piątek, 24 lipca 2009

every day's like survival

Mój dzisiejszy dzień wyglądał następująco:
10. rano - przyszła p. Bożena odgruzowywać nasze zapuszczone mieszkanie, a ja dałam chłopcom śniadanie.
10:15 - pojawił się p. złota rączka - sympatyczny, szybki i konkretny - naprawił większość rzeczy, o których naprawienie go poprosiłam, po czym, równie konkretnie, zażądał 150 zł i zapowiedział, że jego kolejna wizyta - w sobotę będzie mnie kosztowała drugie tyle.
11. - przyszła bardzo sympatyczna i profesjonalna p. od międzynarodowych przeprowadzek, żeby zobaczyć ile mamy "mienia".
W międzyczasie odebrałam kilka telefonów od osób zainteresowanych wynajmem oraz od firmy, z którą wcześniej umówiłam się na przeprowadzkę i która przestała odpowiadać na moje maile.
12. - przyszła p. z kolejnej agencji nieruchomości zrobić zdjęcia.
12:20 - położyłam chłopców na drzemkę z mleczkiem oczywiście.
12:40 - okazało się, że obaj chłopcy nie chcą spać, ale za to zrobili kupki, a mleczko się skończyło.
13. - po przewinięciu obydwu panów, zabrałam Olafka na wyprawę do zdrowej żywności po mleczko między innymi. A Igorka zostawiłam pod okiem p. Bożeny i chorej Weroniki. Olafek był bardzo szczęśliwy.
13:45 - ponownie położyłam chłopców na drzemkę ze świeżym mleczkiem. Zasnęli.
14. - zjadłam śniadanie.
14:30 - pojechałam po zakupy do supermarketu i apteki, gdzie przy okazji oddałam do utylizacji stare leki.
16. - wróciłam do domu z zakupami. Ugotowałam obiad dla naszej czwórki. Chłopcy wstali i zauważyłam, że Igorek ma bardzo spuchnięte i zaognione lewe uszko. Zjedliśmy obiad. A potem chłopcy kąpali się w baseniku na tarasie.
17:30 - stwierdziłam, że stan uszka Igorka się nie poprawia. Więc pojechałam z nim do przychodni. Lekarz stwierdził, podobnie jak ja, że to najprawdopodobniej reakcja alergiczna na ukąszenie przez owada. Zalecił wapno, doustny lek antyhistaminowy oraz sterydową maść do smarowania.
Oczywiście w międzyczasie odbierałam kolejne telefony...
18. - wróciliśmy z Igorkiem do domu. Podałam mu wapno i posmarowałam uszko Fenistilem.
18:30 - zjawiła się agentka wraz z zainteresowanym mieszkaniem, którzy mieli się zjawić o 18:15. oboje mieli do mnie żal, że nie zamieściłam w internecie zdjęć mieszkania, bo pan oczywiście wyobrażał sobie, że 4 pokoje oznaczają 4 sypialnie, a nie: 2 sypialnie, 1 pracownię i 1 otwarty, przechodni salon. Oglądający, którzy umówili się ze mną na 18:30 nie pojawili się, ani nie zadzwonili.
19. - przyszli kolejni oglądający - 5 młodych osób, którym od wejścia powiedziałam, że salon jest przechodni, a w pracowni nie da się postawić łóżka. Niezrażeni tym chodzili po naszym mieszkaniu przez ponad 20 minut oglądając wszystko i dyskutując między sobą.
19:30 - podałam chłopcom kolację.
20. - odebrałam kolejne zakupy - na szczęście tym razem z dostawą do domu.
20:30 - zaczęłam kąpiel chłopców.
21:30 - chłopcy zasnęli.
23. - skończyłam gotowanie dla chłopców na jutro, pakowanie paczek na allegro oraz ogarnianie po ich posiłkach i zabawie.

W międzyczasie doszłam do wniosku, że chyba będę jednak zmuszona wyjechać nie wynajmując mieszkania i zostawić je jakiejś agencji nieruchomości na wyłączność. Bo chłopcy są coraz bardziej nerwowi przez te tabuny ludzi, które przewijają się dzień w dzień przez nasz dom... A poza tym, mamy tak napięty grafik, że nie mamy dosłownie kiedy wychodzić na spacer. Poza tym lada chwila zostaniemy odcięci od świata, bo rozwiązałam już umowy na telewizję, Internet i oba telefony.

Na jutro i na pojutrze udało mi się załatwić całodzienną opiekę nad chłopcami. Może zbankrutuję, ale przynajmniej pozałatwiam kilka spraw. W planach mam: zakup mebli do nowego mieszkania dla chłopców, fryzjera, wizytę w Urzędzie Skarbowym i na poczcie, zakup GPSa i nie pamiętam co jeszcze.

A ze smutnych wiadomości - nasza kotka Yakuza nie wraca do domu już od 3 dni...

Poza tym, coraz bardziej martwię się również tym, że pozbyliśmy się wszystkich oszczędności. Po zapłaceniu za przeprowadzkę pozostanie mi już tylko debetować konto - na szczęście mogę zrobić duży debet...

Brak komentarzy: