środa, 26 sierpnia 2009

shiny, happy people

Dziś będzie o bobasach w Hiszpanii. Bobasy chyba bardzo dobrze się tu czują, ponieważ ich życie kręci wokół spacerów i jedzenia.

Kiedy przybyłam na miejsce byli już uzależnieni od gazpacho, które kupuje się tu w kartonach (!) w niezliczonej ilości wariantów smakowych, regionalnych itp. Uwielbiają również oliwki, które im reglamentuję, ze względu na zawartość soli. Chcieliby również na okrągło jeść jogurty sojowe, które nie dość, że znacznie tańsze niż w Polsce, są tutaj dostępne w każdym supermarkecie w wielu smakach (nawet firmy Danone). Z dostaniem mleka ryżowego i sojowego także nie ma tu problemu. Poza tym testujemy mnogość miejscowych owoców - dziś na podwieczorek zjedli pół świeżego ananasa i 2 paraguayo (nie wiem jeszcze jak nazywa się ten owoc po polsku, ale wygląda jak spłaszczona brzoskwinia z białym miąższem i jest bardzo smaczny). O wyborze tutejszych warzyw nie wspominam, bo sama nie wiem, jak większość z nich przyrządzić... Na razie kupuję tylko te, które znam z Polski.

Jeśli chodzi o spacery, to bobasy są przeszczęśliwe, a ja trochę mniej... Każdy spacer oznacza tutaj po pierwsze, składanie wózka tak, by zmieścił się do windy (i nie mówię tu tylko o naszym bloku, ale również o stacji kolejowej, sklepach itd.), a po drugie, bezustanne lawirowanie owym wózkiem w dół i w górę po stromych uliczkach Terrassy. Powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać, jak również do faktu, że wiele sklepów i urzędów po prostu nie ma podjazdów, albo je ma, ale są one zakończone obrotowymi drzwiami, w których bliźniaczy wózek nie ma szans się zmieścić. Natomiast place zabaw są tutaj nieodmiennie otwarte ze wszystkich, możliwych stron - na kawiarnie, sklepy i ulice (sic!). Zwykle składają się z kilku huśtawek i przy odrobinie szczęścia - zjeżdżalni (nie widziałam jeszcze żadnej piaskownicy). Ponieważ roślinność (a co za tym idzie cień) jest na nich śladowy, rodzice z dziećmi okupują je głownie w godzinach przedpołudniowych, albo od osiemnastej do wczesnych godzin nocnych.

Wiem, że to truizm, ale Hiszpanie są o wiele bardziej wyluzowani od Polaków. Siedzą sobie w knajpkach popijąc wino, a ich dzieci grzecznie czekają w tym czasie w wózkach, czasem podjadając chipsy (autochtoni wydają się nie przejmować zasadami zdrowego żywienia). Nasi chłopcy na tle hiszpańskich dzieci wydają się bardzo głośni i ekspansywni. Nie usiedzą w "zaparkowanym" wózku ani chwili i wszędzie ich pełno - wbiegają z impetem do okolicznych sklepów i kafejek, moczą się cali (zwłaszcza Igorek) w fontannach. Na szczęście Hiszpanie bardzo lubią dzieci i wszędzie słyszę tylko "guapo/guapos" ("ładny/ładni")...

W naszym, nowym domu bobasy nieustannie kuszą przełączniki światła, dzwonki, włączniki rolet, klamki itp. zamontowane dokładnie na ich poziomie, ale pracujemy nad tym... Jeśli zaś chodzi o spanie, to pierwszych 6. spędzonych na materacu zrobiło swoje - bobasy grzecznie śpią w swoich, "dorosłych", otwartych łóżeczkach. Jedynym problemem było to, iż Olafek w środku nocy przetaczał się na łóżeczko braciszka i obejmował go czule - może nawet zbyt czule, bo zwykle kończyło się to płaczem Igorka... Od dwóch dni ich łóżeczka są odsunięte od siebie i chłopcy śpią lepiej.

Brak komentarzy: