz ze zwrotem przesyłki pobraniowej z mojego sklepu mój sklep, za którą musiałam zapłacić jedyne, kolejne 11 zł (!). Notariusz, u którego miałam stawić się jutro w celu dokonania wymuszonej szantażem emocjonalnym darowizny na rzecz mojego brata i siostry, zadzwonił informując mnie, że mamy się pojawić u niego wszyscy troje o tej samej porze (wcześniej miałam nadzieję, że uda mi się uniknąć spotkania z moim rodzeństwem, które przy byle okazji obrzuca mnie inwektywami...). I na koniec, gwóźdź do trumny, mój ukochany, którego poprosiłam o przylot do Warszawy i pomoc przy przeprowadzce, poinformował mnie, że z kilku, niezależnych od niego, przyczyn nie będzie to możliwe... Na dodatek (a właściwie w wyniku) tego wszystkiego pokłóciłam się jeszcze z córką...

Pierwszym moim odruchem na te wszystkie niepowodzenia był płacz. Potem, wracając do realności przy pomocy świadomego oddechu, skupiłam się na małych, prostych rzeczach, będących w zasięgu ręki: pogodziłam się z córką, ugotowałam obiad, nastawiłam pralkę i zmywarkę, wyniosłam śmieci, posprzątałam i zrobiłam zakupy. A potem przyszła pora na resztę... Znalazłam dwie kolejne firmy zajmujące się międzynarodowymi przeprowadzkami - jedna od razu, przez telefon podała mi kalkulację, a z przedstawicielem drugiej umówiłam się na czwartek. Znalazłam w sieci kolejną "złotą rączkę", z którą, również na czwartek, się umówiłam. (Mam nadzieję, że się zjawi.) Odmówiłam wynajmu mieszkania krakowiakom - równie zjadliwym tonem. Zorganizowałam jutrzejsze spotkanie u notariusza z moim rodzeństwem (kosztem mojej godności, co prawda) ale mam nadzieję, że będzie to cena za mój spokój...

W każdym razie dzień, który zaczął się płaczem, zakończyłam ze śmiechem na ustach. Wszak to wszystko, to tylko stany emocjonalne...

A jutro czeka mnie kolejny, piękny dzień - w planie mam między innymi: odbiór osobisty dwóch sprzedanych na allegro przedmiotów, wyżej wymienionego notariusza, kolejną wizytę Igorka u pedodontki, a wieczorem spotkanie z niewidzianą od kilkunastu lat przyjaciółka. Czwartek również zapowiada się pięknie - do naszego mieszkania przyjdą: pan Złotarączka, pani sprzątająca, Państwo kalkuljący przeprowadzkę oraz dwóch agentów nieruchomości wraz z klientami....

sobota, 18 lipca 2009

when the rain begins to fall

Dziś Warszawa zadziwiła mnie po raz kolejny. Rano było przepięknie, a ponieważ miałam parę rzeczy do załatwienia na mieście, zadzwoniłam do mechanika spytać, czy moje auto jest już gotowe. Miało być za pół godziny, więc postanowiłam dotrzeć po nie komunikacją miejską i spacerkiem - inaczej się nie da, bo mechanik mieszka na skraju Wilanowa prawie pod elektrociepłownią Siekierki. W planie miałam metro i 3 autobusy po kolei.

Kiedy wysiadłam z metra na stacji Służew powitał mnie ten sam, co zwykle od około roku, przewiercający się przez mózg pisk (kto odwiedzał w ciągu ostatnich miesięcy tę stację, wie o czym mówię), a potem tłum ludzi czekających przy wyjściu z metra. Na zewnątrz ulewa. Nie miałam wprawdzie parasola, ale miałam kurtkę ze sztucznej skóry, więc odważnie ruszyłam do autobusu. Jednak, kiedy do niego wsiadłam, zdałam sobie sprawę, że chyba nie był to najlepszy pomysł, przez drzwi otwierające się na kolejnych przystankach widziałam ludzi brnących w płynącej ulicami wodzie, która sięgała im do kolan (sic!) oraz spore bryłki gradu. A autobus wiózł mnie coraz dalej od domu... Na dodatek kierowca strasznie szarpał, a kiedy jedna z przewracających się pasażerek zwróciła mu uwagę, zatrzymał pojazd, wyszedł z szoferki i stwierdził, że wobec tego on nigdzie dalej nie jedzie. Byłam w takim szoku, że wybuchnęłam głośnym śmiechem. Po trwającej kilka minut dyskusji z pasażerami zgodził się jednak kontynuować kurs. Kiedy nadeszła pora mojej drugiej przesiadki przeszłam przez skrzyżowanie i to wystarczyło, żeby moja nieprzemakalna kurtka przemokła na wylot, podobnie jak jeansy, trampki, skarpetki, top, a nawet majtki. Wsiadłam w kolejny autobus, a potem wysiadłam i szłam powoli, bo szybko się nie dało w strugach deszczu i w ciężkim, sztywnym i oblepiającym ciało ubraniu, nie widząc dokąd idę, bo woda dosłownie zalewała mi oczy (pierwszy raz cieszyłam się, że się nie maluję, ani nie nakładam nic na włosy, bo dzięki temu miałam w oczach tylko piekącą mieszaninę kremu z deszczówką).

W końcu schroniłam się w pełnej ludzi sali bankomatowej PKO SA, gdzie wybrałam pieniądze na naprawę i skąd zadzwoniłam zdesperowana do mojego mechanika. Jego syn zjawił się w ciągu kilku minut moim autem, którego siedzenia przewidująco okrył folią. Autko ma 2 nowe tarcze hamulcowe, nowe klocki, nowy filtr oleju, paliwa i 2 filtry klimatyzacji, ale choć chodzi jak marzenie, jechałam nim do domu godzinę, bo: korki, objazdy, zepsuta sygnalizacja, gigantyczne kałuże i unieruchomione przez ulewę auta.

Kiedy w końcu dojechałam na Ursynów okazało się, że mam niecałe 2 godziny, żeby dotrzeć z Igorkiem na Powiśle na lakowanie ząbków, a metro nie działa. Pamiętając o korkach i kałużach postanowiłam wezwać taksówkę i dobrze zrobiłam, bo dotarliśmy na miejsce w 3 kwadranse dzięki temu, że taksówkarz nie tylko wynajdował niesamowite objazdy, wpychał się przed innych kierowców (dlatego właśnie nie lubię taksówkarzy...) i wjeżdżał w bardzo głębokie kałuże, ale również nie unikał chodników, tam, gdzie jezdnia była kompletnie zalana. Sama nigdy nie zdobyłabym się na taką brawurę...

Do domu wróciliśmy z Igorkiem o siódmej. Akurat w porę, żeby położyć oba bobasy spać i objechać 3 pobliskie markety w poszukiwaniu preparatów przeciw komarom. Oczywiście wszystkie przeciwkomarowe wtyczki do kontaktów zostały wykupione. W akcie desperacji nabyłam więc przeciwkomarową świecę ogrodową - na taras, takiż wkład do wtyczki i urządzenie aromatyzujące mieszkanie marki Ambi Pur. W tym ostatnim umieściłam mieszankę, mam nadzieję, że nie wybuchową, zapachu antynikotynowego i preparatu przeciw komarom i podłączyłam. Śmierdzi w całym salonie i na korytarzu, a komarów jakby trochę mniej...

środa, 15 lipca 2009

the sun always shines on tv

Wreszcie czuję, że przyszło lato - na tarasie jest cieplej niż w domu, mimo nocnej pory, i od trzech dni wieczorami słychać świerszcze. Niestety mamy również plagę komarów - aż strach przechodzić koło lasku przy metrze. Ale cieszę się, bo dzięki tej aurze bobasy mogą codziennie pluskać się w swoim baseniku na tarasie. Przez to, że biegają po domu nago, zdarza im się nasiusiać lub (dziś pierwszy raz) zrobić kupkę na podłodze w salonie, o czym niestety informują mnie, wielce skonfundowani, po fakcie, ale najważniejsze, że dobrze się bawią. A trening czystości odkładam na czas po przeprowadzce.

Po obniżeniu ceny już 3 osoby umówiły się ze mną na jutro na oglądanie mieszkania. Mam nadzieję, że coś z tego wyniknie. Odbyłam dziś długą rozmowę telefoniczną w sprawie wynajmu z informacją podatkową i wiem już jaką opcję rozliczania powinnam wybrać, co nie zmienia faktu, że jestem przerażona tym, że sama mam ten podatek wyliczać - do tej pory zawsze robili to za mnie księgowi.

Dziś udało mi się załatwić wszystko, co zaplanowałam. Auto zostawiłam u mechanika (dowiadując się przy okazji, że moje zimowe opony mają 6 mm bieżnika). Wysłałam też list (prawdziwy, na papierze - może dzięki mnie sztuka epistemologii jednak przetrwa?) do męża za jedyne 3 zł - priorytetem, który będzie szedł około tygodnia - gwoli wyjaśnienia dodam tylko, że jedyną szybszą opcją był Pocztex za 130 zł (!). Byłam też na super masażu Lomi Lomi. Pani Lidka - masażystka nie omieszkała mi przy okazji opowiedzieć jaka cudowna jest Barcelona (była tam dwukrotnie) i jacy serdeczni i otwarci są Katalończycy. Mam nadzieję, że już niedługo będę miała okazję sama się o tym przekonać...

Chyba dlatego, że wyjeżdżam, coraz więcej spraw tutaj mnie denerwuje... Dzwoniłam dziś do Wojewódzkiego Centrum Stomatologii, żeby dowiedzieć się, na którą godzinę mam przyjechać tam w piątek z Igorkiem, niesympatyczna asystentka nie raczyła mnie poinformować, bo jak stwierdziła "pracuje z innym lekarzem, a numery się zmieniły". Na całodobowej poczcie koło nas - jak zwykle gigantyczna kolejka - 32 osoby przede mną (sic!). Gorąco, w związku z czym drzwi otwarte na oścież, a że poczta jest rzęsiście oświetlona w środku kłębią się komary. Więc siedziałam tam przez ponad pół godziny w bluzie z długim rękawem. W międzyczasie miałam okazję obserwować dwudziestokilkuletnią pannę z ogromnym krzyżem na szyi - poza krzyżem miała na sobie bardzo wydekoltowaną i bardzo krótką, czarną sukienkę odsłaniającą bardzo pryszczate nogi i na domiar złego wyjęła z torebki tamborek i zaczęła haftować krzyże i lilijki, a kiedy to się jej, najwidoczniej, znudziło, wyjęła z torebki "Frondę" i zaczęła ją czytać demonstracyjnie śmiejąc się i kiwając głową. Swoją drogą - co może być śmiesznego we "Frondzie"? W końcu, wysławszy list, spocona i pogryziona przez komary dotarłam do domu. I co widzę? Na naszej klatce wisi ogromne ogłoszenie o tym, że gmina jednak nie chce wybudować obiecanego placu zabaw i boisk na pustym terenie oddzielającym nasze bloki od metra, bo woli postawić w tym miejscu bloki mieszkalne. Nie rozumiem, po co trzykrotnie podpisywałam petycję w tej sprawie? Teraz zostałam zaproszona, tak jak wszyscy mieszkańcy, na sesję rady gminy, tylko ciekawe jak mam się tam wybrać z dwoma bobasami akurat w porze ich drzemki?

Z dobrych wiadomości - mamy już zaklepane mieszkanie w miasteczku pod Barceloną o wdzięcznej nazwie Terrassa - duże, piękne i z tarasem - jak sama nazwa wskazuje. Na dodatek w bardzo fajnej okolicy - cichej, ale blisko centrum i z kilkoma placami zabaw dookoła. Jeden z tych placów to tak zwany plac "progresywny", co oznacza ni mniej ni więcej, że można zamówić sobie kawę i siedzieć przy niej patrząc, jak dzieci się bawią - czyli to, czego mi zawsze w Warszawie brakowało! Dodam jeszcze tylko, że już od kilku osób słyszałam, że widok dzieci bawiących się na placu zabaw o pierwszej w nocy (sic!) nie jest w okolicach Barcelony niczym dziwnym. Jednym słowem - żyć nie umierać.

Dzisiaj wreszcie dotarło do mnie, że chłopcy mimo, iż właściwie nie mówią, bardzo dużo rozumieją. Paradoksalnie do tej pory łączyłam zdolność wypowiadania się ze zdolnością pojmowania. Do tej pory wydawało mi się również, że skupione "Mhm, mhm!" Igorka padające w odpowiedzi na moje wyjaśnienia są tylko pro forma. Ale dziś przyjrzałam się dokładniej reakcjom chłopców na telewizyjne bajki. Biją brawo za każdym razem, gdy ktoś komuś pomoże, albo gdy bohater dokona jakiegoś bohaterskiego wyczynu. Olafek denerwuje się i krzyczy, kiedy tylko któryś z bohaterów znajdzie się w niebezpieczeństwie. Igorek natomiast podśpiewuje piosenki z bajek; a dziś założył czapeczkę "Noddiego" (z dzwoneczkiem) i śmiejąc się nucił melodię z serialu (!). Wnioski: zwracać baczniejszą uwagę na treści bajek (mimo, iż teoretycznie są przeznaczone dla najmłodszych) i jeszcze więcej tłumaczyć oraz opowiadać bobasom. Zresztą już teraz chłopcy pamiętają, że tata poleciał daleko i przypominają sobie o nim za każdym razem, kiedy słyszą przelatujący samolot...

wtorek, 14 lipca 2009

with a little help from my friends

Właśnie mija północ, a ja zaczynam się relaksować po kolejnym, pracowitym dniu - lepiej późno niż wcale.

Ha, ha, Oczywiście przypomniałam sobie o nastawieniu ogórków na małosolne i odpisaniu na maile i zrobiła się za kwadrans pierwsza. Ale nic to - najważniejsze, że dziś (odpukać) chłopcy śpią spokojnie. Wczorajsza noc była naprawdę masakryczna - Olafek nie spał do w pół do dwunastej i nie tylko nie spał, ale był w totalnej histerii - dwukrotnie wyskoczył górą ze swojego łóżeczka (sic!) na szczęście na nasz materac leżący na podłodze. W końcu uśpiłam go przytrzymując na siłę w pozycji leżącej i opowiadając bardzo długo kto już śpi, bo Olafek niestety nie toleruje ostatnio kołysanek. Te wydarzenia obudziły w końcu Igorka, który wprawdzie nie próbował z łóżeczka uciekać, ale po kolejnych przewijaniach i wypiciu kolejnych butelek mleczka, zaczynał zawodzić. W końcu o drugiej w nocy (sic!), stwierdziłam, że dłużej tego nie zniosę - sama się położyłam i wzięłam go do swojego łóżka w salonie. Trochę to potrwało zanim pogodził się z faktem, że wszystkie światła są wyłączone i mama, siostra, braciszek, kotek oraz telewizorek z bajkami już śpią. Dawno nie czułam się tak bezradna jak zeszłej nocy...

Oczywiście moje nadzieje na to, że dziś bobasy pośpią dłużej okazały się płonne. Chłopcy wstali o 9. w świetnych humorach. Postanowiłam jednak zastosować nową taktykę. Położyłam ich wcześniej niż zwykle na drzemkę - spali już kwadrans przed południem i zamiast wieczornego spaceru dałam im bardzo dużą kolację, którą pochłonęli w całości i domagali się jeszcze dokładek. A zamiast dzikich skoków na materacu po kąpieli było dużo przytulania - ja przytulałam Olafka a Weronika - Igorka. I... zasnęli przed dziewiątą.

Dzisiejszy dzień upłynął mi na pakowaniu i sortowaniu dokumentów oraz kolejnych książek z biblioteczki, a właściwie z jej środkowej części, bo zostały jeszcze dwa skrzydła. Bardzo pomogła mi w tym córka (zresztą w ogóle nie wiem, co bym bez niej zrobiła), dzięki czemu podyskutowałyśmy trochę o naszych gustach literackich. Poza tym udalam się do notariusza w celu uregulowania kwestii majątkowych z moją rodziną pochodzenia, która, delikatnie rzecz ujmując, bardzo na to przed moim wyjazdem naciska... Potem wytaszczyłam z tarasu komplet zimowych opon (przecież nie przydadzą mi się w Hiszpanii) i desperacko próbowałam je sprzedać u pobliskich wulkanizatorów. Lipiec okazał się nie być najlepszą porą na sprzedawanie zimowych opon. Ostatecznie wtaszczyłam je z powrotem do mieszkania (nie mamy piwnicy), sfotografowałam i wystawiłam na allegro jako moją 17. (sic!) i mam nadzieję, ostatnią aukcję. Jakbym nie miała dość odpowiadania na pytania o łączne koszty przesyłki, wypełnienia w Mei Tai'ach itp... Teraz odpowiadam na pytania o głębokość bieżnika...

Ale, jakby nie patrzeć, po kolei skreślam punkty na mojej liście spraw do załatwienia przed wyjazdem. Jutro zawożę auto na przegląd przed moją długą wyprawą. W piątek jadę z Igorkiem na ostatnie lakowanie jego ząbków. Obniżyłam dziś cenę wynajmu mieszkania na dwóch serwisach ogłoszeniowych i próbowałam wypromować je jako ogłoszenia "premium", co udało mi się tylko na jednym. Ponadto udzieliłam wywiadu dziennikarce "Życia Warszawy", co zaowocowało tym oto artykułem:
m. in. o moim secondhandzie

Ponieważ w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że odkąd wyjechał mój ukochany. moje życie stało się nieustającym kieratem obowiązków, postanowiłam zadbać o higienę psychiki oraz ciała i zaczęłam spotykać się z przyjaciółkami oraz odwiedzać kosmetyczkę. Rady moich przyjaciółek okazały się niezwykle cenne, a kosmetyczka pomalowała moje paznokcie na atramentowo, co na kilka dni wprawiło mnie w świetny humor (niestety dzisiejsze noszenie opon i szorowanie garnków, które nie zmieściły się w zmywarce, zniweczyło jej trud). A jutro, korzystając z wieczornej obecności naszej super niani, wybieram się na masaż Lomi-lomi, który już nie raz pomógł mi przetrwać ciężkie chwile.

Właśnie dotarło do mnie, że chyba mój blog staje się nudnym opisem moich obowiązków i tego, jak sobie z nimi radzę...

piątek, 10 lipca 2009

all the little things she does

Kolejna noc upłynęła pod znakiem płaczu chłopców. Kiedy mąż nie chodził przez 2 miesiące do pracy spali spokojnie i w ciągu dnia mieli lepsze humory. Teraz zregresowali się do nocnych pobudek z płaczem. Zdesperowana nabyłam dziś w aptece homeopatyczny syrop Sedalia - mam nadzieję, że im pomoże (a tym samym i mi). Zresztą w samej aptece chłopcy dali niezły popis. Wjechaliśmy do niej wózkiem, ale ponieważ była kolejka, rozpięłam im szelki i wypuściłam na wolność. Oprócz dziecięcego stolika z dwoma krzesełkami i małej huśtawki oraz ikeowskiej Muli, jest tam dużo przeszklonych witryn i szafek na ich poziomie. Chłopcy błyskawicznie rozbiegli się po całej aptece i z dzikimi okrzykami próbowali je wszystkie otworzyć. Na szczęście wszystkie były zamknięte na klucz. Choć, jak zauważyła miła sprzedawczyni, nie były wykonane z kuloodpornego szkła (!). Ta sama sprzedawczyni wyszła na moment na salę, żeby wydobyć coś z jednej z gablot i nieopatrznie zostawiła otwarte drzwiczki w kontuarze. Kiedy się zorientowałam, Olafek był już w drzwiach na zaplecze, na szczęście ominął po drodze otwarte (sic!) szuflady z lekami. Kiedy po zakupach zarządziłam odwrót, Olafek grzecznie usadowił się w wózku, czekając aż zapnę mu szelki. Natomiast Igorek usadowił się, ale na krzesełku i zaczął bawić się Mulą (która oczywiście w domu go nie interesuje). Ponieważ w żaden sposób nie umiałam go namówić do opuszczenia lokalu, postanowiłam przeprowadzić eksperyment. Powiedziałam mu, że my z Olafkiem już idziemy do domu na kaszkę. Zero reakcji. Zrobiliśmy mu oboje "Papa!" i wyszliśmy. Igorek pomachał nam z uśmiechem i wrócił do zabawy. Wyjechaliśmy z wózkiem na zewnątrz i ukryliśmy się za filarem. Po kilku minutach Igorek nadal bawił się w najlepsze! W końcu byłam zmuszona zanieść go do wózka mimo protestów.

Zresztą Igorek w ogóle jest dużo bardziej odważny i ufny od brata. Na placu zabaw, w przeciwieństwie do Olafka, nie zdarza mu się chodzić ze mną za rączkę, albo na rączkach, ani się przytulać. Natomiast bardzo często zdarza mu się zaczepiać, a nawet kokietować innych dorosłych. Co i rusz widzę, że ktoś z nim rozmawia, buja go, stawia mu babki z piasku albo kręci go na karuzeli. Jeśli zaś chodzi o interakcje z innymi dziećmi obaj chłopcy chętnie w nie wchodzą, zwłaszcza ze starszymi oczywiście. U Olafka interakcje te polegają głównie na bieganiu za starszymi dziećmi, wydawaniu dzikich okrzyków i naśladowaniu ich zachowań. Igorek natomiast chętnie przyłącza się, nawet nieproszony, do zabaw w piasku lub bujania na równoważni. Potrafi też troszczyć się o młodsze dzieci drepcząc dookoła wózka, w którym leżą i mówiąc wszystkim dookoła, łącznie z ich opiekunami "cii! cii!".

Dziś uratowaliśmy, a przynajmniej taką mam nadzieję, kolejnego ptaka przed zakusami naszego kota-drapieżcy, który na szczęście boi się skakać z wysokiego parteru. Nasza kotka, Yakuza dwukrotnie wskakiwała dziś na taras z małym wróbelkiem w pysku. Za drugim razem udało mi się ją osaczyć i przy pomocy chwytu za szczęki odebrać zdobycz. Kot został zamknięty w pokoju Weroniki. A wróbelek nieporadnie podskakiwał na tarasie. Byłam załamana, bo myślałam, że Yakuza uszkodziła mu skrzydła i dlatego nie odlatuje. Weronika poszła z nim do weterynarza, który stwierdził, że to młody ptaszek, który nie umie jeszcze latać i musiał wypaść z gniazda. Polecił odłożyć go pod drzewo, "na którym mogą być wróble gniazda" w naszej okolicy. Tak też zrobiłyśmy. Z początku Weronika czuwała z odległości nad jego bezpieczeństwem (nasz kot przebywał wprawdzie w tymczasowym areszcie, ale w okolicy mieszkają jeszcze inne). W końcu pozostawiłyśmy go jego losowi. Po około trzech kwadransach po wróbelku nie było śladu. Kot wypuszczony niedawno na rekonesans wrócił z pustymi rękami, a raczej pyskiem.

Sprawy toczą się powoli swoim torem. Znalazłam kupca na moje auto. Obejrzał je z dwoma kolegami (jednym mechanikiem samochodowym), odbył jazdę próbną i nawet nie chciał dużo stargować. Więc natychmiast zatelefonowałam do właściciela mojego upatrzonego, większego autka i... dowiedziałam się, że zostało już sprzedane. Więc z braku czasu i sił postanowiłam, że auta nie sprzedaję.

Co do mieszkań. Mój ukochany znalazł super mieszkanie pod Barceloną - takie, o jakim mogłam tylko śnić i najprawdopodobniej sfinalizuje wynajem w przyszłym tygodniu. Żeby było śmieszniej okazało się, że obaj z właścicielem (mieszkania, nie ukochanego) pracują w tej samej firmie. Świat jest mały... Ja natomiast po niezliczonych pielgrzymkach studentów oglądających nasze mieszkanie i narzekających na otwarty salon oraz mały metraż pracowni, miałam przyjemność pokazywać je przemiłej parze rodziców 7-letniej córki z drugim dzieckiem w drodze. Mam nadzieję, że to właśnie oni, albo ktoś podobny tu zamieszka. Bo moim zdaniem to wymarzone mieszkanie dla rodziny z dziećmi.

Wracając do moich dziwnych sąsiadów. Dziś rano znalazłam na wycieraczce... worek śmieci nawet, o zgrozo(!), nie posegregowanych do recyklingu. Właśnie wywiesiłyśmy z córką na klatce ogłoszenie o treści: "Szanowni Sąsiedzi! Uprzejmie prosimy o niepozostawianie na klatce schodowej, bądź pod naszymi drzwiami swoich lub cudzych odpadków. Dziękujemy!" Podpisano "mieszkańcy lokalu nr 65" - mam nadzieję, że to pomoże.

Z weselszych wiadomości - przedwyjazdowa segregacja naszego dobytku trwa. Przejrzałam już: naczynia kuchenne (było ich najmniej), buty, pościel, ręczniki oraz większość zabawek i ubranek chłopców. W związku z czym wystawiłam 15 (sic!) aukcji na Allegro:
moje aukcje
Weronika i mąż oczywiście przejrzeli swoje rzeczy sami. Mi zostały jeszcze "tylko": apteczka, narzędzia, graty na pawlaczu szafy, kosmetyki, apteczka i okrycia wierzchnie oraz torby...

środa, 8 lipca 2009

I feel you

Dziś odebrałam paszporty bobasów. Które, nota bene, bardzo dają mi się we znaki - bobasy, nie paszporty. Rano - budzą się skoro świt, w ciągu dnia - marudzą, na spacerze - nie chcą iść na plac zabaw, wieczorem - nie chcą się kąpać (Olafek) ani myć zębów (Igorek), a w nocy - budzą się z płaczem. Podziwiam wszystkie samotne matki, choć i tak pewnie nie powinnam narzekać, bo mam córkę, która odkąd wróciła z Open'era, bardzo mi pomaga.

W ogóle mam szczęście - przez cały weekend mieszkała z nami moja cioteczna siostra. W ciągu dnia pomagała mi zajmować się chłopcami, brała ich na spacery, karmiła, bawiła się z nimi itd., a wieczorami gadałyśmy na tarasie. Nasz pierwszy, wspólny wieczór przeciągnął się do rana, dzięki czemu odkryłam, że moi sąsiedzi są jeszcze bardziej pokręceni, niż myślałam...

Tytułem wstępu: to bardzo spokojna okolica, zamieszkana przez klasę średnią - z jednej strony są 3 niskie bloki, a z drugiej ciąg połączonych segmentów. Ci, którzy mieszkają w blokach jeżdżą dobrymi samochodami (trafia się nawet Porsche), a ci, którzy mieszają w segmentach - jeszcze lepszymi. My odstajemy trochę od normy ze względu na wygląd. Ale tak naprawdę odstaje od niej tylko jedna rodzina, mieszkająca w bliźniaczym bloku na przeciwko. Składa się ona z jednej kobiety i trzech mężczyzn, a od niedawna również z kota. Więc po kolei. Kobieta drobna, z białymi włosami, w nieokreślonym wieku, wiecznie dźwigająca siatki z zakupami/worki ze śmieciami i czasem narzekająca z płaczem, że ktoś ją wyzywa - do niedawna żyłam w przeświadczeniu, że reprezentuje najstarsze pokolenie, ale moja kuzynka otworzyła mi oczy na to, iż najprawdopodobniej jest żoną i matką współlokatorów. Mężczyzna w średnim wieku, z dużym brzuchem, ubrany zwykle w krzykliwą pomarańczową koszulę, przechadzający się (z pustymi rękami) po osiedlu, bądź przesiadujący przed komputerem, raz na kilka tygodni urządza karczemne awantury wykrzykując przez kilka godzin (sic!) na całe osiedle niewyobrażalne wyzwiska pod adresem kobiety, pozostałych lokatorów i całego świata. Dwaj młodzi mężczyźni spędzający każdą chwilę przed monitorami, w przerwach jeden z nich spluwa przez okno, a drugi (od niedawna) wyprowadza kota na spacer. Mieszkańców segmentu vis a vis, o którym będzie mowa, nie kojarzę nawet z widzenia.

Wracając do wydarzeń ostatniego piątku. Siedzimy z kuzynką na tarasie, pijemy wino i rozmawiamy. Jest pierwsza w nocy. Jesteśmy naprawdę cicho i naprawdę same, nie licząc kota, który leniwie przechadzał się po tarasie, a potem zasnął na łóżku w salonie i chłopców, którzy grzecznie śpią w swoich łóżeczkach. Dzwoni domofon. O pierwszej w nocy (sic!). Odbieram i słyszę "Proszę pani, ja tam widziałem u Pani na tarasie kota, niech go Pani przegoni, bo to mój kot!". Wściekła odpowiadam, że na moim tarasie nie ma żadnego kota (zgodnie z prawdą) i że nie życzę sobie dzwonienia domofonem o tej porze, bo moje dzieci śpią. Na co słyszę "Ale ja go widziałem, to mój kot, niech Pani go przepędzi!". Na takie dictum odrzekłam, że zaraz wezwę straż miejską. I usłyszałam, że "Przecież pali się u Pani światło, Pani jeszcze nie śpi". Niemniej jednak rozmowa przez domofon się zakończyła. Ale wyżej opisany, gruby sąsiad z naprzeciwka zatrzymał się jeszcze pod moim tarasem, żeby zapytać, czy cierpię na ADHD.

Pomimo konsternacji po chwili wróciłyśmy z kuzynką do przerwanej rozmowy. Ale naszemu zdziwieniu nie było końca. O drugiej w nocy (sic!) na poddaszu przeciwległego segmentu zapaliło się światło, otworzyło się okno i pojawił się w nim tajemniczy pan z... kamerą. Pomajstrował przy niej przez chwilę, po czym zgasił światło i zniknął zostawiając ją włączoną, o czym informowała nas czerwona dioda. Dodam tylko, że kamera pracowała do świtu, kiedy to położyłyśmy się spać i do tej pory nie wiem, co ów pan filmował...

czwartek, 2 lipca 2009

there are things you can't escape from...

Nasza rodzina gwałtownie się kurczy. Najpierw wyjechał mąż. A dziś moja córka wyruszyła ze swoim chłopakiem i jego ojczymem na Open'er. Nie zdziwię się, jeśli chłopcy zaraz spakują swoje małe plecaczki i też gdzieś wyruszą. A tak poważnie, to chyba oni też myślą o tym niezrozumiałym dla nich znikaniu kolejnych członków rodziny. Już od wczoraj na każdy dzwonek lub sygnał domofonu Igorek pyta "Tata, tata?" i oczywiście obaj biegną do drzwi. Dzisiaj byli bardzo przejęci pożegnaniem z Weroniką i jeszcze długo po jej wyjściu pokazywali na drzwi jej pokoju - Igorek mówiąc "Gugu, Gugu!" (tak ją nazywa), a Olafek wydając nieartykułowane pomruki i pokrzykiwania. W ogóle odkąd wyjechał Rafał są bardzo niespokojni, zasypiają z trudem po 22. i budzą się około ósmej. Rano Igorek kilkakrotnie pytał o tatę wskazując drzwi domu i drzwi pracowni męża. Usiadłam z nim i tłumaczyłam mu, że tata poleciał daleko samolotem. Igorek myślał chwilę i zaczął pytać "Mama? Mama?". Kiedy mu powiedziałam, że mama nigdzie nie poleci i będzie z nim i braciszkiem przez cały czas, wyglądał na trochę spokojniejszego. (Właśnie wróciłam od Olafka, który przebudził się z krzykiem).

Zostawszy na gospodarstwie jedynie z chłopcami zamiast się wyluzować i odpocząć spędziłam kolejny pracowity dzień selekcjonując nasz dobytek przed przeprowadzką. Wyniosłam do recyklingu, na śmietnik i pod śmietnik: 2 kartony słoików, 1 karton butów, 1 karton zabawek, 1 karton pościeli i ręczników i 1 karton płyt. Przy okazji znalazłam zagubione gondolki od wózka, który sprzedałam i elektryczną gitarę mojego męża. Zdążyłam również nastawić małosolne ogórki i odkamienić czajnik i armaturę w kuchni (w całym domu śmierdzi octem). Pozbyłam się też dwóch nietrafionych prezentów przekazując je dalej. Oczywiście sporządziłam rozpiskę wszystkich pomieszczeń w domu z wykazem tego, co trzeba w każdym z nich przejrzeć i posortować, ale już widzę, że jest zbyt enigmatyczna, by mogła być motywująca. Na przykład pod hasłem "kuchnia" widnieją "szafki", ponieważ w kuchni oprócz sprzętu AGD mamy tylko szafki. A taki zapis uniemożliwia mi skreślenie z listy szafki ze słoikami, narzędziami, garnkami,apteczki itp.

Przyjęłam dziś również dwie agentki nieruchomości z ich klientami. Miałam w swoim życiu trochę do czynienia z agentami nieruchomości, ale te dwie panie przebiły wszystkich. Były u mnie już drugi raz. Za pierwszym razem starsza z nich w progu bez żadnych wstępów spytała "To co? Możemy się tu trochę rozejrzeć?". I wyglądała na zszokowaną, kiedy wyciągnęłam do niej rękę, przedstawiłam się i powiedziałam "Dzień dobry!". Dziś odnotowałam pewien postęp, a mianowicie, powiedziała mi dzień dobry wchodząc. Jednak potem całkowicie ignorowała moją osobę i moje próby wtrącenia czegokolwiek do rozmowy, którą prowadziła ze swoją koleżanką i oglądającą mieszkanie parą studentów. Oczywiście cała czwórka przemaszerowała po całym mieszkaniu w butach, nie bacząc na to, że podłogi są świeżo umyte (niektóre były jeszcze mokre), a ja i dzieci chodzimy na bosaka. Zepsuty tą wizytą humor poprawił mi telefon od innego agenta, który zapowiedział na poniedziałek kolejnych oglądających - parę doktorów z jednym dzieckiem i drugim w drodze.

Poranna wizyta taty Weroniki, który przyjechał zabrać ją na miejsce przedfestiwalowej zbiórki, również natchnęła mnie optymizmem. Podobnie jak ja ze zgrozą zaprotestował widząc jak nasze dziecko pakuje luzem do jednej torby kalosze, ciuchy i bieliznę (sic!). I zapowiedział, że mieszkając u niego będzie musiała utrzymywać porządek. A w ogóle to stwierdził, że "baby nie będą mu włazić na głowę" (miał na myśli Weronikę i jej kotkę Yakuzę) i tego z całego serca im wszystkim życzę.

Przy okazji szybkiego gotowania dla chłopców, którzy są obecnie na lekko antycandidowej diecie, wpadłam na pomysł prostej i smacznej kaszki śniadaniowej bez dodatku cukru czy bakalii.

Przepis

ugotowana na wodzie kasza (ja akurat miałam okrągły, brązowy ryż z poprzedniego dnia) lub nieugotowane płatki
jabłka
mleko kokosowe

Obrać i pokroić jabłka na drobne kawałki, dodać do zbóż, zalać mlekiem kokosowym. Gotować, aż jabłka będą miękkie.

środa, 1 lipca 2009

this used to be my playground

Dziś, a właściwie już wczoraj odwiozłam mojego męża na lotnisko. Jest już w Barcelonie... Jeszcze to do mnie chyba nie dotarło... Ta podwójna świadomość - około miesięcznej rozłąki i tego, że klamka zapadła i naprawdę wyjeżdżamy. Mam mnóstwo spraw do załatwienia przed wyjazdem i to, mam nadzieję, pozwoli mi ten trudny okres przetrwać. Staram się robić rzeczy po kolei i do końca, co nie jest łatwe, bo większość z nich się zazębia. I staram się nie myśleć o wszystkim, co trzeba zrobić, bo chyba bym zwariowała - myślę tylko o następnym kroku. Czy się boję? Jasne, że się boję. Ale bez lęku nie można wykazać się odwagą. A kiedy jest mi już naprawdę źle myślę o dwóch przyjemnych rzeczach, które mnie w najbliższej przyszłości czekają. Pierwsza, to mieszkanie przez kilka dni z moją siostrą cioteczną i zarazem przyjaciółką, która zgodziła się mi pomóc i zaopiekować się chłopcami, żebym mogła się zająć pakowaniem. Druga, to samotna podróż autem z Warszawy do Barcelony.

Co ciekawe, mój ukochany, który często narzekał na nasz kraj i warunki życia tutaj, przed wyjazdem stał się nostalgiczny i posunął się nawet do stwierdzenia, że "to chyba nie jest najgorsze miejsce do mieszkania". Nie chcę nawet myśleć o tym, co przed wyjazdem będę przeżywać ja z moim przywiązaniem do Warszawy i Ursynowa w szczególności... Oczywiście już teraz wpadam na ulicy na bardzo dawno nie widzianych znajomych i przyjaciół, a ci, z którymi utrzymywałam luźne kontakty, nieoczekiwanie stają się mi bliscy... Po ponad roku odezwała się teściowa. Ale i tak nie przebije, opisywanego już kiedyś na tym blogu, sąsiada z góry, który po raz pierwszy odkąd tu mieszka powiedział mi dzień dobry (sic!). I na dodatek wreszcie zrobiła się piękna pogoda - uwielbiam letnie upały i letnie burze.

Na razie jednak skupiam się na prostych, prozaicznych czynnościach. Na sfotografowaniu w wysokiej rozdzielczości silnika mojego wystawionego na sprzedaż auta tak, żeby było widać błotniki. Na zamówieniu w supermarkecie zgrzewki mleczka ryżowego dla chłopców. Na odebraniu odkurzacza z naprawy. Na ściągnięciu z drugiej strony Warszawy fachowców od rolet, którzy wymienią przetarte linki. I na wyprzedaży ciuchów z mojego sklepu, jak ktoś ma ochotę zajrzeć, to zapraszam:
wyprzedaż w glam.pl