środa, 15 lipca 2009

the sun always shines on tv

Wreszcie czuję, że przyszło lato - na tarasie jest cieplej niż w domu, mimo nocnej pory, i od trzech dni wieczorami słychać świerszcze. Niestety mamy również plagę komarów - aż strach przechodzić koło lasku przy metrze. Ale cieszę się, bo dzięki tej aurze bobasy mogą codziennie pluskać się w swoim baseniku na tarasie. Przez to, że biegają po domu nago, zdarza im się nasiusiać lub (dziś pierwszy raz) zrobić kupkę na podłodze w salonie, o czym niestety informują mnie, wielce skonfundowani, po fakcie, ale najważniejsze, że dobrze się bawią. A trening czystości odkładam na czas po przeprowadzce.

Po obniżeniu ceny już 3 osoby umówiły się ze mną na jutro na oglądanie mieszkania. Mam nadzieję, że coś z tego wyniknie. Odbyłam dziś długą rozmowę telefoniczną w sprawie wynajmu z informacją podatkową i wiem już jaką opcję rozliczania powinnam wybrać, co nie zmienia faktu, że jestem przerażona tym, że sama mam ten podatek wyliczać - do tej pory zawsze robili to za mnie księgowi.

Dziś udało mi się załatwić wszystko, co zaplanowałam. Auto zostawiłam u mechanika (dowiadując się przy okazji, że moje zimowe opony mają 6 mm bieżnika). Wysłałam też list (prawdziwy, na papierze - może dzięki mnie sztuka epistemologii jednak przetrwa?) do męża za jedyne 3 zł - priorytetem, który będzie szedł około tygodnia - gwoli wyjaśnienia dodam tylko, że jedyną szybszą opcją był Pocztex za 130 zł (!). Byłam też na super masażu Lomi Lomi. Pani Lidka - masażystka nie omieszkała mi przy okazji opowiedzieć jaka cudowna jest Barcelona (była tam dwukrotnie) i jacy serdeczni i otwarci są Katalończycy. Mam nadzieję, że już niedługo będę miała okazję sama się o tym przekonać...

Chyba dlatego, że wyjeżdżam, coraz więcej spraw tutaj mnie denerwuje... Dzwoniłam dziś do Wojewódzkiego Centrum Stomatologii, żeby dowiedzieć się, na którą godzinę mam przyjechać tam w piątek z Igorkiem, niesympatyczna asystentka nie raczyła mnie poinformować, bo jak stwierdziła "pracuje z innym lekarzem, a numery się zmieniły". Na całodobowej poczcie koło nas - jak zwykle gigantyczna kolejka - 32 osoby przede mną (sic!). Gorąco, w związku z czym drzwi otwarte na oścież, a że poczta jest rzęsiście oświetlona w środku kłębią się komary. Więc siedziałam tam przez ponad pół godziny w bluzie z długim rękawem. W międzyczasie miałam okazję obserwować dwudziestokilkuletnią pannę z ogromnym krzyżem na szyi - poza krzyżem miała na sobie bardzo wydekoltowaną i bardzo krótką, czarną sukienkę odsłaniającą bardzo pryszczate nogi i na domiar złego wyjęła z torebki tamborek i zaczęła haftować krzyże i lilijki, a kiedy to się jej, najwidoczniej, znudziło, wyjęła z torebki "Frondę" i zaczęła ją czytać demonstracyjnie śmiejąc się i kiwając głową. Swoją drogą - co może być śmiesznego we "Frondzie"? W końcu, wysławszy list, spocona i pogryziona przez komary dotarłam do domu. I co widzę? Na naszej klatce wisi ogromne ogłoszenie o tym, że gmina jednak nie chce wybudować obiecanego placu zabaw i boisk na pustym terenie oddzielającym nasze bloki od metra, bo woli postawić w tym miejscu bloki mieszkalne. Nie rozumiem, po co trzykrotnie podpisywałam petycję w tej sprawie? Teraz zostałam zaproszona, tak jak wszyscy mieszkańcy, na sesję rady gminy, tylko ciekawe jak mam się tam wybrać z dwoma bobasami akurat w porze ich drzemki?

Z dobrych wiadomości - mamy już zaklepane mieszkanie w miasteczku pod Barceloną o wdzięcznej nazwie Terrassa - duże, piękne i z tarasem - jak sama nazwa wskazuje. Na dodatek w bardzo fajnej okolicy - cichej, ale blisko centrum i z kilkoma placami zabaw dookoła. Jeden z tych placów to tak zwany plac "progresywny", co oznacza ni mniej ni więcej, że można zamówić sobie kawę i siedzieć przy niej patrząc, jak dzieci się bawią - czyli to, czego mi zawsze w Warszawie brakowało! Dodam jeszcze tylko, że już od kilku osób słyszałam, że widok dzieci bawiących się na placu zabaw o pierwszej w nocy (sic!) nie jest w okolicach Barcelony niczym dziwnym. Jednym słowem - żyć nie umierać.

Dzisiaj wreszcie dotarło do mnie, że chłopcy mimo, iż właściwie nie mówią, bardzo dużo rozumieją. Paradoksalnie do tej pory łączyłam zdolność wypowiadania się ze zdolnością pojmowania. Do tej pory wydawało mi się również, że skupione "Mhm, mhm!" Igorka padające w odpowiedzi na moje wyjaśnienia są tylko pro forma. Ale dziś przyjrzałam się dokładniej reakcjom chłopców na telewizyjne bajki. Biją brawo za każdym razem, gdy ktoś komuś pomoże, albo gdy bohater dokona jakiegoś bohaterskiego wyczynu. Olafek denerwuje się i krzyczy, kiedy tylko któryś z bohaterów znajdzie się w niebezpieczeństwie. Igorek natomiast podśpiewuje piosenki z bajek; a dziś założył czapeczkę "Noddiego" (z dzwoneczkiem) i śmiejąc się nucił melodię z serialu (!). Wnioski: zwracać baczniejszą uwagę na treści bajek (mimo, iż teoretycznie są przeznaczone dla najmłodszych) i jeszcze więcej tłumaczyć oraz opowiadać bobasom. Zresztą już teraz chłopcy pamiętają, że tata poleciał daleko i przypominają sobie o nim za każdym razem, kiedy słyszą przelatujący samolot...

Brak komentarzy: