sobota, 18 lipca 2009

when the rain begins to fall

Dziś Warszawa zadziwiła mnie po raz kolejny. Rano było przepięknie, a ponieważ miałam parę rzeczy do załatwienia na mieście, zadzwoniłam do mechanika spytać, czy moje auto jest już gotowe. Miało być za pół godziny, więc postanowiłam dotrzeć po nie komunikacją miejską i spacerkiem - inaczej się nie da, bo mechanik mieszka na skraju Wilanowa prawie pod elektrociepłownią Siekierki. W planie miałam metro i 3 autobusy po kolei.

Kiedy wysiadłam z metra na stacji Służew powitał mnie ten sam, co zwykle od około roku, przewiercający się przez mózg pisk (kto odwiedzał w ciągu ostatnich miesięcy tę stację, wie o czym mówię), a potem tłum ludzi czekających przy wyjściu z metra. Na zewnątrz ulewa. Nie miałam wprawdzie parasola, ale miałam kurtkę ze sztucznej skóry, więc odważnie ruszyłam do autobusu. Jednak, kiedy do niego wsiadłam, zdałam sobie sprawę, że chyba nie był to najlepszy pomysł, przez drzwi otwierające się na kolejnych przystankach widziałam ludzi brnących w płynącej ulicami wodzie, która sięgała im do kolan (sic!) oraz spore bryłki gradu. A autobus wiózł mnie coraz dalej od domu... Na dodatek kierowca strasznie szarpał, a kiedy jedna z przewracających się pasażerek zwróciła mu uwagę, zatrzymał pojazd, wyszedł z szoferki i stwierdził, że wobec tego on nigdzie dalej nie jedzie. Byłam w takim szoku, że wybuchnęłam głośnym śmiechem. Po trwającej kilka minut dyskusji z pasażerami zgodził się jednak kontynuować kurs. Kiedy nadeszła pora mojej drugiej przesiadki przeszłam przez skrzyżowanie i to wystarczyło, żeby moja nieprzemakalna kurtka przemokła na wylot, podobnie jak jeansy, trampki, skarpetki, top, a nawet majtki. Wsiadłam w kolejny autobus, a potem wysiadłam i szłam powoli, bo szybko się nie dało w strugach deszczu i w ciężkim, sztywnym i oblepiającym ciało ubraniu, nie widząc dokąd idę, bo woda dosłownie zalewała mi oczy (pierwszy raz cieszyłam się, że się nie maluję, ani nie nakładam nic na włosy, bo dzięki temu miałam w oczach tylko piekącą mieszaninę kremu z deszczówką).

W końcu schroniłam się w pełnej ludzi sali bankomatowej PKO SA, gdzie wybrałam pieniądze na naprawę i skąd zadzwoniłam zdesperowana do mojego mechanika. Jego syn zjawił się w ciągu kilku minut moim autem, którego siedzenia przewidująco okrył folią. Autko ma 2 nowe tarcze hamulcowe, nowe klocki, nowy filtr oleju, paliwa i 2 filtry klimatyzacji, ale choć chodzi jak marzenie, jechałam nim do domu godzinę, bo: korki, objazdy, zepsuta sygnalizacja, gigantyczne kałuże i unieruchomione przez ulewę auta.

Kiedy w końcu dojechałam na Ursynów okazało się, że mam niecałe 2 godziny, żeby dotrzeć z Igorkiem na Powiśle na lakowanie ząbków, a metro nie działa. Pamiętając o korkach i kałużach postanowiłam wezwać taksówkę i dobrze zrobiłam, bo dotarliśmy na miejsce w 3 kwadranse dzięki temu, że taksówkarz nie tylko wynajdował niesamowite objazdy, wpychał się przed innych kierowców (dlatego właśnie nie lubię taksówkarzy...) i wjeżdżał w bardzo głębokie kałuże, ale również nie unikał chodników, tam, gdzie jezdnia była kompletnie zalana. Sama nigdy nie zdobyłabym się na taką brawurę...

Do domu wróciliśmy z Igorkiem o siódmej. Akurat w porę, żeby położyć oba bobasy spać i objechać 3 pobliskie markety w poszukiwaniu preparatów przeciw komarom. Oczywiście wszystkie przeciwkomarowe wtyczki do kontaktów zostały wykupione. W akcie desperacji nabyłam więc przeciwkomarową świecę ogrodową - na taras, takiż wkład do wtyczki i urządzenie aromatyzujące mieszkanie marki Ambi Pur. W tym ostatnim umieściłam mieszankę, mam nadzieję, że nie wybuchową, zapachu antynikotynowego i preparatu przeciw komarom i podłączyłam. Śmierdzi w całym salonie i na korytarzu, a komarów jakby trochę mniej...

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

:) :) :) ale numer z kierowcą autobusu !!! a sąsiad kamerzysta - szok :) :) :)
i blog Twój nigdy nudny nie jest, super się czyta, no a dzieci rozumieją duuużo, zaskakująco dużo, czasem mi się wydaje, że specjalnie nie chcą mówić, żeby się nie wydało ile już wiedzą... ;)

monika

dkf pisze...

dzięki :D