wtorek, 14 lipca 2009

with a little help from my friends

Właśnie mija północ, a ja zaczynam się relaksować po kolejnym, pracowitym dniu - lepiej późno niż wcale.

Ha, ha, Oczywiście przypomniałam sobie o nastawieniu ogórków na małosolne i odpisaniu na maile i zrobiła się za kwadrans pierwsza. Ale nic to - najważniejsze, że dziś (odpukać) chłopcy śpią spokojnie. Wczorajsza noc była naprawdę masakryczna - Olafek nie spał do w pół do dwunastej i nie tylko nie spał, ale był w totalnej histerii - dwukrotnie wyskoczył górą ze swojego łóżeczka (sic!) na szczęście na nasz materac leżący na podłodze. W końcu uśpiłam go przytrzymując na siłę w pozycji leżącej i opowiadając bardzo długo kto już śpi, bo Olafek niestety nie toleruje ostatnio kołysanek. Te wydarzenia obudziły w końcu Igorka, który wprawdzie nie próbował z łóżeczka uciekać, ale po kolejnych przewijaniach i wypiciu kolejnych butelek mleczka, zaczynał zawodzić. W końcu o drugiej w nocy (sic!), stwierdziłam, że dłużej tego nie zniosę - sama się położyłam i wzięłam go do swojego łóżka w salonie. Trochę to potrwało zanim pogodził się z faktem, że wszystkie światła są wyłączone i mama, siostra, braciszek, kotek oraz telewizorek z bajkami już śpią. Dawno nie czułam się tak bezradna jak zeszłej nocy...

Oczywiście moje nadzieje na to, że dziś bobasy pośpią dłużej okazały się płonne. Chłopcy wstali o 9. w świetnych humorach. Postanowiłam jednak zastosować nową taktykę. Położyłam ich wcześniej niż zwykle na drzemkę - spali już kwadrans przed południem i zamiast wieczornego spaceru dałam im bardzo dużą kolację, którą pochłonęli w całości i domagali się jeszcze dokładek. A zamiast dzikich skoków na materacu po kąpieli było dużo przytulania - ja przytulałam Olafka a Weronika - Igorka. I... zasnęli przed dziewiątą.

Dzisiejszy dzień upłynął mi na pakowaniu i sortowaniu dokumentów oraz kolejnych książek z biblioteczki, a właściwie z jej środkowej części, bo zostały jeszcze dwa skrzydła. Bardzo pomogła mi w tym córka (zresztą w ogóle nie wiem, co bym bez niej zrobiła), dzięki czemu podyskutowałyśmy trochę o naszych gustach literackich. Poza tym udalam się do notariusza w celu uregulowania kwestii majątkowych z moją rodziną pochodzenia, która, delikatnie rzecz ujmując, bardzo na to przed moim wyjazdem naciska... Potem wytaszczyłam z tarasu komplet zimowych opon (przecież nie przydadzą mi się w Hiszpanii) i desperacko próbowałam je sprzedać u pobliskich wulkanizatorów. Lipiec okazał się nie być najlepszą porą na sprzedawanie zimowych opon. Ostatecznie wtaszczyłam je z powrotem do mieszkania (nie mamy piwnicy), sfotografowałam i wystawiłam na allegro jako moją 17. (sic!) i mam nadzieję, ostatnią aukcję. Jakbym nie miała dość odpowiadania na pytania o łączne koszty przesyłki, wypełnienia w Mei Tai'ach itp... Teraz odpowiadam na pytania o głębokość bieżnika...

Ale, jakby nie patrzeć, po kolei skreślam punkty na mojej liście spraw do załatwienia przed wyjazdem. Jutro zawożę auto na przegląd przed moją długą wyprawą. W piątek jadę z Igorkiem na ostatnie lakowanie jego ząbków. Obniżyłam dziś cenę wynajmu mieszkania na dwóch serwisach ogłoszeniowych i próbowałam wypromować je jako ogłoszenia "premium", co udało mi się tylko na jednym. Ponadto udzieliłam wywiadu dziennikarce "Życia Warszawy", co zaowocowało tym oto artykułem:
m. in. o moim secondhandzie

Ponieważ w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że odkąd wyjechał mój ukochany. moje życie stało się nieustającym kieratem obowiązków, postanowiłam zadbać o higienę psychiki oraz ciała i zaczęłam spotykać się z przyjaciółkami oraz odwiedzać kosmetyczkę. Rady moich przyjaciółek okazały się niezwykle cenne, a kosmetyczka pomalowała moje paznokcie na atramentowo, co na kilka dni wprawiło mnie w świetny humor (niestety dzisiejsze noszenie opon i szorowanie garnków, które nie zmieściły się w zmywarce, zniweczyło jej trud). A jutro, korzystając z wieczornej obecności naszej super niani, wybieram się na masaż Lomi-lomi, który już nie raz pomógł mi przetrwać ciężkie chwile.

Właśnie dotarło do mnie, że chyba mój blog staje się nudnym opisem moich obowiązków i tego, jak sobie z nimi radzę...

Brak komentarzy: