wtorek, 28 lipca 2009

it's a kind of magic

Chłopcy czują się już lepiej, choć obaj nadal mają katar, a Olafek dodatkowo kaszle. Ale mają też o wiele więcej energii i ciągle wymyślają nowe zabawy. Już wcześniej zachwycona podziwiałam ich interakcje, ale teraz przechodzą samych siebie. Olafek, który w dalszym ciągu nie mówi, od jakiegoś czasu, jeśli chce czegoś z innego pomieszczenia podchodzi do dorosłych, bierze ich za rączkę i prowadzi w interesujące go miejsce. Dziś wpadł na pomysł, że za rączkę można prowadzić również brata. I tak się prowadzali po całym mieszkaniu bardzo zadowoleni i dumni, szczególnie, gdy zauważyli, że Weronice i mi bardzo to się podoba. Igorek z kolei coraz częściej próbuje uspokajać brata, który jest furiatem - na przykład przynosząc mu smoczka, którego ten w złości wyrzucił, albo głaszcząc go w trudnych chwilach po głowie. Dziś przed snem, kiedy obaj jak zwykle tarzali się i skakali po dużym materacu w sypialni, Igorek kilkakrotnie podchodził do Olafka i mówił mu coś bardzo szybko i bardzo głośno, oczywiście w swoim języku, zanosząc się przy tym dzikim śmiechem (?). Bobasy mają również nową zabawę... w raczkowanie (!). Raczkują ramię w ramię, albo jeden za drugim skradając się wzdłuż ścian i bardzo się z tego cieszą. Ich interakcje obejmują również wymianę towarową: ponieważ najczęściej zabawka, którą właśnie wybrał brat, okazuje się być tą najbardziej pożądaną, coraz częściej zamiast ją sobie wyrywać, proponują inną na wymianę.

Odzyskali też swoje normalne apetyty. Na spacerze Igorek non-stop powtarzał "am am!". A kiedy po drodze na plac zabaw przechodziliśmy koło stoiska owocowo-warzywnego wpadli w szał i zmusili mnie do kupienia opakowania borówek kanadyjskich. Zjedli je całe na miejscu i tylko 2/3 opakowania zdążyłam przepłukać wodą, którą wzięliśmy z sobą do picia. Kiedy wróciliśmy do domu, zjedli po 3 duże kanapki, a następnie rzucili się na naszego dostawcę zdrowej żywności z dzikim okrzykiem "am am!" oczywiście i wyrwali mu siatki z zakupami. Potem skonsumowali jeszcze tofucznicę z kurkami starannie wybierając z niej tylko tofu.

Sypiają również lepiej, mimo iż już kilka dni temu skończyliśmy butelkę Sedalii, a nowej nie udało mi się kupić. Olafek niestety od jakiegoś czasu robi w nocy kupkę - co oczywiście go budzi, ale po umyciu, założeniu czystej pieluszki i podaniu nowego mleczka, zasypia. Dziś nawet umyłam im obu włosy... Oczywiście nie obyło się bez płaczu przy płukaniu głowy, ale i tak dość mężnie to znieśli. Jutro mam w planach obcięcie 40 paznokietków i będą jak nowi.

A ja właśnie skończyłam kolejny pracowity dzień. Rano spędziłam półtorej godziny (sic!) w Urzędzie Skarbowym, gdzie musiałam przekonać nie tylko panią w okienku, ale również ważną panią kierowniczkę, by łaskawie przyjęły moją deklarację formy opodatkowania za planowany wynajem mieszkania. Problem stanowiło dla nich to, iż nie podałam daty, od której rozpocznie się wynajem. Zdesperowana wytoczyłam ciężkie działa, mówiąc, iż wyjeżdżam za granicę z dwójką małych dzieci, a klucze do mieszkania mam zamiar zostawić agencji nieruchomości, by ta zajęła się wynajmem. Mogłabym postąpić jak większość wynajmujących w naszym, pięknym kraju, a mianowicie ukryć to przed Urzędem Skarbowym i podatku za ten najem nie płacić, ale chcę być w porządku wobec państwa, z którego emigruję, między innymi z powodów ekonomicznych, próbując dobrowolnie i z góry opodatkować się z tego tytułu i że to szkoda, że nikt mojej uczciwości nie docenia. Zapytałam również, czy Urząd Skarbowy pokryje bilety lotnicze moje i dzieci, bym mogła przylecieć do Polski specjalnie po to, by złożyć wyżej wymienioną deklarację, kiedy już znajdzie się najemca. Po takich argumentach, obie panie skwapliwie przyjęły moją deklarację. Szkoda tylko, że wszystkie trzy musiałyśmy stracić sporo czasu i nerwów, żeby osiągnąć ten konsensus (zwłaszcza, iż kilkakrotnie wcześniej upewniałam się, że tak właśnie należy postąpić w informacji podatkowej)...

Następnie udałam się, między innymi, do OBI, gdzie po raz pierwszy w życiu obsłużył mnie ktoś miły i kompetentny, Ów starszy pan chodził ze mną po wszystkich działach (sic!) rozmawiając i służąc pomocą. Stwierdził, iż to, że chłopcy regularnie demolują mieszkanie (wszystko, co kupowałam, służyło naprawie poczynionych przez nich zniszczeń), jest jedynie oznaką ich zdrowia i siły. Wróciłam do domu z nowymi kołkami rozporowymi do wyrwanego przez bobasy po raz n-ty wieszaka w kuchni, puszką do gniazdka telefonicznego, które wyrywają regularnie odkąd skończyli 9 miesięcy, papierem ściernym do wygładzenia zagipsowanej dziury, którą Olafek zrobił w ścianie sypialni i innymi drobiazgami. Jutro muszę tam jeszcze raz pojechać po flamaster do malowania odprysków na meblach, o którym dziś zapomniałam.

W drodze powrotnej odkryłam, że mamy na Ursynowie sklep Rossmanna, gdzie nabyłam (za radą agenta nieruchomości, z którym miałam przyjemność rozmawiać wczoraj) tak zwaną "magiczną gąbkę". Ów wynalazek ma służyć usuwaniu pozornie nieusuwalnych zabrudzeń - m. in. dziecięcych rysunków ze ścian. Oczywiście wypróbowałam to cudo na naszych ścianach już dziś (tzn. wczoraj, kiedy chłopcy poszli spać). Zużyłam dwie sztuki, które znajdowały się w opakowaniu. Efekt wydaje się zadowalający, ale będę pewna, kiedy ujrzę go w świetle dziennym - mam nadzieję, iż nie zmyłam przy okazji farby ze ścian... I od razu poprosiłam córkę, która nocuje dziś u koleżanki przy owym sklepie, by wracając do domu kupiła kolejne 10 sztuk - jeśli nie zużyjemy wszystkich tutaj, na pewno przydadzą się w Terrassie.

Dobre wiadomości (oprócz istnienia magicznej gąbki) są takie, że że mój ukochany już w najbliższy weekend przeprowadza się do nowego, wypasionego lokum, gdzie, wreszcie, będzie miał stałe łącze. Ja z kolei, zadzwoniłam dziś do UPC i dowiedziałam się, że jutro miano nam odłączyć Internet, telewizję i telefon i przesunęłam to na za miesiąc. Wreszcie będziemy mogli "normalnie" tzn. przez komunikator albo przez skype'a porozmawiać. Z kolei Era zaproponowała mi, mimo rozwiązania umowy abonenckiej, zachowanie mojego dotychczasowego numeru w Tak Tak, z czego oczywiście nie omieszkam skorzystać. Umówiłam się również z tatą Weroniki na pożyczkę, która pozwoli mi jeszcze przez chwilę nie debetować konta. A dzięki moim nieocenionym przyjaciołom mam namiary nie tylko na sprawdzonych agentów nieruchomości, ale również na tani transport mebli w obrębie Warszawy, bo oprócz organizacji przeprowadzki Weroniki do taty, czeka mnie również transport moich mebli z domu mojej mamy na Natolin (jeśli wynajmę mieszkanie z meblami lub zostawię je agencji nieruchomości), ewentualnie wywóz moich mebli do piwnic znajomych (jeśli wynajmę mieszkanie bez mebli)... A propos, jutro pokazuję nasze mieszkanie kolejnej agentce nieruchomości oraz rodzinie z trójką dzieci (może przynajmniej im nie będą przeszkadzać rysunki bobasów na ścianach...),

Brak komentarzy: