sobota, 25 lipca 2009

jaki masz plan na dzisiejszy dzień?

Kurcze, piszę posty na tego bloga już codziennie... Może dzięki nim mój mąż, z którym nie mam czasu rozmawiać przez komunikator za dnia i który wieczorami nie ma łącza, dowie się, co dzieje się w moim życiu?

Wczorajszy, pracowity dzień, zakończył się bardzo późno. Chciałam położyć się o pierwszej w nocy, ale wtedy Olafek obudził się po raz kolejny z jakiegoś sennego koszmaru i chciał wyjść z łóżeczka. Stwierdziłam, że wezmę go do siebie, do salonu. Nie mógł zasnąć do w pół do trzeciej mimo mleczka, przytulenia i zmiany pieluszki. Zresztą ja mu się nie dziwię... Jeśli nawet mnie denerwują te tabuny obcych ludzi przewalających się przez nasz dom, to co dopiero jego... W końcu oboje zasnęliśmy (po drugim, nocnym mleczku Olafka) i spaliśmy do kwadrans po ósmej. Wtedy ponownie się obudził i tym razem kategorycznie zażądał bajki - widział, że za oknem jest już jasno. Więc oboje wstaliśmy, obudziliśmy Igorka (niechcący) i rozpoczęliśmy nowy, fajny dzień.

Pani Bożena, która u nas sprząta, przyszła przed 9. zająć się chłopcami do planowanego przybycia ich niani o 18. Była bardzo entuzjastycznie nastawiona do tego zajęcia, choć, kiedy pojawiłam się w porze ich drzemki z zakupami, przyznała, że nie jest już tak łatwo zajmować się nimi jak kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy nie mieli jeszcze własnego (oczywiście każdy innego) zdania na każdy temat.

Korzystając z tej luksusowej sytuacji wybyłam z domu po dziesiątej rano i udałam się do mojej ulubionej fryzjerki, co zaowocowało nową, znacznie krótszą (do ramion). geometryczną fryzurą i oczywiście nowym, wibrującym turkusem na mojej głowie - z obydwu jestem bardzo zadowolona i moja fryzjerka chyba też, bo uwieczniła tę fryzurę na zdjęciu.

Potem pojechałam na pocztę, gdzie przesympatyczna sobowtórka Scarlett Johansson pomogła mi zapakować paczkę (!).

Następnie wizyta w rejonowym Urzędzie Skarbowym - oczywiście nie udało mi się załatwić tego, co planowałam, ale przynajmniej dowiedziałam się, jak to załatwić i moje auto nie zostało zwiezione za nieprzepisowe parkowanie.

Kolejnym punktem w moim planie dnia było odwiedzenie biura księgowości, które obsługiwało firmę mojego kochanego męża.

A potem relaks - umówiłam się z przyjaciółką w "Dzikim Ryżu" - nie dość, że fajnie (jak zwykle) pogadałyśmy, to jeszcze zafundowała mi bardzo suty posiłek, a następnie zgodziła się wybrać ze mną (mimo innych planów) do Ikei w Jankach. I całe szczęście, że tam ze mną pojechała - wspomogła mnie przy zakupach nie tylko merytorycznie, ale również fizycznie - dźwigając ciężkie paczki z łóżeczkami chłopców. Przy kasie najpierw okazałam przemiłemu, młodemu blondynowi za kasą kartę "Ikea Family", a potem moją kartę kredytową. Ów kasjer za moją namową kolejno próbował ściągnąć z wyżej wymienionej karty kwotę ponad 1200 zł. Ponieważ umówiłam się z nim, że będzie próbował co sto złotych trochę to trwało - czułam się jak w kasynie, kiedy wymieniał kolejne kwoty: tysiąc dwieście złotych, tysiąc sto złotych, tysiąc złotych... Kiedy doszedł do dwustu złotych i nadal pojawiał się złowieszczy napis "odmowa transakcji", wyjęłam moją kartę bankomatową , proponując, by ją obciążył całą kwotą i stwierdzając, że to świadczy o tym "jak bardzo nie panuję nad moimi finansami". Co skwitował z uśmiechem: "Jak typowa kobieta". Na szczęście przynajmniej za transport łóżeczek na Ursynów udało mi się zapłacić kartą kredytową. Przy okazji dowiedziałam się, że ewentualne reklamacje powinien rozpatrzyć każdy sklep Ikei- również ten w Barcelonie.

Do domu wróciłam o w pół do jedenastej - w sam raz, by spotkać się w drzwiach z naszą super-nianią, która właśnie wychodziła do domu zmieniona przez Weronikę. Umówiłyśmy się na jutro, bo dziś nawet nie zdążyłam obejrzeć GPSów, a poza tym jutro od rana czekamy na transport łóżeczek chłopców z Ikei i na wizytę pana złotej rączki.

A właśnie, zapomniałam napisać, że w ciągu dnia, jak zwykle odbierałam dziesiątki telefonów, smsów i e-maili m. in, od - od pana "złota rączka"; od 2 młodzieńców, którzy oglądali nasze mieszkanie i jednak nie zdecydowali się na jego wynajęcie, ale "bardzo chętnie się nim zaopiekują"; od agentki nieruchomości, która wydaje mi się coraz bardziej sensowną kandydatką do podpisania umowy na wyłączność; od przemiłych znajomych, których córka właśnie skończyła roczek i od dwóch firm zajmujących się międzynarodowymi przeprowadzkami, których szacunki różniły się o ponad 4 tys. euro (sic!).

I jeszcze jedna refleksja: podczas spotkania z moim rodzeństwem, (które mnie totalnie ignorowało) u notariusza cały czas robiłam zazen, a po dokonaniu wartej 600 tys. zł darowizny na ich rzecz (za którą, rzecz jasna nie usłyszałam nawet "dziękuję!"). poczułam przysłowiowy "kamień z serca" - tego dnia wypiłam 3 litry wody oligoceńskiej (sic!) i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poszłam spać bez homeopatycznych wspomagaczy i spałam ciągiem 6 godzin! Ciało zwykle jest mądrzejsze od głowy...

Brak komentarzy: