środa, 26 sierpnia 2009

speak my language

Dziś jest specjalny dzień, a mianowicie urodziny mojego kochanego męża. Z tej okazji chciałam mu upiec pierwszy raz w życiu domowy chleb. Maszynę do tegoż marki Moulinex przywiozłam z Polski, mąkę również. Poprosiłam zaawansowaną w pieczeniu znajomą o prosty przepis i błyskawicznie mi pomogła. Chlebek miał być drożdżowy, bom nieobeznana w temacie. Drożdże po poprzednich lokatorach znalazłam w naszej kuchni, ale kiedy sprawdzałam ich datę ważności przeczytałam na opakowaniu, że są to "drożdże chemiczne", które nie zawierają drożdży tylko proszek do pieczenia. Czym prędzej pobiegłam do pobliskiego sklepu, gdzie zapytałam o drożdże - na półce stały 3 rodzaje - wszystkie "chemiczne" (!). Więc z chleba nici... Nastawiłam natomiast zakwas żytni według wskazówek mojej znajomej i czekam do jutra.

Dziś również zalegalizowaliśmy pobyt mój i chłopców w Hiszpanii wyrabiając nam numery NIE, będące odpowiednikiem polskiego PESEL i NIP dla obcokrajowców. Numery te dostaliśmy właściwie od ręki - cała procedura trwała może 40 minut, bo w trakcie trzeba było wyjść z komisariatu policji do banku, żeby za nie zapłacić. Jak skwitował to mój ukochany "Hiszpanie są mistrzami w tworzeniu biurokracji, ale całkiem nieźle sobie z nią radzą". Oczywiście przemiły, słuchający w pracy Manu Chao policjant, który te numery obcokrajowcom wydaje, zapytany przez nas, czy mówi po angielsku, odpowiedział "a bit" i to było jedyne, co od niego po angielsku usłyszeliśmy... Cały czas mówił po katalońsku z hiszpańskimi wstawkami.

Natomiast urzędniczka w banku, pobierająca opłaty za wydanie numerów NIE, poprosiła o numery NIE wpłacających (!). Zresztą wszystko tutaj działa na podobnej zasadzie - obsługa klienta firmy Telefonica (największego dostawcy Internetu, telefonii i telewizji kablowej) rozwiązuje na problemy z Internetem jedynie na chacie, a problemy z telefonem tylko i wyłącznie przez telefon. Ciekawe, co robią, jeśli komuś zepsuje się telewizja?

Hiszpanie, a właściwie Katalończycy, naprawdę nie znają żadnych języków obcych nawet w stopniu podstawowym, mimo, iż teoretycznie uczą się ich już od przedszkola. Już dwukrotnie zdarzyło mi się, że odebrałam nasz domowy telefon i kiedy na zalew hiszpańskiej mowy, odpowiedziałam, że mówię jedynie po angielsku i francusku, osoba po drugiej stronie rozłączyła się bez słowa (!). W jednym przypadku był to, jak się później okazało, telefon z urzędu miasta. Po około dwóch godzinach zadzwoniono do mnie ponownie i tym razem była to osoba płynnie mówiąca po francusku. Byłam w szoku, bo po raz pierwszy usłyszałam tutaj kogoś takiego. Ona również była w szoku, kiedy dowiedziała się, że mimo, iż rozmawiam z nią po francusku nie jestem Francuzką tylko Polką. Podobny tok myślenia zaprezentowała rodzina, którą spotykam w sąsiedztwie - ponieważ rozmawiałam z nimi dwukrotnie po angielsku, byli święcie przekonani, że jestem Angielką. Może powinnam zacząć mówić do wszystkich po polsku?

Na skutek takich i im podobnych wydarzeń zaczynamy z mężem zachowywać się jak typowi, polscy emigranci - a mianowicie - narzekać na autochtonów i obyczaje panujące w goszczącym nas kraju. A jest to zachowanie, które zawsze bardzo krytykowałam...

shiny, happy people

Dziś będzie o bobasach w Hiszpanii. Bobasy chyba bardzo dobrze się tu czują, ponieważ ich życie kręci wokół spacerów i jedzenia.

Kiedy przybyłam na miejsce byli już uzależnieni od gazpacho, które kupuje się tu w kartonach (!) w niezliczonej ilości wariantów smakowych, regionalnych itp. Uwielbiają również oliwki, które im reglamentuję, ze względu na zawartość soli. Chcieliby również na okrągło jeść jogurty sojowe, które nie dość, że znacznie tańsze niż w Polsce, są tutaj dostępne w każdym supermarkecie w wielu smakach (nawet firmy Danone). Z dostaniem mleka ryżowego i sojowego także nie ma tu problemu. Poza tym testujemy mnogość miejscowych owoców - dziś na podwieczorek zjedli pół świeżego ananasa i 2 paraguayo (nie wiem jeszcze jak nazywa się ten owoc po polsku, ale wygląda jak spłaszczona brzoskwinia z białym miąższem i jest bardzo smaczny). O wyborze tutejszych warzyw nie wspominam, bo sama nie wiem, jak większość z nich przyrządzić... Na razie kupuję tylko te, które znam z Polski.

Jeśli chodzi o spacery, to bobasy są przeszczęśliwe, a ja trochę mniej... Każdy spacer oznacza tutaj po pierwsze, składanie wózka tak, by zmieścił się do windy (i nie mówię tu tylko o naszym bloku, ale również o stacji kolejowej, sklepach itd.), a po drugie, bezustanne lawirowanie owym wózkiem w dół i w górę po stromych uliczkach Terrassy. Powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać, jak również do faktu, że wiele sklepów i urzędów po prostu nie ma podjazdów, albo je ma, ale są one zakończone obrotowymi drzwiami, w których bliźniaczy wózek nie ma szans się zmieścić. Natomiast place zabaw są tutaj nieodmiennie otwarte ze wszystkich, możliwych stron - na kawiarnie, sklepy i ulice (sic!). Zwykle składają się z kilku huśtawek i przy odrobinie szczęścia - zjeżdżalni (nie widziałam jeszcze żadnej piaskownicy). Ponieważ roślinność (a co za tym idzie cień) jest na nich śladowy, rodzice z dziećmi okupują je głownie w godzinach przedpołudniowych, albo od osiemnastej do wczesnych godzin nocnych.

Wiem, że to truizm, ale Hiszpanie są o wiele bardziej wyluzowani od Polaków. Siedzą sobie w knajpkach popijąc wino, a ich dzieci grzecznie czekają w tym czasie w wózkach, czasem podjadając chipsy (autochtoni wydają się nie przejmować zasadami zdrowego żywienia). Nasi chłopcy na tle hiszpańskich dzieci wydają się bardzo głośni i ekspansywni. Nie usiedzą w "zaparkowanym" wózku ani chwili i wszędzie ich pełno - wbiegają z impetem do okolicznych sklepów i kafejek, moczą się cali (zwłaszcza Igorek) w fontannach. Na szczęście Hiszpanie bardzo lubią dzieci i wszędzie słyszę tylko "guapo/guapos" ("ładny/ładni")...

W naszym, nowym domu bobasy nieustannie kuszą przełączniki światła, dzwonki, włączniki rolet, klamki itp. zamontowane dokładnie na ich poziomie, ale pracujemy nad tym... Jeśli zaś chodzi o spanie, to pierwszych 6. spędzonych na materacu zrobiło swoje - bobasy grzecznie śpią w swoich, "dorosłych", otwartych łóżeczkach. Jedynym problemem było to, iż Olafek w środku nocy przetaczał się na łóżeczko braciszka i obejmował go czule - może nawet zbyt czule, bo zwykle kończyło się to płaczem Igorka... Od dwóch dni ich łóżeczka są odsunięte od siebie i chłopcy śpią lepiej.

środa, 19 sierpnia 2009

in this strange land

Może zacznę od tego, że tego posta piszę leżąc na leżaku (jak sama nazwa wskazuje) na dużym tarasie w Terrassie (jak sama nazwa wskazuje) na ostatnim piętrze 4-piętrowego nowego domu. Komputer wpięty do gniazdka na tarasie, mamy tu też lampy oraz zlew z zimną i ciepłą wodą oraz takiż prysznic (oba z bateriami ładniejszymi niż w warszawskim mieszkaniu). Do tego komplet nowoczesnych mebli tarasowych - 2 leżaki, mały stolik, duży stół i 4 krzesła oraz oczywiście parasol przeciwsłoneczny.

Całe nasze nowe mieszkanie jest tak wypasione, że choć wcześniej widziałam jego zdjęcia w sieci, szczęka mi opadła... Z tego, co zdążyłam się zorientować oglądając sklepowe wystawy, odzwierciedla ono najnowsze trendy hiszpańskiego designu: białe i szare ściany, a do tego minimalistyczne białe i czarne dodatki plus jasne drewno, takież kafelki, lastryko i terakota oraz inoks. W podobnym stylu utrzymana jest również klatka schodowa, utrzymywana w nienagannej czystości - wręcz pachnąca - wczoraj spotkałam pod naszymi drzwiami dziewczynę, która myła podłogę pod naszą wycieraczką (sic!). Właściciele musieli być nastawieni na seks, bo z sypialni prowadzi troje drzwi: jedne - do przechodniej pracowni i dalej na schody w dół, drugie - na taras, trzecie do łazienki z dużą wanną, nastrojowym światłem, świecznikami i kompletem świec zapachowych, a poza tym w sypialni, w której króluje ogromne łoże, jest dosłownie kilkanaście (!) wariantów oświetlenia. Nie ukrywam, że bardzo mi się to wszystko podoba. Na dolnym piętrze mamy: kuchnię - fajnie wyposażoną, choć mniejszą niż na Ursynowie, ale za to zamykaną przesuwnymi drzwiami; pokój chłopców, łazienkę z prysznicem oraz salon z dużym oknem i drzwiami balkonowymi, za którymi jednak nie ma balkonu tylko metalowa barierka, co nie przeszkadza oczywiście bobasom zamykać się na zewnątrz, bo spokojnie mieszczą się między ową barierką, a przeszklonymi drzwiami. Te minimalistyczne i modne wnętrza chwilowo zostały zepsute ogromną ilością worków i kartonów, które przywiozła nasza firma przeprowadzkowa. Mam nadzieję rozpakować się do końca w najbliższym czasie, choć przyznaję, że wielu rzeczy powinnam była pozbyć się jeszcze w Warszawie...

Kolejnym, wielkim plusem z mojego punktu widzenia jest pogoda - temperatura w ciągu dnia nie przekracza 40. stopni, a w nocy waha się około 20. i przy tym powietrze nie jest takie suche, jak na przykład w krajach arabskich - często wieje wiatr, więc jest czym oddychać. Nie używamy klimatyzacji, ale ponieważ mieszkanie jest zwrócone na południe zasłaniamy częściowo rolety w ciągu dnia. Kilka razy zdarzyło mi się spacerować w ciągu sjesty - było gorąco, ale w cieniu całkiem przyjemnie. Dzięki temu klimatowi tutejsza flora jest naprawdę imponująca - wiele roślin (których nazw oczywiście nie znam), a które w Polsce są roślinami doniczkowymi, tutaj osiąga rozmiary drzew (np. te o owalnych, sztywnych, błyszczących z jednej strony liściach (?)); poza tym rosną tu palmy. Jeśli zaś chodzi o faunę - z moich ulubionych jej przedstawicieli spotkałam tu już naprawdę dużą jaszczurkę, chodzącą wieczorem po ścianie pobliskiej kamienicy oraz nietoperze. Kotów brak - szczerze mówiąc - nie spotkałam jeszcze ani jednego (?!).

Nasza miejscowość - Terrassa, okazała się być całkiem duża - ma własne wyższe uczelnie, teatry, muzea itp. Mieszkamy tuż przy rambli (tzn. głównej ulicy, której środkiem biegnie chodnik oddzielony z obu stron drzewami od jezdni). Niedaleko bije serce miasta - stary rynek i sieć wąskich, głównie pieszych uliczek oraz placów i placyków, a wszystko to położone na mniej lub bardziej stromych pagórkach. Jest też dużo fontann, które uwielbiam, a tam gdzie ich nie ma, są pompy, pod którymi mamy myją swoje umorusane pociechy. Moje pierwsze wrażenie jest takie, że dominuje tu architektura otwarte - nie widziałam jeszcze ani jednego zamkniętego osiedla, ba, nawet ani jednego zamkniętego placu zabaw (!).

Jeśli chodzi o Barcelonę, to byłam tam dotychczas tylko raz - na fieście dzielnicy Gracia. Tłumy ludzi bawiących się, również w nocy, na ulicach, muzyka grana na żywo, dekoracje (urzekła mnie uliczka w stylu "Alicji z Krainy Czarów"), dużo hałasu i sztucznych ogni - jednym słowem - szok kulturowy... Potem przeszliśmy się przed pierwszą w nocy tamtejszą ramblą, na której oczywiście pełno było turystów i miejscowych i miałam okazję zobaczyć m.in. 10. centymetrowego karalucha biegnącego ulicą - brrr, dobrze, że tam nie mieszkamy. Ale muszę przyznać, że Barcelona jest wyjątkowo piękna - pełna secesyjnych kamieniczek - trochę (z braku lepszych porównań) przypomina mi Lizbonę, jednak jest pozbawiona jej głębokiej melancholii...

W Terrassie życie nocne zamiera około 2. w nocy - jest naprawdę cicho i spokojnie. Wszystko płynie spokojnie utartym trybem, który nakazuje w sierpniu wyjechać na wakacje... Za przykład mogę podać moją wizytę w sklepie ze zdrową żywnością. Po obejrzeniu całego asortymentu spytałam przemiłą sprzedawczynię, czemu nie mają tofu, albo innych rzeczy na kanapki. Odpowiedziała, że oczywiście zwykle je mają, ale właśnie zepsuła się lodówka. Zapytana, kiedy lodówka zostanie naprawiona i uzupełnią asortyment, odpowiedziała z uśmiechem, że za jakieś 2 - 3 tygodnie (sic!). Początkowo nie chciałam jej uwierzyć i pomyślałam, że pomyliła angielskie tygodnie z dniami, ale z uśmiechem zapewniła mnie, że naprawdę chodzi o tygodnie, bo przecież jest sierpień i wszyscy są na wakacjach...

czwartek, 13 sierpnia 2009

drive, driven

Moja samotna podróż przez Europę trwała zaledwie 2 doby. Okazało się, że Terrassa nie jest znowu aż tak daleko od Warszawy - około 2 tysięcy 400 km, co oznacza niecałą dobę jazdy. Jednak ze względów bezpieczeństwa oraz dlatego, iż wiedziałam, że po przyjeździe nie będzie mi dane odpocząć, rozplanowałam tę podróż bardzo ostrożnie.

Pierwszego dnia wyjechałam po południu z Warszawy do Janek, gdzie zrobiłam ostatnie zakupy i zjadłam pożegnalny obiad z dwiema przyjaciółkami. I dopiero, kiedy mi pomachały i wyruszyłam trasą katowicką w kierunku Wrocławia (było przed 17.), poczułam, że zaczynam podróż. Tego dnia prowadziłam zaledwie niecałe 6 godzin, ponieważ bardzo dawno nie jechałam w długą trasę i postanowiłam powoli się przyzwyczajać. Dzięki moim niezastąpionym przyjaciołom miałam zapas gum do żucia, zimnych napojów i płyt oraz rezerwację w luksusowym (choć całkowicie pozbawionym wegańskich dań) hotelu "Niebieski Burak" blisko niemieckiej granicy. Ponieważ jechałam bez GPS-a tuż za Wrocławiem zjechałam z trasy, na szczęście szybko się zorientowałam. I tak naprawdę był to jedyny w całej mojej podróży moment, kiedy się zgubiłam. Do hotelu dotarłam około 23. Przed snem zdążyłam jeszcze skonsumować ogromną porcję frytek i nauczyć się obsługi mojego GPS-a (proszę się nie śmiać, dla mnie takie rzeczy nie są oczywiste, a wręcz przeciwnie - są wielce stresujące).

Następnego dnia, również z godnie z moim nienapiętym planem, wyruszyłam w dalszą trasę około południa. A droga z dnia na dzień stawała się piękniejsza. Pierwszego wieczora oczywiście jak zwykle urzekł mnie przepiękny Wrocław ze swoimi kutymi wiaduktami i brukowanymi ulicami. Drugiego dnia po raz pierwszy w życiu przejeżdżałam przez Bolesławiec i oczywiście miałam ogromną ochotę wstąpić do firmowego sklepu i zaopatrzyć się w tamtejszą ceramikę - dodatkowo zachęcana świetną kampanią reklamową na billboardach. Jednak dzielnie oparłam się pokusie. Po raz pierwszy od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej przekraczałam granicę w tym miejscu - pamiętając jeszcze - jak swego czasu trzeba było zatrzymywać na przejściu samochód i okazywać dokumenty, a czasem nawet otwierać bagażnik. Dziś po budkach celników zostały jedynie pełne śmieci dziury w ziemi... Zaraz za granicą wjechałam w mój ulubiony (bo najdłuższy jaki znam) tunel, a potem już tylko ścigałam się z czasem na kolejnych autostradach. Na auto nie mogę narzekać, bo spisało się nienagannie, jednak okazało się, że po prostu... nie wyciąga więcej niż 193 km na godzinę. Na co dzień nie jest to zauważalne, jednak w takiej długiej trasie przez Niemcy, odrobinę mnie zdenerwowało. Choć tak naprawdę i tak jechałam przez ten kraj średnio 170 km na godzinę, bo autostrada w wielu miejscach była rozkopana, a poza tym przejeżdżałam przez 4 burze (!). W Niemczech wzięłam też jedyną w tej trasie autostopowiczkę, z którą przejechałam jakieś 500 km - niestety rozmowa nam się nie kleiła, bo po pierwsze, dziewczyna nie miała zbyt wiele do powiedzenia, a po drugie, jej angielski (jak na Niemkę) był szokująco ubogi. Na sam zachód słońca, zgodnie z planem, byłam już we Francji. Zresztą, gdybym nie znała tej trasy, pewnie bym się nie zorientowała, bo Alzacja praktycznie nie różni się od Niemiec. Potem jechałam jeszcze do jedenastej wieczór po zupełnie pustych i zamglonych francuskich autostradach. Na nocleg zatrzymałam się 150 km przed Lionem w naprawdę okropnej sieci Auto Grill, gdzie za nocleg w jednogwiazdkowym, śmierdzącym pokoju zapłaciłam prawie tyle samo, co w wypasionym, polskim "Niebieskim Buraku".

Ostatni dzień podróży był najprzyjemniejszy. O dziwo nie bolała mnie ani prawa łydka, ani prawe udo, ani prawy pośladek - jak to zwykle w długich trasach bywa - jedynie okulary przeciwsłoneczne uciskały skronie. Wyruszyłam wcześnie - około 10. rano, bo w tym okropnym miejscu nie dało się dłużej spać. Zatrzymywałam się dwukrotnie - na tankowanie i raz na sałatkę z kuskusem - jednak francuskie menu jest bardziej przyjazne weganom niż niemieckie. Cały dzień prawie podążałam "Autostradą słońca", a następnie "Autostradą śródziemnomorską". Lion, w którym miałam przyjemność tylko raz spędzić kilka godzin, zachwycił mnie tym razem jeszcze bardziej. Nie tylko długim tunelem, ale również szmaragdowymi wodami Rodanu i nie odpicowaną pod turystów architekturą - chcę tam wrócić! Roślinność na moich oczach stopniowo zmieniała się w śródziemnomorską, podziwiałam winnice u stóp Pirenejów i błękit Morza Śródziemnego. Mój GPS sprawował się naprawdę dobrze. Raz tylko spanikował, kiedy zjechałam na stację benzynową zatankować i skorzystać z toalety, mówiąc mi "jeżeli to możliwe, zawróć!". Druga wpadka w nawigacji, była spowodowana przeze mnie. Już na miejscu - w Terrassie - usłyszałam "przed Tobą zjazd" i przyzwyczajona do dużych prędkości na autostradach natychmiast zjechałam na prawo. Oczywiście zjazd był dużo później, ale na szczęście Tom Tom szybko wyprowadził mnie z tej opresji. Pod nasz nowy adres dojechałam za kwadrans dziewiętnasta. Zaparkowałam na jednokierunkowej ulicy i zadzwoniłam do męża. Ten błyskawicznie pojawił się na dole i otworzył mi garaż. I wtedy rozpoczęła się najtrudniejsza część mojej podróży... I nie chodziło już o to, że jestem świetnym kierowcą w trasie, ale kiepsko parkuję... To, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania - zjazd do garażu pod kątem na oko około 90 stopni i jednocześnie z zakrętem o około 270 stopni! W życiu nic takiego nie widziałam - jednym słowem - masakra! Dodam tylko, że po tak długiej jeździe trzęsły mi się ręce i nogi. Ale stwierdziłam, że nie mogę się poddać w ostatniej chwili. Pierwsza próba zjazdu zakończyła się wylądowaniem na ścianie garażu - oparłam się o nią mocno, zarysowując prawy zderzak. Kolejna, druga próba wjechania pod górę na wstecznym szczęśliwie się powiodła i potem wystarczyło jedynie zaparkować na pięć (!). Obecnie moje auto stoi nadal w tym nieszczęsnym garażu i pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdę kogoś, kto je stamtąd wyprowadzi, bo na pewno nie będę to ja...

niedziela, 9 sierpnia 2009

in between days

Wczoraj po południu wszyscy, których kocham wylądowali bezpiecznie na lotnisku w Barcelonie. A ja z pomocą starych przyjaciół przeprowadziłam wielogodzinną przeprowadzkę, a właściwie dwie, bo naszą - do Hiszpanii i Weroniki - do jej taty. Jeszcze w nocy sprzątaliśmy mieszkanie, żeby zostawić je nowym lokatorom w znośnym stanie. Po wszystkim byłam tak wykończona, że stwierdziłam, że muszę resztę życia spędzić w Terrassie, bo drugiego takiego przedsięwzięcia nie przeżyję.

Spałam bardzo niespokojnie i zaledwie 5 godzin, choć w mieszkaniu było absolutnie ciemno, cicho i pusto. Ale właśnie ta pustka nie pozwalała mi usnąć głębokim snem. Ogarnęłam do końca siebie i dom i mimo okropnych mdłości (nerwy, nerwy, nerwy...) wmusiłam w siebie śniadanie.

Teraz czekam na wynajmujących, żeby podpisać protokół przekazania mieszkania i zostawić im klucze. A za około godzinę wyruszam w drogę...

piątek, 7 sierpnia 2009

hello goodbye

Dziś po 38 dniach rozłąki zobaczę mojego męża. Nawet nie będę pisać, że bardzo za nim tęsknię, bo stłumiłam te wszystkie uczucia, żeby jakoś w miarę normalnie funkcjonować. Na początku rozłąki na dźwięk jego głosu lub widok jego twarzy od razu zaczynałam płakać... Stopniowo jednak udało mi się świadomie wytworzyć mechanizmy obronne skuteczne do tego stopnia, że ostatnio udawało nam się nawet pośmiać przez Skypa. Choć oczywiście wszystko ma swoją cenę. W moim przypadku na tle innych klasycznie nerwicowych zaburzeń, takich jak: ataki duszności, zawroty głowy i kołatanie serca, że nie wspomnę o codziennym bólu brzucha; najbardziej rzuca się w oczy brak snu.

Dziś nawet umówiłam się z córką, że rano zajmie się chłopcami, a ja trochę odeśpię. Niestety raz obudzona nie umiałam już zasnąć. Trudno, powitam ukochanego jak moja remarque'owska imienniczka - z podkrążonymi oczami. Ale za to mimo natłoku zajęć udało mi się odwiedzić moją ulubioną kosmetyczkę oraz zrobić sobie manicure i pedicure.

Trochę się obawiam, że to spotkanie i rozstanie prawie zaraz nas emocjonalnie wykończy. Ale w sumie jakoś daliśmy sobie radę z tym ostatnim, bezterminowym rozstaniem. Naprawdę byłam zdziwiona jak mało było wtedy łez i rozpaczy... Ale chyba inteligencja emocjonalna polega, między innymi, na tym właśnie, że coraz łatwiej radzimy sobie w podobnych, obciążających psychikę sytuacjach? Wczoraj rozmawiałam na ten temat z dwoma osobami. Nasza niania sama stwierdziła, że się uczy i że wczorajsze pożegnanie z chłopcami przeżyła dużo mniej stresująco niż poprzednie ponad rok temu, kiedy rezygnowała z pracy u nas. Moja ulubiona kuzynka, której cała rodzina pochodzenia mieszka na stałe we Francji, powiedziała mi, że po latach przywitań i pożegnań, wie już dokładnie jak to załatwiać, żeby bardzo nie bolało.

A propos bólu, to naprawdę boli mnie, że nikt oprócz mojej kuzynki nie próbował nawet pożegnać się z chłopcami, a na pozór obcy ludzie płaczą żegnając się z nimi... Moja mama we wczorajszej rozmowie telefonicznej stwierdziła, że nie może przyjechać się z nimi pożegnać, "bo przecież pracuje". (Dla ułatwienia dodam, że w ciągu ostatnich 2 miesięcy widziała chłopców tylko jeden raz; a pracuje u mojego brata i jego żony opiekując się ich córką) . Następnie zapytała, na ile wyjeżdżamy i kiedy odpowiedziałam, że na rok, a potem zobaczymy, powiedziała: "to przyślij mi czasem jakieś zdjęcia chłopców mailem".

czwartek, 6 sierpnia 2009

strange days have found us

Coraz bardziej zdziwiona jestem. Niby to takie oczywiste, ale ciągle żegnam się z ludźmi i z miejscami, po raz ostatni robię to, czy tamto tutaj... Sama jestem ciekawa, jak to się dalej wszystko potoczy, ale łapię się na tym, że traktuję ten wyjazd jako totalną emigrację i w ogóle nie wyobrażam sobie powrotu. Choć życie tam jeszcze trudniej jest mi sobie wyobrazić...

Dziś pokonałam prawie całą Warszawę, a ona pokonała mnie pokazując mnóstwo miejsc, które kojarzą mi się z moim ukochanym: 2 hotele, w których uprawialiśmy dekadenckie szaleństwa; bar Vega; CDK... i miałam ogromną ochotę pojechać pod jego mieszkanie, gdzie kochaliśmy się po raz pierwszy. Zawsze sobie obiecuję, że kiedyś tam jeszcze wrócimy...

I żeby było jeszcze dziwniej, dziś na mieście zauważyłam wiele plakatów reklamujących książkę "Władca Barcelony" i nowo otwarty sklep koło nas nazywa się "Barcelonetta", a na chodniku koło Vegi znalazłam kartę od tarota "Powściągliwość" - wzięłam to za wróżbę na drogę...

Ostatnio, korzystając z pomocy naszej super niani i mojej córki, praktycznie mieszkam w Ikei oraz sklepach ze sprzętem RTV i AGD. Nie, żebym to lubiła - wręcz przeciwnie po godzinie spędzonej w takim miejscu z klimatyzacją, sztucznym oświetleniem i wdzierającą się w uszy muzyką przeplataną reklamami - mam serdecznie dość. Ale już niedługo. W dwa ostatnie popołudnia zrobiłam ogromne, jak na mnie, zakupy oszczędzając ponad 300 zł (a to dzięki reaserchowi w rozmaitych sklepach, bo targować się nie umiem i nie znoszę) i nabyłam: sofę dwuosobową, rozkładaną wraz z materacem; wypasioną maszynę do pieczenia chleba; 2 suszarki - do naczyń i do ubrań; jakieś drobiazgi do kuchni; telefon bezprzewodowy dwusłuchawkowy oraz znalazłam wreszcie towarzysza podróży (!)- będzie nim GPS Tom Tom XL (w dzisiejszych czasach wszystko można kupić).

Moja córka dokończyła dziś malowanie swojego nowego pokoju u taty. A moi synkowie spędzili kolejne miłe popołudnie z nianią, która wyszła od nas szczęśliwa i obładowana ciuchami z mojego już zamkniętego sklepu. Jutro będzie płakać - pamiętam, jak płakała, kiedy kończyła regularną pracę u nas...

Dziś pożegnałam się też z bardzo bliską znajomą, która również planuje emigrację. Ciekawe, czy się jeszcze spotkamy?

A tak w ogóle to jestem bardzo z siebie dumna, że to wszystko ogarnęłam i że lista spraw do załatwienia przed wyjazdem dramatycznie się skróciła mimo, iż ciągle dodaję do niej nowe zadania. I sama sobie zazdroszczę tej podróży, tego nowego mieszkania i nowego życia.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

we're leaving for Venus

Zaczynają się pożegnania. Dziś po raz ostatni była u nas p. Bożena, która zwykle sprzątała nasze mieszkanie, ale ostatnio głównie zajmowała się bobasami. Kiedy ściskałyśmy się na pożegnanie, miała łzy w oczach i powiedziała, że dziś, jak na złość, chłopcy byli bardzo słodcy i że nie chce się z nimi żegnać... Ja zachowałam zimną krew, dokąd nie wyszła, bo wtedy się rozpłakałam...

I wynajęłam wreszcie nasze mieszkanie, bezpośrednio, choć po raz kolejny zeszłam z ceny. Jestem bardzo dobrej myśli, bo zamieszka tu miła para z 3 córeczkami, która nie mieści się już w swoim dotychczasowym 2-pokojowym mieszkaniu. Kiedy wychodzili, usłyszałam, jak najstarsza, 4-letnia dziewczynka, mówi: "Bardzo miła jest ta pani. Ta z niebieskimi włosami".

Ze złych wiadomości: dzisiaj właśnie para, z którą miałam jechać do Barcelony, rozmyśliła się. Więc najprawdopodobniej czeka mnie samotna podróż... Nic w tym w sumie złego, tylko już cieszyłam się na myśl, że skoro będzie drugi kierowca, to pokonamy trasę bez nocowania, bo jedna osoba może spać na tylnym siedzeniu. Po prostu muszę sobie nagrać więcej płyt na drogę...

Fachowiec, który mnie oszukał, wypiął się na mnie zupełnie... Ponadto 2 sprzedawców z Allegro, chyba nie zamierza mi wysłać towarów, za które zapłaciłam, ani oddać mi za nie pieniędzy... Strasznie jestem naiwna.

Dziś dowiedziałam się również, od mojego kochanego męża, że w salonie nie mamy nic do siedzenia, oprócz krzeseł(!). Wypatrzyłam dziś w Ikei całkiem fajną sofę, ale w końcu jej nie kupiłam, bo nie bardzo wyobrażałam sobie jej przeożenia naszym autem, a nie chciałam za kolejny, ikeowski transport płacić.

Jutro spróbuję zgrać jej przewiezienie z naszą przeprowadzką do Terrassy. Zwłaszcza, że nie wyobrażam sobie, żeby moja córka i jej najlepsza przyjaciółka, (którą również zabieramy do Hiszpanii), spały na karimatach przez 3 tygodnie. Zresztą już i tak zgrywam już tę naszą przeprowadzkę z odbiorem mebelków dla chłopców ze sklepu na Saskiej Kępie, przeprowadzką mojej córki i jej kota do jej taty i odbiorem części moich mebli od mojej mamy. (Mam nadzieję dyplom z logistyki zaocznie odebrać).

Dziś zmieniłam też swój adres do korespondencji w kolejnych 3 instytucjach. Dziwne to wszystko...

niedziela, 2 sierpnia 2009

stay alive but stay the same

Wczoraj, mimo soboty, pracowałam na najwyższych obrotach. Poczułam się jak w moich najlepszych, menedżerskich czasach. Mam tylko nadzieję, że nie wpadnę po raz kolejny w pracoholizm... Choć matka Polka, chyba z założenia jest pracoholiczką?

Byłam świetnie zorganizowana - jeszcze przed 22. dzieci spały, śmieci były wyrzucone, drugie pranie się suszyło i zawartość pierwszej zmywarki też, kanapa zasikana wczoraj przez naszego kochanego kota była odplamiona, chałupa ogarnięta (jak zwykle dała o sobie znać anankastyczna strona mojej osobowości), a zakupy na niedzielę zrobione. (Czemu zawsze tak się składa, że muszę dźwigać opony samochodowe, kartony i inne ciężary w drugim dniu miesiączki, kiedy mam największe krwawienie?). Oczywiście zdążyłam również załatwić parę przedwyjazdowych spraw. mBank mnie zaskoczył - przemiła konsultantka bez problemu zarejestrowała zagraniczny adres do korespondencji (śmiała się tylko, że jest w nim tyle "r" co w słowie "torreador"). W internetowej księgarni nabyłam wielki słownik polsko-hiszpański i hiszpańsko-polski z dostawą w pierwszej połowie przyszłego tygodnia. W sklepie meblowym zamówiłam komodę, stolik i 2 krzesełka dla bobasów. Znalazłam również relatywnie tani transport mebli na przyszłą sobotę - potrzebuję uzupełnić stan mebli w mieszkaniu po wyprowadzce Weroniki, a przed planowanym wynajmem. I oczywiście odbyłam kilka rozmów telefonicznych oraz wysyłałam maile w sprawie wynajmu naszego mieszkania - m. in. negocjowałam kolejną umowę. Zadzwoniłam również do tego "fachowca", który wziął ode mnie 300 zł (sic!) i nie zrobił połowy roboty, na którą był umówiony; po tym, jak odkryłam, że połowę listw od szafy, które miał przykleić, ukrył w tejże szafie(!). Osobnik ów wykorzystał fakt, iż byłam zajęta dziećmi i nie skontrolowałam dokładnie efektów jego pracy, tylko uwierzyłam mu na słowo. (Mimo mojego wieku jestem nadal strasznie naiwna...) Obiecał, że oddzwoni, bo nie może w tej chwili rozmawiać. Jeśli nie oddzwoni do poniedziałku, to chyba go urzędem skarbowym postraszę, bo oczywiście żadnego pokwitowania mi nie dał...

Na koniec dnia przejrzałam jeszcze zawartość naszych szafek w łazience - wyrzucając stare bądź niepotrzebne kosmetyki; znalazłam paragon z Ikei sprzed półtora roku, na podstawie którego, mam zamiar jeszcze przed wyjazdem dokonać reklamacji oraz uaktualniłam moją niekończącą się listę rzeczy do zrobienia przed wyjazdem...

Po tym wszystkim, moje najstarsze dziecko, które pojechało dziś wieczorem nocować u przyjaciółki, zafundowało mi psychojazdę nie dzwoniąc po dotarciu na miejsce i nie odbierając moich telefonów... Na szczęście (mimo moich czarnych wizji), wszystko skończyło się dobrze. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że nie będzie kontynuować owego procederu w Barcelonie, gdzie leci z moim ukochanym i z tą samą przyjaciółką juz za niecały tydzień!