środa, 22 lipca 2009

all I really want's a cup of tea

Z ulgą powitałam koniec wczorajszego dnia. To było istne piekło... Kilkakrotnie płakałam z bezsilności. Wszystko, co mogło pójść nie tak, się spieprzyło. Mój misternie przygotowany plan od rana brał w łeb...

Zacznę od tego, że przedwczoraj o dziesiątej wieczór odwiedziłam moją przyjaciółkę - dawno się nie widziałyśmy i na dodatek niedawno obchodziła okrągłe urodziny, no i nie wiadomo, kiedy się znów spotkamy... Posiedziałam u niej do 3. w nocy, wróciłam do domu, kiedy było już jasno, a chłopcy oczywiście obudzili się o ósmej rano (sic!). Mimo fizycznego wyczerpania wstałam i bohatersko spełniałam codzienne, macierzyńskie powinności.

O dziesiątej miał się u nas pojawić fachowiec tzw. "złota rączka", by naprawić szereg drobnych, acz uciążliwych usterek przed wynajmem mieszkania. Fachowiec ów, nie dość, że się nie pojawił, nie raczył również reagować na moje telefony i smsy. Moja córka się rozchorowała, w związku z czym nie mogłam liczyć na jej pomoc. Firma, z którą byłam umówiona na przeprowadzkę do Barcelony, od niedzieli nie odpowiedziała mi na maila. Zadzwoniłam - wszystkie telefony głuche. Programiści z Krakowa, którzy chcieli wynająć nasze mieszkanie, stwierdzili, bardzo zjadliwym tonem, że chętnie je wynajmą, jednak bez płacenia jakiejkolwiek kaucji (!). Zamiast kolejnych osób, które miały oglądać nasze mieszkanie pod kątem wynajmu, pojawił się... listonosz ze zwrotem przesyłki pobraniowej z mojego sklepu mój sklep, za którą musiałam zapłacić jedyne, kolejne 11 zł (!). Notariusz, u którego miałam stawić się jutro w celu dokonania wymuszonej szantażem emocjonalnym darowizny na rzecz mojego brata i siostry, zadzwonił informując mnie, że mamy się pojawić u niego wszyscy troje o tej samej porze (wcześniej miałam nadzieję, że uda mi się uniknąć spotkania z moim rodzeństwem, które przy byle okazji obrzuca mnie inwektywami...). I na koniec, gwóźdź do trumny, mój ukochany, którego poprosiłam o przylot do Warszawy i pomoc przy przeprowadzce, poinformował mnie, że z kilku, niezależnych od niego, przyczyn nie będzie to możliwe... Na dodatek (a właściwie w wyniku) tego wszystkiego pokłóciłam się jeszcze z córką...

Pierwszym moim odruchem na te wszystkie niepowodzenia był płacz. Potem, wracając do realności przy pomocy świadomego oddechu, skupiłam się na małych, prostych rzeczach, będących w zasięgu ręki: pogodziłam się z córką, ugotowałam obiad, nastawiłam pralkę i zmywarkę, wyniosłam śmieci, posprzątałam i zrobiłam zakupy. A potem przyszła pora na resztę... Znalazłam dwie kolejne firmy zajmujące się międzynarodowymi przeprowadzkami - jedna od razu, przez telefon podała mi kalkulację, a z przedstawicielem drugiej umówiłam się na czwartek. Znalazłam w sieci kolejną "złotą rączkę", z którą, również na czwartek, się umówiłam. (Mam nadzieję, że się zjawi.) Odmówiłam wynajmu mieszkania krakowiakom - równie zjadliwym tonem. Zorganizowałam jutrzejsze spotkanie u notariusza z moim rodzeństwem (kosztem mojej godności, co prawda) ale mam nadzieję, że będzie to cena za mój spokój...

W każdym razie dzień, który zaczął się płaczem, zakończyłam ze śmiechem na ustach. Wszak to wszystko, to tylko stany emocjonalne...

A jutro czeka mnie kolejny, piękny dzień - w planie mam między innymi: odbiór osobisty dwóch sprzedanych na allegro przedmiotów, wyżej wymienionego notariusza, kolejną wizytę Igorka u pedodontki, a wieczorem spotkanie z niewidzianą od kilkunastu lat przyjaciółka. Czwartek również zapowiada się pięknie - do naszego mieszkania przyjdą: pan Złotarączka, pani sprzątająca, Państwo kalkuljący przeprowadzkę oraz dwóch agentów nieruchomości wraz z klientami....

Brak komentarzy: