środa, 8 lipca 2009

I feel you

Dziś odebrałam paszporty bobasów. Które, nota bene, bardzo dają mi się we znaki - bobasy, nie paszporty. Rano - budzą się skoro świt, w ciągu dnia - marudzą, na spacerze - nie chcą iść na plac zabaw, wieczorem - nie chcą się kąpać (Olafek) ani myć zębów (Igorek), a w nocy - budzą się z płaczem. Podziwiam wszystkie samotne matki, choć i tak pewnie nie powinnam narzekać, bo mam córkę, która odkąd wróciła z Open'era, bardzo mi pomaga.

W ogóle mam szczęście - przez cały weekend mieszkała z nami moja cioteczna siostra. W ciągu dnia pomagała mi zajmować się chłopcami, brała ich na spacery, karmiła, bawiła się z nimi itd., a wieczorami gadałyśmy na tarasie. Nasz pierwszy, wspólny wieczór przeciągnął się do rana, dzięki czemu odkryłam, że moi sąsiedzi są jeszcze bardziej pokręceni, niż myślałam...

Tytułem wstępu: to bardzo spokojna okolica, zamieszkana przez klasę średnią - z jednej strony są 3 niskie bloki, a z drugiej ciąg połączonych segmentów. Ci, którzy mieszkają w blokach jeżdżą dobrymi samochodami (trafia się nawet Porsche), a ci, którzy mieszają w segmentach - jeszcze lepszymi. My odstajemy trochę od normy ze względu na wygląd. Ale tak naprawdę odstaje od niej tylko jedna rodzina, mieszkająca w bliźniaczym bloku na przeciwko. Składa się ona z jednej kobiety i trzech mężczyzn, a od niedawna również z kota. Więc po kolei. Kobieta drobna, z białymi włosami, w nieokreślonym wieku, wiecznie dźwigająca siatki z zakupami/worki ze śmieciami i czasem narzekająca z płaczem, że ktoś ją wyzywa - do niedawna żyłam w przeświadczeniu, że reprezentuje najstarsze pokolenie, ale moja kuzynka otworzyła mi oczy na to, iż najprawdopodobniej jest żoną i matką współlokatorów. Mężczyzna w średnim wieku, z dużym brzuchem, ubrany zwykle w krzykliwą pomarańczową koszulę, przechadzający się (z pustymi rękami) po osiedlu, bądź przesiadujący przed komputerem, raz na kilka tygodni urządza karczemne awantury wykrzykując przez kilka godzin (sic!) na całe osiedle niewyobrażalne wyzwiska pod adresem kobiety, pozostałych lokatorów i całego świata. Dwaj młodzi mężczyźni spędzający każdą chwilę przed monitorami, w przerwach jeden z nich spluwa przez okno, a drugi (od niedawna) wyprowadza kota na spacer. Mieszkańców segmentu vis a vis, o którym będzie mowa, nie kojarzę nawet z widzenia.

Wracając do wydarzeń ostatniego piątku. Siedzimy z kuzynką na tarasie, pijemy wino i rozmawiamy. Jest pierwsza w nocy. Jesteśmy naprawdę cicho i naprawdę same, nie licząc kota, który leniwie przechadzał się po tarasie, a potem zasnął na łóżku w salonie i chłopców, którzy grzecznie śpią w swoich łóżeczkach. Dzwoni domofon. O pierwszej w nocy (sic!). Odbieram i słyszę "Proszę pani, ja tam widziałem u Pani na tarasie kota, niech go Pani przegoni, bo to mój kot!". Wściekła odpowiadam, że na moim tarasie nie ma żadnego kota (zgodnie z prawdą) i że nie życzę sobie dzwonienia domofonem o tej porze, bo moje dzieci śpią. Na co słyszę "Ale ja go widziałem, to mój kot, niech Pani go przepędzi!". Na takie dictum odrzekłam, że zaraz wezwę straż miejską. I usłyszałam, że "Przecież pali się u Pani światło, Pani jeszcze nie śpi". Niemniej jednak rozmowa przez domofon się zakończyła. Ale wyżej opisany, gruby sąsiad z naprzeciwka zatrzymał się jeszcze pod moim tarasem, żeby zapytać, czy cierpię na ADHD.

Pomimo konsternacji po chwili wróciłyśmy z kuzynką do przerwanej rozmowy. Ale naszemu zdziwieniu nie było końca. O drugiej w nocy (sic!) na poddaszu przeciwległego segmentu zapaliło się światło, otworzyło się okno i pojawił się w nim tajemniczy pan z... kamerą. Pomajstrował przy niej przez chwilę, po czym zgasił światło i zniknął zostawiając ją włączoną, o czym informowała nas czerwona dioda. Dodam tylko, że kamera pracowała do świtu, kiedy to położyłyśmy się spać i do tej pory nie wiem, co ów pan filmował...

Brak komentarzy: