piątek, 10 lipca 2009

all the little things she does

Kolejna noc upłynęła pod znakiem płaczu chłopców. Kiedy mąż nie chodził przez 2 miesiące do pracy spali spokojnie i w ciągu dnia mieli lepsze humory. Teraz zregresowali się do nocnych pobudek z płaczem. Zdesperowana nabyłam dziś w aptece homeopatyczny syrop Sedalia - mam nadzieję, że im pomoże (a tym samym i mi). Zresztą w samej aptece chłopcy dali niezły popis. Wjechaliśmy do niej wózkiem, ale ponieważ była kolejka, rozpięłam im szelki i wypuściłam na wolność. Oprócz dziecięcego stolika z dwoma krzesełkami i małej huśtawki oraz ikeowskiej Muli, jest tam dużo przeszklonych witryn i szafek na ich poziomie. Chłopcy błyskawicznie rozbiegli się po całej aptece i z dzikimi okrzykami próbowali je wszystkie otworzyć. Na szczęście wszystkie były zamknięte na klucz. Choć, jak zauważyła miła sprzedawczyni, nie były wykonane z kuloodpornego szkła (!). Ta sama sprzedawczyni wyszła na moment na salę, żeby wydobyć coś z jednej z gablot i nieopatrznie zostawiła otwarte drzwiczki w kontuarze. Kiedy się zorientowałam, Olafek był już w drzwiach na zaplecze, na szczęście ominął po drodze otwarte (sic!) szuflady z lekami. Kiedy po zakupach zarządziłam odwrót, Olafek grzecznie usadowił się w wózku, czekając aż zapnę mu szelki. Natomiast Igorek usadowił się, ale na krzesełku i zaczął bawić się Mulą (która oczywiście w domu go nie interesuje). Ponieważ w żaden sposób nie umiałam go namówić do opuszczenia lokalu, postanowiłam przeprowadzić eksperyment. Powiedziałam mu, że my z Olafkiem już idziemy do domu na kaszkę. Zero reakcji. Zrobiliśmy mu oboje "Papa!" i wyszliśmy. Igorek pomachał nam z uśmiechem i wrócił do zabawy. Wyjechaliśmy z wózkiem na zewnątrz i ukryliśmy się za filarem. Po kilku minutach Igorek nadal bawił się w najlepsze! W końcu byłam zmuszona zanieść go do wózka mimo protestów.

Zresztą Igorek w ogóle jest dużo bardziej odważny i ufny od brata. Na placu zabaw, w przeciwieństwie do Olafka, nie zdarza mu się chodzić ze mną za rączkę, albo na rączkach, ani się przytulać. Natomiast bardzo często zdarza mu się zaczepiać, a nawet kokietować innych dorosłych. Co i rusz widzę, że ktoś z nim rozmawia, buja go, stawia mu babki z piasku albo kręci go na karuzeli. Jeśli zaś chodzi o interakcje z innymi dziećmi obaj chłopcy chętnie w nie wchodzą, zwłaszcza ze starszymi oczywiście. U Olafka interakcje te polegają głównie na bieganiu za starszymi dziećmi, wydawaniu dzikich okrzyków i naśladowaniu ich zachowań. Igorek natomiast chętnie przyłącza się, nawet nieproszony, do zabaw w piasku lub bujania na równoważni. Potrafi też troszczyć się o młodsze dzieci drepcząc dookoła wózka, w którym leżą i mówiąc wszystkim dookoła, łącznie z ich opiekunami "cii! cii!".

Dziś uratowaliśmy, a przynajmniej taką mam nadzieję, kolejnego ptaka przed zakusami naszego kota-drapieżcy, który na szczęście boi się skakać z wysokiego parteru. Nasza kotka, Yakuza dwukrotnie wskakiwała dziś na taras z małym wróbelkiem w pysku. Za drugim razem udało mi się ją osaczyć i przy pomocy chwytu za szczęki odebrać zdobycz. Kot został zamknięty w pokoju Weroniki. A wróbelek nieporadnie podskakiwał na tarasie. Byłam załamana, bo myślałam, że Yakuza uszkodziła mu skrzydła i dlatego nie odlatuje. Weronika poszła z nim do weterynarza, który stwierdził, że to młody ptaszek, który nie umie jeszcze latać i musiał wypaść z gniazda. Polecił odłożyć go pod drzewo, "na którym mogą być wróble gniazda" w naszej okolicy. Tak też zrobiłyśmy. Z początku Weronika czuwała z odległości nad jego bezpieczeństwem (nasz kot przebywał wprawdzie w tymczasowym areszcie, ale w okolicy mieszkają jeszcze inne). W końcu pozostawiłyśmy go jego losowi. Po około trzech kwadransach po wróbelku nie było śladu. Kot wypuszczony niedawno na rekonesans wrócił z pustymi rękami, a raczej pyskiem.

Sprawy toczą się powoli swoim torem. Znalazłam kupca na moje auto. Obejrzał je z dwoma kolegami (jednym mechanikiem samochodowym), odbył jazdę próbną i nawet nie chciał dużo stargować. Więc natychmiast zatelefonowałam do właściciela mojego upatrzonego, większego autka i... dowiedziałam się, że zostało już sprzedane. Więc z braku czasu i sił postanowiłam, że auta nie sprzedaję.

Co do mieszkań. Mój ukochany znalazł super mieszkanie pod Barceloną - takie, o jakim mogłam tylko śnić i najprawdopodobniej sfinalizuje wynajem w przyszłym tygodniu. Żeby było śmieszniej okazało się, że obaj z właścicielem (mieszkania, nie ukochanego) pracują w tej samej firmie. Świat jest mały... Ja natomiast po niezliczonych pielgrzymkach studentów oglądających nasze mieszkanie i narzekających na otwarty salon oraz mały metraż pracowni, miałam przyjemność pokazywać je przemiłej parze rodziców 7-letniej córki z drugim dzieckiem w drodze. Mam nadzieję, że to właśnie oni, albo ktoś podobny tu zamieszka. Bo moim zdaniem to wymarzone mieszkanie dla rodziny z dziećmi.

Wracając do moich dziwnych sąsiadów. Dziś rano znalazłam na wycieraczce... worek śmieci nawet, o zgrozo(!), nie posegregowanych do recyklingu. Właśnie wywiesiłyśmy z córką na klatce ogłoszenie o treści: "Szanowni Sąsiedzi! Uprzejmie prosimy o niepozostawianie na klatce schodowej, bądź pod naszymi drzwiami swoich lub cudzych odpadków. Dziękujemy!" Podpisano "mieszkańcy lokalu nr 65" - mam nadzieję, że to pomoże.

Z weselszych wiadomości - przedwyjazdowa segregacja naszego dobytku trwa. Przejrzałam już: naczynia kuchenne (było ich najmniej), buty, pościel, ręczniki oraz większość zabawek i ubranek chłopców. W związku z czym wystawiłam 15 (sic!) aukcji na Allegro:
moje aukcje
Weronika i mąż oczywiście przejrzeli swoje rzeczy sami. Mi zostały jeszcze "tylko": apteczka, narzędzia, graty na pawlaczu szafy, kosmetyki, apteczka i okrycia wierzchnie oraz torby...

Brak komentarzy: