środa, 19 sierpnia 2009

in this strange land

Może zacznę od tego, że tego posta piszę leżąc na leżaku (jak sama nazwa wskazuje) na dużym tarasie w Terrassie (jak sama nazwa wskazuje) na ostatnim piętrze 4-piętrowego nowego domu. Komputer wpięty do gniazdka na tarasie, mamy tu też lampy oraz zlew z zimną i ciepłą wodą oraz takiż prysznic (oba z bateriami ładniejszymi niż w warszawskim mieszkaniu). Do tego komplet nowoczesnych mebli tarasowych - 2 leżaki, mały stolik, duży stół i 4 krzesła oraz oczywiście parasol przeciwsłoneczny.

Całe nasze nowe mieszkanie jest tak wypasione, że choć wcześniej widziałam jego zdjęcia w sieci, szczęka mi opadła... Z tego, co zdążyłam się zorientować oglądając sklepowe wystawy, odzwierciedla ono najnowsze trendy hiszpańskiego designu: białe i szare ściany, a do tego minimalistyczne białe i czarne dodatki plus jasne drewno, takież kafelki, lastryko i terakota oraz inoks. W podobnym stylu utrzymana jest również klatka schodowa, utrzymywana w nienagannej czystości - wręcz pachnąca - wczoraj spotkałam pod naszymi drzwiami dziewczynę, która myła podłogę pod naszą wycieraczką (sic!). Właściciele musieli być nastawieni na seks, bo z sypialni prowadzi troje drzwi: jedne - do przechodniej pracowni i dalej na schody w dół, drugie - na taras, trzecie do łazienki z dużą wanną, nastrojowym światłem, świecznikami i kompletem świec zapachowych, a poza tym w sypialni, w której króluje ogromne łoże, jest dosłownie kilkanaście (!) wariantów oświetlenia. Nie ukrywam, że bardzo mi się to wszystko podoba. Na dolnym piętrze mamy: kuchnię - fajnie wyposażoną, choć mniejszą niż na Ursynowie, ale za to zamykaną przesuwnymi drzwiami; pokój chłopców, łazienkę z prysznicem oraz salon z dużym oknem i drzwiami balkonowymi, za którymi jednak nie ma balkonu tylko metalowa barierka, co nie przeszkadza oczywiście bobasom zamykać się na zewnątrz, bo spokojnie mieszczą się między ową barierką, a przeszklonymi drzwiami. Te minimalistyczne i modne wnętrza chwilowo zostały zepsute ogromną ilością worków i kartonów, które przywiozła nasza firma przeprowadzkowa. Mam nadzieję rozpakować się do końca w najbliższym czasie, choć przyznaję, że wielu rzeczy powinnam była pozbyć się jeszcze w Warszawie...

Kolejnym, wielkim plusem z mojego punktu widzenia jest pogoda - temperatura w ciągu dnia nie przekracza 40. stopni, a w nocy waha się około 20. i przy tym powietrze nie jest takie suche, jak na przykład w krajach arabskich - często wieje wiatr, więc jest czym oddychać. Nie używamy klimatyzacji, ale ponieważ mieszkanie jest zwrócone na południe zasłaniamy częściowo rolety w ciągu dnia. Kilka razy zdarzyło mi się spacerować w ciągu sjesty - było gorąco, ale w cieniu całkiem przyjemnie. Dzięki temu klimatowi tutejsza flora jest naprawdę imponująca - wiele roślin (których nazw oczywiście nie znam), a które w Polsce są roślinami doniczkowymi, tutaj osiąga rozmiary drzew (np. te o owalnych, sztywnych, błyszczących z jednej strony liściach (?)); poza tym rosną tu palmy. Jeśli zaś chodzi o faunę - z moich ulubionych jej przedstawicieli spotkałam tu już naprawdę dużą jaszczurkę, chodzącą wieczorem po ścianie pobliskiej kamienicy oraz nietoperze. Kotów brak - szczerze mówiąc - nie spotkałam jeszcze ani jednego (?!).

Nasza miejscowość - Terrassa, okazała się być całkiem duża - ma własne wyższe uczelnie, teatry, muzea itp. Mieszkamy tuż przy rambli (tzn. głównej ulicy, której środkiem biegnie chodnik oddzielony z obu stron drzewami od jezdni). Niedaleko bije serce miasta - stary rynek i sieć wąskich, głównie pieszych uliczek oraz placów i placyków, a wszystko to położone na mniej lub bardziej stromych pagórkach. Jest też dużo fontann, które uwielbiam, a tam gdzie ich nie ma, są pompy, pod którymi mamy myją swoje umorusane pociechy. Moje pierwsze wrażenie jest takie, że dominuje tu architektura otwarte - nie widziałam jeszcze ani jednego zamkniętego osiedla, ba, nawet ani jednego zamkniętego placu zabaw (!).

Jeśli chodzi o Barcelonę, to byłam tam dotychczas tylko raz - na fieście dzielnicy Gracia. Tłumy ludzi bawiących się, również w nocy, na ulicach, muzyka grana na żywo, dekoracje (urzekła mnie uliczka w stylu "Alicji z Krainy Czarów"), dużo hałasu i sztucznych ogni - jednym słowem - szok kulturowy... Potem przeszliśmy się przed pierwszą w nocy tamtejszą ramblą, na której oczywiście pełno było turystów i miejscowych i miałam okazję zobaczyć m.in. 10. centymetrowego karalucha biegnącego ulicą - brrr, dobrze, że tam nie mieszkamy. Ale muszę przyznać, że Barcelona jest wyjątkowo piękna - pełna secesyjnych kamieniczek - trochę (z braku lepszych porównań) przypomina mi Lizbonę, jednak jest pozbawiona jej głębokiej melancholii...

W Terrassie życie nocne zamiera około 2. w nocy - jest naprawdę cicho i spokojnie. Wszystko płynie spokojnie utartym trybem, który nakazuje w sierpniu wyjechać na wakacje... Za przykład mogę podać moją wizytę w sklepie ze zdrową żywnością. Po obejrzeniu całego asortymentu spytałam przemiłą sprzedawczynię, czemu nie mają tofu, albo innych rzeczy na kanapki. Odpowiedziała, że oczywiście zwykle je mają, ale właśnie zepsuła się lodówka. Zapytana, kiedy lodówka zostanie naprawiona i uzupełnią asortyment, odpowiedziała z uśmiechem, że za jakieś 2 - 3 tygodnie (sic!). Początkowo nie chciałam jej uwierzyć i pomyślałam, że pomyliła angielskie tygodnie z dniami, ale z uśmiechem zapewniła mnie, że naprawdę chodzi o tygodnie, bo przecież jest sierpień i wszyscy są na wakacjach...

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

jak widać wcale nie takiej "strange" ;) i tym bardziej całkiem przyjaznej z tego co piszesz ... pozostaje mi zazdrościć i liczyć ze kiedyś moze przejazdem do Was wpadniemy w gościnę ;)
Uściski od Poli dla chłopców

Anonimowy pisze...

bosko, bosko, bosko ale Ci fajnie...

Anonimowy pisze...

rozmarzyłam się czytając, malowniczo to opisałaś. jak chłopcy? podoba im się nowe miejsce? pozdrowienia od Tymka dla Igorka i Olafa barwa