czwartek, 13 sierpnia 2009

drive, driven

Moja samotna podróż przez Europę trwała zaledwie 2 doby. Okazało się, że Terrassa nie jest znowu aż tak daleko od Warszawy - około 2 tysięcy 400 km, co oznacza niecałą dobę jazdy. Jednak ze względów bezpieczeństwa oraz dlatego, iż wiedziałam, że po przyjeździe nie będzie mi dane odpocząć, rozplanowałam tę podróż bardzo ostrożnie.

Pierwszego dnia wyjechałam po południu z Warszawy do Janek, gdzie zrobiłam ostatnie zakupy i zjadłam pożegnalny obiad z dwiema przyjaciółkami. I dopiero, kiedy mi pomachały i wyruszyłam trasą katowicką w kierunku Wrocławia (było przed 17.), poczułam, że zaczynam podróż. Tego dnia prowadziłam zaledwie niecałe 6 godzin, ponieważ bardzo dawno nie jechałam w długą trasę i postanowiłam powoli się przyzwyczajać. Dzięki moim niezastąpionym przyjaciołom miałam zapas gum do żucia, zimnych napojów i płyt oraz rezerwację w luksusowym (choć całkowicie pozbawionym wegańskich dań) hotelu "Niebieski Burak" blisko niemieckiej granicy. Ponieważ jechałam bez GPS-a tuż za Wrocławiem zjechałam z trasy, na szczęście szybko się zorientowałam. I tak naprawdę był to jedyny w całej mojej podróży moment, kiedy się zgubiłam. Do hotelu dotarłam około 23. Przed snem zdążyłam jeszcze skonsumować ogromną porcję frytek i nauczyć się obsługi mojego GPS-a (proszę się nie śmiać, dla mnie takie rzeczy nie są oczywiste, a wręcz przeciwnie - są wielce stresujące).

Następnego dnia, również z godnie z moim nienapiętym planem, wyruszyłam w dalszą trasę około południa. A droga z dnia na dzień stawała się piękniejsza. Pierwszego wieczora oczywiście jak zwykle urzekł mnie przepiękny Wrocław ze swoimi kutymi wiaduktami i brukowanymi ulicami. Drugiego dnia po raz pierwszy w życiu przejeżdżałam przez Bolesławiec i oczywiście miałam ogromną ochotę wstąpić do firmowego sklepu i zaopatrzyć się w tamtejszą ceramikę - dodatkowo zachęcana świetną kampanią reklamową na billboardach. Jednak dzielnie oparłam się pokusie. Po raz pierwszy od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej przekraczałam granicę w tym miejscu - pamiętając jeszcze - jak swego czasu trzeba było zatrzymywać na przejściu samochód i okazywać dokumenty, a czasem nawet otwierać bagażnik. Dziś po budkach celników zostały jedynie pełne śmieci dziury w ziemi... Zaraz za granicą wjechałam w mój ulubiony (bo najdłuższy jaki znam) tunel, a potem już tylko ścigałam się z czasem na kolejnych autostradach. Na auto nie mogę narzekać, bo spisało się nienagannie, jednak okazało się, że po prostu... nie wyciąga więcej niż 193 km na godzinę. Na co dzień nie jest to zauważalne, jednak w takiej długiej trasie przez Niemcy, odrobinę mnie zdenerwowało. Choć tak naprawdę i tak jechałam przez ten kraj średnio 170 km na godzinę, bo autostrada w wielu miejscach była rozkopana, a poza tym przejeżdżałam przez 4 burze (!). W Niemczech wzięłam też jedyną w tej trasie autostopowiczkę, z którą przejechałam jakieś 500 km - niestety rozmowa nam się nie kleiła, bo po pierwsze, dziewczyna nie miała zbyt wiele do powiedzenia, a po drugie, jej angielski (jak na Niemkę) był szokująco ubogi. Na sam zachód słońca, zgodnie z planem, byłam już we Francji. Zresztą, gdybym nie znała tej trasy, pewnie bym się nie zorientowała, bo Alzacja praktycznie nie różni się od Niemiec. Potem jechałam jeszcze do jedenastej wieczór po zupełnie pustych i zamglonych francuskich autostradach. Na nocleg zatrzymałam się 150 km przed Lionem w naprawdę okropnej sieci Auto Grill, gdzie za nocleg w jednogwiazdkowym, śmierdzącym pokoju zapłaciłam prawie tyle samo, co w wypasionym, polskim "Niebieskim Buraku".

Ostatni dzień podróży był najprzyjemniejszy. O dziwo nie bolała mnie ani prawa łydka, ani prawe udo, ani prawy pośladek - jak to zwykle w długich trasach bywa - jedynie okulary przeciwsłoneczne uciskały skronie. Wyruszyłam wcześnie - około 10. rano, bo w tym okropnym miejscu nie dało się dłużej spać. Zatrzymywałam się dwukrotnie - na tankowanie i raz na sałatkę z kuskusem - jednak francuskie menu jest bardziej przyjazne weganom niż niemieckie. Cały dzień prawie podążałam "Autostradą słońca", a następnie "Autostradą śródziemnomorską". Lion, w którym miałam przyjemność tylko raz spędzić kilka godzin, zachwycił mnie tym razem jeszcze bardziej. Nie tylko długim tunelem, ale również szmaragdowymi wodami Rodanu i nie odpicowaną pod turystów architekturą - chcę tam wrócić! Roślinność na moich oczach stopniowo zmieniała się w śródziemnomorską, podziwiałam winnice u stóp Pirenejów i błękit Morza Śródziemnego. Mój GPS sprawował się naprawdę dobrze. Raz tylko spanikował, kiedy zjechałam na stację benzynową zatankować i skorzystać z toalety, mówiąc mi "jeżeli to możliwe, zawróć!". Druga wpadka w nawigacji, była spowodowana przeze mnie. Już na miejscu - w Terrassie - usłyszałam "przed Tobą zjazd" i przyzwyczajona do dużych prędkości na autostradach natychmiast zjechałam na prawo. Oczywiście zjazd był dużo później, ale na szczęście Tom Tom szybko wyprowadził mnie z tej opresji. Pod nasz nowy adres dojechałam za kwadrans dziewiętnasta. Zaparkowałam na jednokierunkowej ulicy i zadzwoniłam do męża. Ten błyskawicznie pojawił się na dole i otworzył mi garaż. I wtedy rozpoczęła się najtrudniejsza część mojej podróży... I nie chodziło już o to, że jestem świetnym kierowcą w trasie, ale kiepsko parkuję... To, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania - zjazd do garażu pod kątem na oko około 90 stopni i jednocześnie z zakrętem o około 270 stopni! W życiu nic takiego nie widziałam - jednym słowem - masakra! Dodam tylko, że po tak długiej jeździe trzęsły mi się ręce i nogi. Ale stwierdziłam, że nie mogę się poddać w ostatniej chwili. Pierwsza próba zjazdu zakończyła się wylądowaniem na ścianie garażu - oparłam się o nią mocno, zarysowując prawy zderzak. Kolejna, druga próba wjechania pod górę na wstecznym szczęśliwie się powiodła i potem wystarczyło jedynie zaparkować na pięć (!). Obecnie moje auto stoi nadal w tym nieszczęsnym garażu i pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdę kogoś, kto je stamtąd wyprowadzi, bo na pewno nie będę to ja...

4 komentarze:

Aneta i Twinsy pisze...

super, ze dojechalas szczesliwie!

colombe pisze...

Przeczytalam caly blog od deski do deski i wciaz mi malo... Ciesze sie ze jestes z kochanymi osobami w slonecznej Hiszpanii. Oby wszystko rozwiajalo sie pomyslnie!

ania pisze...

super, ze juz jestes z Tymi, ktorych kochasz :)

Anonimowy pisze...

suuuuper, jestes juz razem ze swoimi skarbami i w slonecznej Hiszapanii, wspanialy opis podrozy= kuszacy, hi hi=zuch kobietka z ciebie